Pustosłowie?

"Zagłada ludu albo..." - reż: Grzegorz Wiśniewski - Teatr im. Jaracza w Łodzi

Zastanawia mnie, na ile austriackie rozliczanie się z zaciszem domowego piekiełka mówi do dzisiejszego odbiorcy. Pierwszy raz na scenie przykład tego nurtu zobaczyłam w wykonaniu zespołu łódzkiego teatru im. Jaracza pod wodzą Grzegorza Wiśniewskiego. Czytam ten spektakl przez wcześniejszą lekturę choćby "Pianistki" Jelinek czy "Wymazywania" Bernharda i poetyka nadmiaru chyba do mnie nie przemawia. Nadmiar gwałtu, okrucieństwa, przekleństwa... Czy dzisiejsza scena rzeczywiście musi epatować tego rodzaju estetyką?

Przyjmijmy jednak, jak chce większość bardziej doświadczonych ode mnie recenzentów, że Schwab wielkim dramatopisarzem (dramaturgiem?) jest i jego wkład do historii dramatu także jest niepodważalny, a więc każda kolejna inscenizacja to istotny głos w dyskusji z jego obezwładniającą wizją świata. Dramaty tego autora to swoiste eksperymenty językowe, w których postacie mówią za pośrednictwem swych wnętrzności. Sam Schwab określał język jako „złom służący zabawie”. Tego typu tkanka językowa niesie właściwie cały ciężar dramatu, a zarazem stanowi niemałe wyzwanie aktorskie, ponieważ wobec założenia, że samo wypowiadanie kwestii jest głównym budulcem postaci, to co w takim razie zrobić z resztą ciała? Ciała, które zostało sfetyszyzowane aż do utraty osobowości, gdyż bohaterowie Schwaba to szpik cielesności skazanej na zagładę bez możliwości odnowy. 

Po drugie przyjmijmy, jak chce większość krytyków, że spektakl Wiśniewskiego jest dziełem wybitnym, więc – wobec zasady, że z dziełami się nie dyskutuje, tylko je uznaje, odwróćmy krytyczne spojrzenie od operacyjnych cięć czy transplantacji, których na tekście austriackiego autora dokonała reżyserska ręka Wiśniewskiego. Czy nie powinniśmy zauważyć, że bunt Pani Grollfeuer nie ma swojego odzwierciedlenia w dramacie? Przy czym nie neguję prawa reżysera do podobnych zabiegów, zastanawiam się raczej nad ich celowością. Pojawia się wobec tego pytanie, co zrobić przy założonej wybitności tego spektaklu z ewidentnym zgrzytem w tym właśnie miejscu przedstawienia? W pewnym momencie aktorka miała zapewne wyjść ze swojej roli, zburzyć fikcję przedstawieniową i spowodować określoną refleksję metateatralną. Oczywiście, upraszczam, ale chodzi mi o wyraźny kontur sytuacji scenicznej. Nie rozumiem tylko, dlaczego właśnie w taki sposób? Wśród arcy wulgarnych, nienaturalnych wrzasków, wyzywając reżysera od najgorszych, Pani Grollfeuer burzy scenografię i odkrywa lustrzane odbicie krzeseł z widowni, tyle że pustych. Odmawia dalszej gry. Głos dochodzący z offu, zapewne reżysera, ma nakłaniać buntowniczkę do powrotu w schemat przedstawienia, po którym to powrocie nic już nie będzie takie jak wcześniej. W zestawieniu z finezyjnym, demaskatorskim, dekonstruującym językiem Schwaba niesmak może osiągnąć swoje wyżyny. 

Zatrzymajmy się jednak na chwilę przy miejscu, w którym rozlega się język Schwaba.

Scena podzielona na trzy części. Trzy mieszkania, bo trudno mówić o domach. Trzy historie. Dominujący fiolet. W oczy rzucają się nienaturalne wymiary elementów wyposażenia: szezlong, długi stół, wysoki pień draceny w doniczce. Jakby ta nienaturalność i nieprzystawalność tkwiła już gdzieś w szczegółach i w pewnym sensie charakteryzowała postacie. Światłem zarysowana środkowa przestrzeń sceny. Symultaniczność tej inscenizacji można chyba zaliczyć do lepszych stron tego przedstawienia, ponieważ decentralizuje naszą uwagę.

"Zagłada ludu…" w reżyserii Wiśniewskiego dowodzi jednego niezbitego faktu – trzeba z nią dyskutować, a nie odkładać na półkę jak uznane dzieło, na którym osiada już tylko kurz. Estetyka tego dramatu nie zasadza się jedynie na tej wulgarnej warstwie, którą dowartościowali twórcy tego spektaklu, tkwi głębiej, mówi tak naprawdę całkiem innym językiem. Jest swego rodzaju pułapką na myszy, w którą daje się złapać pustosłowie.

Magdalena Talar
Dziennik Teatralny Kraków
15 grudnia 2009

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia