Przyzwoitość

Felieton Marka Weissa

Moja matka, wiele lat temu, kiedy okazało się, że jednak nie mam biletów do skasowania, tak jak ją zapewniałem, kazała zatrzymać tramwaj pomiędzy przystankami i wysiadła na trawnik przy ulicy Puławskiej, a ja wraz z nią, czerwony ze wstydu. Byłem już licealistą i taki obciach bolał gorzej od tych kilku pasów, które dostałem od niej raz w życiu przy innej okazji dużo wcześniej. Zapytała skąd mam czeski ołówek, a ja skłamałem, że znalazłem na ulicy.

Była dla mnie wzorem niezłomności charakteru i przyzwoitości, która dzisiaj wydaje się muzealnym zabytkiem, ale to przecież złudzenie, bo Przyzwoitość jest fundamentalną wartością, która nie ulega relatywizacji. Książka Władysława Bartoszewskiego „Warto być przyzwoitym" dobitnie to pokazuje. Rozumiem, że między innymi z tego powodu jej autor został obrany patronem KODu. Mam nadzieję, że jego osoba stanowi autorytet również dla szeregów „Nowoczesnej". Ale kategoria przyzwoitości tym razem nie interesuje mnie politycznie, bo daleko mi do stanu naiwności z czasów liceum. Natomiast wciąż interesuje mnie w teatrze, bo wierzę, że bez niej sacrum teatralne przeniesie się rzeczywiście do muzeum.

To prawda, że podstawową masę teatralną stanowią od zawsze komedie, farsy, operetki, rozrywka, błazeństwa, chichy, pajacowanie, drwiny, gagi, głupkowate teksty, kopy w dupę i inne liczne atrakcje dające kasę i frekwencję. Nawet Bozia Szekspir respektowała masowe potrzeby. Jednak również od zawsze istniała w teatrze frakcja maniaków powagi. Wielkie dramaty, catharsis, zbiorowe wzruszenia, Bóg, Honor, Ojczyzna, Miłość, Wierność, Poświęcenie życia w słusznej sprawie i wiele innych wzniosłych spraw, dzięki którym przez wiele setek lat udało nam się radykalnie odróżnić od świń przy korycie, czy stada małpiszonów na gałęziach. Patos romantyczny osiągnął, niestety, tak irytujący poziom, że niezbędna była fala ironii i kąpiel w postmodernistycznej grotesce, żeby zachować wiarę w wartości i nie zwariować od jej nadmiaru. Wszystko to przerabialiśmy i każdy w miarę kulturalny osobnik ma to przemyślane. A jednak, okazuje się, że wciąż nie dość przypominać, że bezkompromisowa powaga wobec dawania świadectwa prawdzie, jaka jest podstawą teatralnego sacrum, musi zostać zachowana w niezbędnej proporcji do powszechnego rechotu popkultury. Starałem się zachować te proporcje w Operze Bałtyckiej przez osiem lat. Miałem dzięki temu swoją wierną publiczność i byłem z tego bardzo dumny.

Niestety, jednym z żelaznych praw demokracji jest to, że większość nie chce utrzymywać mniejszości. Początkowo większość zawsze deklaruje, że jest tolerancyjna i wspaniałomyślna, ale kiedy trzeba sobie odejmować, by mniejszości oddawać, prędzej czy później podnoszą się głosy, że to niesprawiedliwe, że skoro jesteśmy większością, to nasze upodobania i potrzeby muszą być respektowane, a mniejszość ma się dostosować. Tak więc naturalną koleją rzeczy większość wybiera brak powagi oraz ton lekki, łatwy i przyjemny, zamiast „smętów" i „rozdrapywania ran". Może dałoby się ten trend obronić logicznie przed jakimś obiektywnym trybunałem, gdyby nie zadziwiający w takich wypadkach zanik przyzwoitości, idący w parze z wychodzeniem naprzeciw powszechnym upodobaniom. Przyzwoitość w wykonywaniu swoich obowiązków wiąże się z bezkompromisowym wysiłkiem w ćwiczeniach, doskonaleniu warsztatu, doborze ludzi, nakładach na to, by brać raczej lepszych, niż gorszych. Ale po co te wysiłki, skoro większość rozgrzesza nas z niskiej jakości? Po co mozolne dbanie o poziom, jeśli ten sam efekt aplauzu uzyskuje się mniejszym kosztem? Przecież to nie ma sensu! Tak właśnie chcemy to podsumować. Słabniemy. Boimy się, że dłużej nie damy rady. I w tym właśnie momencie ratuje nas kategoria przyzwoitości. To ona, nie nastawiona na zyski i korzyści, zmusza nas do wysiłku wbrew prostej logice. Dyscyplinuje nas nawet w zaciszu domowym, kiedy nikt nie patrzy i nie kontroluje, czy zachowujemy się godnie. Jest obecna przy nas zawsze, nieubłagana i nieprzekupna pilnuje, żebyśmy nie poddali się i trwali tam, gdzie nasze miejsce, z dala od świń i małpiszonów.

Marek Weiss
Weissblog
28 stycznia 2017

Książka tygodnia

1968/PRL/Teatr
Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego
red. Agata Adamiecka-Sitek, Marcin Kościelniak, Grzegorz Niziołek

Trailer tygodnia