Ptaki cudaki

"Greta Garbo przyjechała" - reż. Anna Augustynowicz - Teatr Współczesny w Szczecinie

Jakiś czas temu błysnęła gdzieś, w odmętach sieci, reklama biura podróży oferującego klientom zamaszyście zachwalane „wycieczki dla singli". Zapachniało pewną nadzieją włóczęgom, którzy od lat, jeżdżąc po świecie, płacą całkiem niemałe niekiedy „dopłaty do jednoosobowego pokoju", by potem smutnie wygniatać pościel z jednego tylko łoża, drugie pozostawiając nietknięte. I by generalnie czuć się odmieńcem niedopasowanym do turystycznego (a może i ogólnie cywilizacyjnego) standardu, zawierającego się w formule „pokój dwuosobowy, ewentualnie z dostawką".

Wizyta na stronie owego rzekomo przychylnego samotnikom touroperatora rozwiewała przedwczesne nadzieje. Oferta skierowana była do singli, które za wszelką cenę chcą przestać być singlami. Była, krótko mówiąc, obcesową propozycją matrymonialną z nastrojowymi kolacjami i spacerami w świetle księżyca w ramach programu. Dosyć chamską próbą porządzenia się w smutno subtelnym świecie samotników.

Czy teatr ma do powiedzenia coś o samotności? Ba, jak który. Nie ten, co chce tylko bawić i rozśmieszać, przedstawianych ludzi traktując beztrosko (a mógłby, gdyby sięgnął do dobrych wzorów; w końcu niknąca sylwetka odchodzącego w siną dal Chaplina była jednym z najbardziej przejmujących znaków samotnictwa). I nie ten, co ogranicza się do ilustrowania uogólnionych problemów współczesności, używając postaci scenicznych – albo bezpośrednio realnych aktorów – w funkcji mechanicznych rzeczników wykładanych tez. Żeby daleko nie szukać: dzisiejsza scena tematem artystycznych wypowiedzi czyni bardzo często kwestię społecznie wykluczonych; nie wchodźmy już w to, jak ją rozumie. Czy jednak przypomnicie sobie państwo choćby jedno widowisko skupiające się na kwestii wykluczonego? Jednego! Wykluczonego, w liczbie pojedynczej. Nie, „wykluczeni" są ex definitione kategorią zbiorową przeciwstawianą innej, jeszcze bardziej zbiorowej: statystycznej większości, z której mniejszość została wykluczona. Są tylko kategorią, wyłącznie kategorią, dyskursywnym pojęciem. No, może czasami społecznością jako tako indywidualnie rozróżnialnych jednostek. Ale nigdy nie ekstrapolacją losu jednostki – mimo że taka właśnie figura aż by się prosiła na scenę. I za taką się tęskni.
Dzisiejszy teatr daje się kochać wtedy, kiedy przestaje wybierać tematy z obowiązującego aktualnie katalogu. Kiedy przestaje prawić o wykluczonych, o uogólnionym „Innym" (liczba pojedyncza, ale kategoria też wbrew pozorom zbiorowa), o winach lub wielkościach narodu bądź narodów, o szowinizmie mężczyzn i ucisku kobiet, o przykładowym starym, przykładowym Żydzie i przykładowym geju. Kiedy zaczyna widzieć konkretnego człowieka na swojej scenie i raczy zauważyć coś oczywistego: że ów człowiek – jeśli jest naprawdę wart zainteresowania – nigdy się w ramach przyznanej kategorii bez reszty nie mieści. Zawsze z niej wystaje. A wystając wylatuje ze stada i zostaje sam na patelni. Taka osobnicza samotność ujawniała się dramatycznie w najlepszych spektaklach Krzysztofa Warlikowskiego, choćby w Aniołach w Ameryce, gdzie głębia bólu osamotnionych kochanków pozwalała wybaczyć histeryczny ton opowieści o aidsowskiej apokalipsie. Taka samotność była rzeczywistą dominantą Tęczowej trybuny Moniki Strzępki, spektaklu, wbrew łatwym czytaniom, nie o obłudnych rządach prezydent Warszawy i nie o prześladowaniu homoseksualnych kibiców, tylko o łatwości pękania grupowych więzów, o braku elementarnej lojalności ludzi bliskich, o czarnej rozpaczy singlowych atomów. Kiedyś, w klasycznej dramaturgii, taka rozpacz ukrywana była pod słowami dialogów, dziś wyraża się najczęściej w wydzielonych z akcji monologach. Mistrzem takich monologów na rodzimym rynku jest Paweł Demirski.

Ludzie rozpychający ciasne, przynależne im ramy wypełniali kiedyś przestrzeń widowisk Krystiana Lupy – ale sczeźli, przegnani stamtąd przez kiszące się we własnym sosie wspólnoty nudziarzy. Nie ma ich też w brawurowych teatrzykach marionetek Jana Klaty. Może tam kiedyś zawitają, może jeszcze nie czas?

***

Greta Garbo naprawdę odwiedziła irlandzką krainę Donegal, trochę później, niż opowiada o tym Frank McGuinness. Ale daty nie grają tu roli: tak czy owak przyjechała – piękna, choć już niemłoda, zatrzaśnięta w sobie, niedostępna. Jak zjawa z innej planety, wyrywająca ze stuporu powszedniości irlandzkich prowincjuszy. Właśnie w imię tej konfrontacji pisarz ją tu w swojej sztuce przysłał.

Po pierwszych recenzjach agencja reprezentująca McGuinnessa zażądała wyjaśnień; na Wyspach Brytyjskich takich ingerencji w tekst nie można dokonywać bezkarnie. Czysta złośliwość losu. W polskim teatrze, w którym reżyserskie zbrodnie na tekstach dramatycznych są na porządku dziennym – ostatnio Kuba Kowalski zrobił drag queen z gorzko błazeńskiego filozofa Clarina w Życiu snem – przyczepili się akurat do inscenizatorki, która żadnych decyzji inscenizacyjnych nie bierze z katalogu. Jej Greta w najmniejszym stopniu nie jest transgenderowa; Wierzbicki naprawdę zagrał zimną Szwedkę, niepokojącego, egzotycznego stwora o cudownym upierzeniu i odpychającym sposobie bycia, ptaka‑cudaka. Brak podobieństwa fizycznego jedynie eksponował to cudactwo, budując sceniczne napięcie.

Irlandczyk napisał nostalgiczno-dramatyczną obyczajówkę o zapyziałej i zakompleksionej prowincji, której ekscentryczny gość pozwala niejako przejrzeć się w sobie. Strasznie łatwo można było ją ubanalnić, rozpuścić w sentymentalnym sosie. Jednym gestem – obsadą tytułowej roli – inscenizatorka oddaliła to niebezpieczeństwo. W świetle rzucanym przez Gretę/Wierzbickiego postacie zaczęły jawić się w innych kolorach; czysty efekt obcości, jakże mądrze wymyślony niegdyś przez starego Brechta. Dziewczyna, której nie stać na wymarzone studia, poniżające się wzajem, ale skazane na siebie małżeństwo, stary gej i jego młody partner, samotnica i jej, obudzona nagle, beznadziejna miłość – oni wszyscy, w swej zwykłości bardzo bliscy widzom, dzięki nieoczekiwanej, dramatycznej figurze konfrontacji niejako wyrywali się z przydzielonych im ram, rośli ponad standardowe oczekiwania. I, by tak rzec, cudownie krzepli w swojej życiowej osobności, osobniczości, pojedynczości, w zmaganiu się z samym sobą, dojrzałym, bez liczenia na złudne wspólnoty, na przełamanie cudzych egoizmów, na nierealną odmianę losu. Bez wołania o pomoc, a przynajmniej bez nadziei na jej nadejście. Koncertowo to wewnętrzne, w najgłębszym sensie tragiczne dojrzewanie duchowych singli do samopogodzenia zagrał wierny Annie Augustynowicz zespół Współczesnego z gorzką jak piołun w zrezygnowanym spojrzeniu Beatą Zygarlicką na czele.

***

W latach studiowania Anny Augustynowicz w krakowskiej Wyższej Szkole Teatralnej przez grono pedagogiczne przewinął się charyzmatyczny ksiądz Józef Tischner. Im dłużej płynie czas, tym lepiej widać, jak antropologia podhalańskiego filozofa, z człowiekiem w absolutnym centrum, człowiekiem w dramacie, w zdialogowaniu, we wzajemnym napięciu, ukształtowała istotę teatru szefowej szczecińskiego teatru. I jak immunizowała ją na katalog modnych tematów. Na wytrychy etykietujące problemy, zamiast je analizować, na pozornie odkrywcze sposoby rozpoznawania stosunków społecznych, tak naprawdę jedynie schematyzujące portretowane towarzystwo.

Teatr Anny Augustynowicz jest naraz otwarty i różnorodny. Otwarty na wszelkie gatunki i poziomy dramatyczne: w jej dorobku ostatnich lat jest filozoficzny dramat obok bulwarowej komedii, wielka klasyka w sąsiedztwie kameralnego psychologizowania, czy parabol politycznych. Wszystko to jednak zamyka się zawsze w ascetycznej formie, w minimalistycznych, ażurowych dekoracjach Marka Brauna, w oszczędnym operowaniu znakami. Inscenizatorka jest wymagająca, wobec siebie i wobec widza. Niekiedy przegina – gdy sadza aktorów w kółeczku na scenie i każe im bez jakichkolwiek podpórek inscenizacyjnych wykreować całą opowieść i jej dramaturgię. Gdy sprowadza dość widowiskowo przecież pomyślanego Kaligulę Camusa do cichym szeptem głoszonego traktatu filozoficznego. Spektakl Greta Garbo przyjechała nie stroni jednak na szczęście od widowiskowej omasty: jest tu idealnie wyważona proporcja między atrakcyjnością spektaklu a jego wyrafinowaną powściągliwością. Między klasą intelektualną przekazu, a niewyszukanym czystym wzruszeniem. Są też całkiem spektakularne efekty, rzecz jasna septycznie wyprane ze wszystkiego, co mogłoby budzić podejrzenie o cień efekciarstwa. Są projekcje, jest zmysłowe tango. A nawet nagrany na taśmę przeraźliwy krzyk pawia – emblematu tytułowej Grety, pięknego, wyniosłego i samotnego. Każącego przejrzeć się w sobie nie tylko postaciom McGuinessa, ale też rozmaitym ptakom‑cudakom rozsadzonym na widowni.

Frank McGuiness: Greta Garbo przyjechała. Przekład: Małgorzata Semil, reżyseria: Anna Augustynowicz, scenografia: Marek Braun, muzyka: Jacek Wierzchowski, kostiumy: Wanda Kowalska, ruch sceniczny: Dominika Knapik, wideo: Wojciech Kapela, reżyseria światła: Krzysztof Sendke. Prapremiera polska w Teatrze Współczesnym w Szczecinie 19 kwietnia 2013 roku.

Jacek Sieradzki
Odra
19 lipca 2013

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia