Rana po nieobecnym ojcu

"Tato nie wraca" - reż. Piotr Ratajczak - Teatr Konsekwentny

Dzieci podobno kochają swoich rodziców niezależnie od tego, ile od nich wycierpiały w dzieciństwie. Wierzycie w taką bezwarunkową miłość dziecka? Czy to nie rodzice, decydując się na przyjęcie nowej roli, powinni być stroną kochającą żeby nie wiem co? Dlaczego tak często jednak uciekają od swojego podstawowego obowiązku, raniąc własnych, niewinnych potomków na całe życie?

Nawet jeśli taka miłość w dzieciach jest, to ich bolesne doświadczenia zawsze będą związane z żalem, goryczą, tłumionymi łzami i emocjami, których erupcja prędzej czy później musi się pojawić. Wówczas każde niemal ich słowo brzmi jak akt oskarżenia, jak rozpaczliwy krzyk bezsilności wobec poczucia krzywdy. Takim właśnie okrzykiem staje się monodram Agnieszki Przepiórskiej "Tato nie wraca", na podstawie znakomitego tekstu Piotra Rowickiego.

Bohaterka tej historii to ambitna do bólu, ustawiona życiowo 28-latka zatrudniona w strukturach banku-lidera w naszej części Europy. To od niej zależy jak skuteczny będzie jej team, po rozlicznych treningach biegły w akredytywach, debetach, leasingach, kredytach i innych bełkotliwych, współcześnie nadużywanych "-ywach" i "-ingach". Jednym słowem twarda korpo-sztuka, arcyprofesjonalna i bez cienia emocji w pracy, niczym bankowa procedura, ale do czasu.... Bo oto pewnego dnia siada przed nią klient do złudzenia przypominający jej ojca, czy może raczej jej wyobrażenie o tym, jak ów ojciec, niewidziany od dzieciństwa, mógłby wyglądać. Wtedy właśnie odżywają wspomnienia, zawiedzione nadzieje, żal i poczucie niesprawiedliwości, jakie towarzyszyły naszej bohaterce przez wszystkie wcześniejsze lata.

Widzowie stają się już nie tylko obserwatorami, ale uczestnikami terapii złożonej ze strzępków wspomnień, obrazów, bynajmniej niezatartych przez czas emocji, kiedy w tej dorosłej kobiecie budzi się raz jeszcze skrzywdzona dziewczynka. Bardzo zręcznie prowadzi się w tym godzinnym spektaklu publiczność przez gmatwaninę myśli, gorzko i ironicznie rzucanych pytań pod adresem ojca-egoisty, któremu urlop od rodzicielstwa wydłużył się w nieskończoność.

Cała moc tekstu monodramu Rowickiego to kolosalny ładunek zranionych uczuć podany w zwykły, codzienny, paradoksalnie lekki sposób, który jednak porusza w widzach głębsze pokłady empatii. To dobra lekcja dla tych, co z własnej wygody myślą o ucieczce od ojcostwa i mają jeszcze jakiekolwiek złudzenia, że nic się przecież nie stanie, że nie poniosą konsekwencji, bo przecież bycia rodzicem nikt ich nie uczył, zatem i wymagać biegłości w tej materii nie powinien. Nawet jeśli dziecko nie przestanie kochać, nawet jeśli wciąż tęskni i wypatruje z nadzieją, to cierpi zawstydzone własnym bólem i tkwi w deficycie miłości. Podatne na najmniejsze nawet przejawy troski wpada w pułapki naiwności i chwilowe radości z prezentów od losu, co są jak puste blaszane pudełko, w którym powinny być ciastka, a okazuje się, że nie ma nic, nawet nędznych okruchów. Jest jeszcze jeden element, który w tym przypadku niezwykle wzmacnia sceniczny przekaz - otóż scenariusz monodramu oparty jest na prawdziwych doświadczeniach aktorki - oczywistej reszty pisać nie trzeba...

Zatem, czy taka rana po ojcu, który sam się usunął z naszego życia jak amputowana kończyna, ma szansę kiedykolwiek się wygoić? Może u niektórych tak, ale blizna pozostaje już na resztę życia.

Marek Kubiak
Teatr dla Was
18 października 2013
Portrety
Piotr Ratajczak

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia