Przyszłość jest prosta

25. Międzynarodowy Festiwal Teatralny Malta

"The Future Show" Deborah Pearson to spektakl-kameleon. Zmienia się za każdym razem, kiedy artystka wychodzi na scenę. Tak jak zmieniają się miejsca i ludzie, do których mówi. Tak jak zmienia się nasza teraźniejszość i przyszłość.

"The Future Show" jest kolejnym minimalistycznym spektaklem tegorocznej Malty. Podobnie jak w "The Notebook" czy "Tomorrow's parties" jego twórcy skorzystali z bardzo ograniczonej liczby zabiegów, maksymalnie upraszczając sposób, w jaki chcą się komunikować z publicznością. W tym wypadku główna rola i tekst, który jest osią przedstawienia należy do Pearson - kanadyjskiej pisarki i performerki, która tym razem wciela się niejako w postać współczesnej wróżki.

Zamysł jest taki, by spektakl nie był dziełem zamkniętym i określonym od początku do końca. Autorka każdorazowo ingeruje w jego treść, dostosowując ją do aktualnych okoliczności, otoczenia i publiczności. Niektóre fragmenty zostawia, inne modyfikuje, jeszcze inne pojawiają się wyłącznie raz. Tym bardziej ciekawe może być doświadczenie wzięcia udziału w obu maltańskich odsłonach "The Future Show", bo tylko wtedy widz zaobserwuje rozmiar dokonywanych zmian.

Efemeryczna opowieść

Tymczasem zaczyna się spektakl. Widzowie najpierw dowiadują się, co Pearson zrobi zaraz po zakończeniu wieczoru - wstanie od biurka, zejdzie ze sceny, nieznacznie ukłoni się, wskaże ręką na oświetleniowca i tłumacza, wyjdzie w otoczeniu oklasków, które ucichną, gdy tylko widzowie zorientują się, że już nie wróci... i tak dalej, i tak dalej. Potem poznają jej plany na wieczór i kolejny dzień - zjeść kolację ze znajomymi w knajpce przy placu Wolności, wypić drinka, rano wstać, źle się czuć i pracować nad kolejną wersją "Przyszłości"; i na najbliższe miesiące - pogłaskać kota, wybrać się na urodziny 12-letniej córki przyjaciółki, skończyć kolejny rozdział doktoratu, wiecznie odkładać jego napisanie na później... A wszystko to przeplatane dowcipem, zdystansowaniem, autoironią, niekiedy nawet garścią filozoficznych rozmyślań.

Jest tu miejsce nawet dla nas - widzów, w przepowiedni o wspólnym montowaniu półek na książki i adapter, bez których nigdy nie będziemy naprawdę szczęśliwi. - Ale ta przepowiednia dotyczy tylko jednego z was - mówi Pearson. - Kiedy się spełni, będziecie wiedzieć, że chodziło właśnie o was.

Śmierć zawsze przychodzi nie w porę

A potem ginie w dość idiotyczny sposób, poślizgując się na kuchennych kafelkach podczas sięgania po karmę dla kota i uderzając głową w kant stołu. W takich momentach nasuwa się tylko jeden wniosek - prawdziwy koniec zawsze następuje w najmniej odpowiednim momencie. I zaskakuje nas, nawet jeżeli spodziewamy się go choć trochę (bo na przykład, jak Deborah, umiemy przewidzieć to, co dopiero się nam przytrafi). Nigdy nie będzie odpowiedniej pory na to, żeby odejść. Zawsze pozostaną jakieś niezałatwione sprawy, niezapłacone rachunki, niedokończone rozmowy. Ważne, żeby choć mniej więcej być zadowolonym z tego, kim się było. Trafnie ujął to Andrzej Stasiuk, który na pytanie dziennikarki o to, co jest w życiu ważne, odpowiedział w jednej z rozmów: "Szczegóły. Detale. Prostota. Ta uczuć, krajobrazu, czynności. Spokój. No i żeby ze stosunkowo niskim poczuciem żalu odchodzić. Wiadomo, że zawsze będziemy odchodzili niepogodzeni, ale chciałbym powiedzieć: no okejos, Panie Boże, w miarę było. Chodźmy. Ważne jest, żeby wykorzystać, co się dostało, nie przepieprzyć tego. Nic więcej nie dostaniemy".*

Podobnie jest i u Miłosza, w "Piosence o końcu świata" i u Myśliwskiego w "Traktacie o łuskaniu fasoli". I u wielu innych, którzy w porę zorientowali się, że przyszłość może być prosta i niespektakularna, ale i tak warto ją przeżyć. Albo zawczasu opowiedzieć, jak Deborah Pearson.

*Cytat pochodzi z książki "Życie to jednak strata jest" - Andrzej Stasiuk w rozmowach z Dorotą Wodecką, wyd. Czarne, Wołowiec 2015

Anna Solak
http://Kultura.poznan.pl
25 czerwca 2015

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia