Przypowieść o upadku świata

"Król Lear" - reż. Krzysztof Jasiński - Teatr STU w Krakowie

Język interesu, władzy i pieniędzy. Język braku miłości. Królestwa tkane z fałszywych faktów, relacje między ludźmi stygmatyzowane fałszem uczuć. Coś w tym jest z ogłupienia naszych czasów. Czyż nie z tego powodu na coraz krócej włączamy telewizory i coraz szybciej prześlizgujemy się przez nagłówki gazet?

Trudno to nazwać premierą, bo "Król Lear" grany jest od wielu miesięcy. Po prostu 5 grudnia na niedzielny spektakl zostali zaproszeni ci widzowie, którzy zwyczajowo bywają na premierowych listach teatru STU. W prasie dotąd czytywało się jedynie wywiady z Learem - Mariuszem Saniternikiem, prezentował się w nich skromnie, jako aktor mocujący się nadludzko z rolą giganta. Przejeżdżając aleją Krasińskiego, lubiłam patrzyć na jego powiększoną, zaciekłą postać, krzyczącą z wielkiego telebimu rozpostartego na budynku teatru STU.

Krzysztof Jasiński lubi się zaczajać ze swoimi przedstawieniami, dopracowywać, sprawdzać sceniczny efekt, dopracowywać dalej. Tym razem zaczajanie trwało dłużej niż zwykle, ale też marzenie o wystawieniu tej sztuki pielęgnował w sobie długo - dwadzieścia lat. Skąd ten szybki w oglądzie zewnętrznym facet ma w sobie tyle cierpliwości? Już nie pamiętam, ile lat nosił w głowie "Hamleta", a ile "Biesy" - dwa znakomite spektakle, których się nie da zapomnieć, ale wiem, że też długo.

Obsada "Króla Leara" jest podwójna, czasem potrójna, pojedynczo grane są tylko dwie role: Leara i Kornelii. Jeden z dwóch Gloucesterów - Marek Litewka, napisał w formie wierszowanej Przesłanie do publiczności datowane: Wigilia 2009. Jest w nim mowa o katordze rodzenia się spektaklu, a kończy się swoistym zaklęciem widzów, by ten mozolny trud podzielili. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek czytała podobny tekst.

Krzysztof Jasiński odpompował "Króla Leara" z patosu tragedii. To dość zrozumiałe, tragedia po katastroficznych doświadczeniach nieodległej historii już nie może być tragedią, bo nie ma dla niej skali. Zastąpiła ją groteska, forma z pozoru lżejsza, ale i groźniejsza - jadowity, szyderczy śmiech potrafi zabić. Światem niegdysiejszej tragedii rządzili bogowie, w świecie groteski ludzie sami sobie gotują swój los.

"Król Lear" jest przypowieścią o upadku świata. Całkowitym rozkładzie. Zaczyna się od zdarzenia o baśniowym posmaku: król, jedynowładca Albionu, urządza swoim dorosłym córkom konkurs krasomówstwa: która najładniej opowie o swojej czci i miłości do niego, dostanie królestwo. Dwie starsze córki łżą jak z nut, wygłaszają na cześć ojca ociekające fałszem tyrady. Trzecia nie umie pompować słów, kocha szczerze i tyle. Tylko dureń może się na tym nie wyznać, przekląć, wydziedziczyć, wygnać, a królestwo rozdzielić między córki - żmije. Ten sam grzech bezmyślnej łatwowierności słowom popełni inna postać dramatu - hrabia Gloucester. Potem już zdarzy się to, co się musi zdarzyć - hekatomba. Giną wszyscy po równo, dobrzy i źli. Los za popełnione błędy na oślep wyrównuje rachunki.

U Jasińskiego jak zwykle efektowny teatr. Robiony z powerem. Inscenizacyjne sztuki i sztuczki, puszczanie oka do widza, dynamiczna muzyka, światła: zaciemnienia, rozbłyski, znów żarzące się punkciki Zawsze podziwiam je jako tworzywo spektaklu. Przedstawienie w zewnętrznym kształcie gra na emocjach. Ale to nie może być wszystkim. Z dymów, grzmotów, piaskowych deszczy, bębnów, oślepiających łun, czerwieni pożogi, akcji, interakcji postaci od początku wyłania się i utrwala jedna myśl, że świat oto zwariował! Wypadł z toru logicznego myślenia. Oparł swe istnienie na paplanym kłamstwie. Grzechem współczesności jest język - zakłamany, nieweryfikowalny, bałamucący głowy. Język interesu, władzy i pieniędzy. Język braku miłości. Królestwa tkane z fałszywych faktów, relacje między ludźmi stygmatyzowane fałszem uczuć. Coś w tym jest z ogłupienia naszych czasów. Czyż nie z tego powodu na coraz krócej włączamy telewizory i coraz szybciej prześlizgujemy się przez nagłówki gazet?

"Król Lear" jest dobrym przedstawieniem. Tyle i aż tyle. Dobrze się je ogląda, łatwo czyta, bo nie ma w nim szóstego dna. Patrząc na Mariusza Saniternika, nie mogłam się opędzić przed dwoma myślami. Jedna to: czy w postać króla Leara w polskiej tradycji zawsze już będzie wpisana niezagrana przed publicznością rola Tadeusza Łomnickiego i jaka by ona była, gdyby ją wcześniej stworzył, zanim rozpoczął zakończone tragicznie próby w poznańskim teatrze? I że zanim to się stało, latami pętał się ze swoim marzeniem o Learze po Polsce, od dyrekcji do dyrekcji. Zawadził i o Kraków I druga myśl: jak to jest, że w skromnym filmie Jakuba Kolskiego Afonia i pszczoły, który oglądałam rok temu, Mariusz Saniternik bardzo się do mnie zbliżył poprzez dziwnie utkaną, niejednoznaczną postać, zupełnie nie z tego świata. I poruszył mnie, a Leara obserwowałam z chłodnym przyzwoleniem?

Ciekawi mnie, co myśli Krzysztof Jasiński?

Elzbieta Konieczna
Miesiąc w Krakowie
4 stycznia 2011
Teatry
Teatr STU

Książka tygodnia

Zero zahamowań
Wydawnictwo: Agora
Michał Rusinek

Trailer tygodnia

8. Festiwal Teatru Ukr...
Nadiia Moroz-Olshanska
Sztuka jest niezbędną częścią życia...