Rana powierzchowna

"Kieszonkowy atlas kobiet" - reż: Waldemar Śmigasiewicz - Teatr Powszechny w Warszawie

Mężczyzna, przedstawiany w programie spektaklu jako Narrator (Adam Woronowicz), wbiega na scenę, targając za sobą stary gramofon. Ubrany jest skromnie, ale elegancko - w typie cwaniaków noszących grzebień w tylnej kieszonce spodni. Okazuje się więc, że nawet pójście na bazar - który w książce Sylwii Chutnik staje się symbolem miałkości życia - może być świętem.Czy też raczej - z braku innych świąt - musi.

Wprowadzenie do przedstawienia postaci ogniskującej w sobie kilku stworzonych przez Chutnik bohaterów miało nadać adaptacji dramaturgiczny charakter. Nazwanie Woronowicza Narratorem jest jednak przesadą. W książce „Inny” jest jakby tłem, a zarazem trzecioosobowym narratorem-komentatorem. Czytelnik obserwuje świat jego oczyma. To spojrzenie można utożsamić z widzeniem społecznym – spojrzeniem większości na jednostki-dziwolągi. Jest zdystansowane, odbywa się z perspektywy własnych uprzedzeń i poczucia tego, co jest normą. Nie poznajemy wnętrza osoby – jedynie jej zewnętrzny obraz. Niestety, spektakl w Powszechnym całkowicie zbagatelizował owo spojrzenie „innego”, wkładając jego słowa w usta poszczególnych postaci. 

Narrator siada na proscenium i drobiazgowo studiuje dowód osobisty Marii Kretańskiej (Paulina Holtz), przez niektórych zwanej Kretyńską. Wchodząca na scenę dziewczyna jest charyzmatyczna, nawet bazarowe kraciaste torby wydają się jej w ogóle nie ciążyć. Przepychanki słowne tych dwojga ucina sielankowy utwór zespołu „Mazowsze” – mocno kontrastujący z odtworzonym na scenie wnętrzem nieciekawej, brudnej kamienicy. W scenografii nie ma mocnych akcentów: składają się na nią stara kuchenka gazowa, krzesło i ogromne okno. Wszystko w tonacji brudnobrązowej i szarej. Całość urozmaicają nieco rozrzucane przez Mańkę kartonowe pudła i emaliowane garnki – atrybuty „bazarówy”. 

Maria nosi tandetne dżinsy rybaczki, srebrne kozaki, chroniącą przed chłodem ulicznego stoiska ciepłą kurtkę i, niepasującą do reszty, hippisowską kolorową czapkę. Jej życie sakralizuje rytuał wyciągania i ponownego chowania garnków z wielkiej torby. Marzy o tym, by być Czarną Mańką, prawdziwą ulicznicą, fantazmatem kobiety stworzonym przez ojca. Wokół są podobno inni ludzie, ale ich obecność sugerują tylko słowa, narracja – czyli tak naprawdę nikogo w pobliżu nie ma. Nawet Darek – dresiarz, który urzekł Marię plastikowym kwiatkiem ukradzionym z cmentarza – ucieknie do Tereski (tak jak od Czarnej Mańki uciekł „syn ulicy, co żył wśród nocy z noża lub kradł”), a jego miejsce zajmie Zbyszek (Adam Woronowicz) – fagas w brudnych szortach i równie niechlujnym podkoszulku, reprezentowany głównie przez zalaną tanim winem leżankę w jego kuchni. 

Kobieta. już w całkowitym odurzeniu, opowiada o błąkaniu się po melinach, zwilża usta winem. To właściwie epilog historii Czarnej Mańki. Myślała, że zdąży na migającym zielonym świetle, a kierowca tira pojechał na żółtym. Rozlega się sygnał karetki. Jako zjawa z zaświatów Maria wstaje, żeby poszukać swojego wyimaginowanego dziecka, Anulki. Odzywa się Narrator, który asystował przy wypadku: „Pani już nie żyje”. Trzeba więc jeszcze tylko posprzątać garnki. 

Ciasne mieszkanie przy ulicy Opaczewskiej staje się teraz poczekalnią u lekarza, dokładnie opisaną w powieści Chutnik. W spektaklu szczegóły scenograficzne pozostają niezmienione. Maria Wachelberska (Joanna Żółkowska), dawniej łączniczka w powstaniu warszawskim, jest dzisiaj lekko wystraszoną starszą kobietą ciasno upinającą włosy w kok. Nosi grube okulary, beret i czarny płaszcz. Lista chorób Pani Marii, którą studiuje mężczyzna w poczekalni (Adam Woronowicz), jest długa i różnorodna, ale przede wszystkim „boli ją powstanie”. 

Pacjent denuncjuje kobietę jako Marię Wachelberg, Żydówkę. Znamionami tej podwójnej tożsamości są dwie opaski, „dotykające się jak para kochanków”: jedna z symbolem Polski Walczącej, a druga z gwiazdą Dawida. Scena zamienia się nagle w miejsce osiedlowego wiecu wspominkowego. Maria stoi teraz w pełnym świetle. Wydaje się być lekko zażenowana trzymanymi w dłoniach trzema goździkami w kolorach białym i czerwonym oraz egzemplarzem pisma „Ochotnik”. Gdzieś na obrzeżach, marginalnie, poza głównym tokiem jej opowieści o przemykaniu kanałami, pojawia się bolesne wspomnienie tego drugiego – nie interesującego uczestników wiecu – warszawskiego powstania. 

Żółkowska nie przekonała mnie w tej roli. Uderzyła w podniosły, egzaltowany, wiecowy ton, a przecież relacje starych ludzi opowiadających o traumie nie są patetyczne. Raczej skupione na precyzyjnym odtworzeniu szczegółów – na tyle, na ile pozwala na to pamięć. Są wyciszone, wycedzone, nie dopuszczają już do eksplozji emocji, odsuwając je od siebie. Pragnienie zemsty, krwawej wendety, które nosi w sobie bohaterka Chutnik, zyskuje swój sens na tle płynących równolegle opowieści innych starszych ludzi, wysłuchiwanych przez Marię Wachelberską w poczekalni. Bolesne historie dawno już zostały przetrawione i brzmią teraz jak komiksowe historyjki. W istocie więc bohaterem tego rozdziału powieści jest potraumatyczna zbiorowość; żal, że zostało to całkowicie pominięte w spektaklu Śmigasiewicza. 

Pani Maria jest sąsiadką Pana Mariana (Kazimierz Kaczor) i posiadaczką jednego z jego rękodzieł. Na przytaszczonym przez gospodarza stoliku, który zostaje nakryty nieskazitelnie białą serwetą, leżą makatki z bogobojnymi hasłami. Rozdawane są one fikcyjnym, wyobrażonym krewnym na najróżniejsze – pewnie też wymyślone – święta. Największym dziełem Mariana jest uszyta przez niego suknia ślubna, którą z dumą prezentuje widowni. Suknia ślubna i garnitur są czystymi dziełami sztuki, nie mają żadnej wartości użytkowej, wszak bohater nigdy się nie ożenił. Jego nietypowe zainteresowania spowodowały jednak, że przyklejono mu łatkę „paniopana”. Nie dziwi więc, kiedy dość agresywny z natury sąsiad (Adam Woronowicz) zaprasza go do siebie „na jednego”, by ostatecznie rozwiązać zagadkę: „czy Marian jest, czy nie jest ciotą?”. Za zamkniętymi drzwiami słychać podniesione głosy mężczyzn, odgłosy szamotaniny i dźwięk zamykanej klapy zsypu. Wracając na scenę, Pan Marian otrzepuje ręce. 

Postać stworzona przez Kazimierza Kaczora niewiele ma wspólnego z pierwowzorem literackim. Zamiast miękkiego i stłamszonego przez społeczeństwo geja widzimy dobrotliwego i bardzo samotnego starca. Być może nawet takie było zamierzenie. Monolog Kaczora ujawnia bowiem inny mechanizm społecznego wykluczenia, niż zakładała powieść Chutnik. Aktor opowiedział o nudnym życiu starszego człowieka – i zrobił to tak, aby wydobyć moment całkowitego ignorowania jego opowieści. Można więc podejrzewać, że Kaczor, niemal całkowicie wyzbywając się w swojej grze aktorskich chwytów, świadomie nie chciał utrzymać skupienia publiczności. 

Ostatnia już scena-portret jest najlepsza w całym spektaklu. Jej bohaterką jest Marysia Kozak (Anna Moskal). Można zastanawiać się, czy to dziecko, czy infantylna kobieta? Dość powiedzieć, że do papierowej królewskiej korony i różdżki aktorka założyła czerwone szpilki, urozmaicając całość stroju bojówkami, brakiem stanika i mocnym makijażem. Malując usta szminką, wychodzi daleko poza kontur, jak dziewczynka bawi się w robienie konfetti z wyrwanych ze szkolnego zeszyciku kartek. Marysia nie znosi bazaru, brzydzi ją ropiejąca skóra Pani Marii i mierzi odprowadzanie do toalety zniedołężniałej babci. W głowie bohaterki sakralizacja utożsamia się z profanacją – wszak sieje zniszczenie w imię Matki Boskiej, Matki Zbrojnej, której znakiem na scenie jest fluorescencyjna figurka odpustowa. Wzrok i słuch widza nie nadążają za aktorką, łapią ją dopiero wtedy, gdy w seksownej pozie siada na krześle i udaje, że pali papierosa. W końcu nadchodzi czas rozprawienia się z własną piwnicą, którą sugeruje małe okno u dołu sceny. Marysia z impetem wyrzuca przez nie kolejne książki i zabawki. Czuje, że los całkowicie z niej zakpił, dlatego zupełne zniszczenie bazaru ma być jej upragnioną zemstą. Postać Marysi Kozak jest chyba najciekawsza z całej powieści, została również najlepiej zbudowana w spektaklu. W „Kieszonkowym atlasie kobiet” Chutnik pokazana została jako dorosłe dziecko, w spektaklu stała się zdziecinniałą kobietą „epoki niedojrzałości”. W obu przypadkach jest jednak przede wszystkim wzorem buntowniczki i rewolucjonistki. I jej protest nie przypomina buntu nastolatki, lecz raczej terrorystyczną partyzantkę. W starciu poróżnionych zwolenników feministycznej powieści oraz entuzjastów spektaklu i reżysera nie stoję po żadnej ze stron. Oba przedsięwzięcia uważam za kiepskie. U Chutnik dostrzegam jednak socjologiczną intuicję, która pozwoliła jej wychwycić i opisać mechanizmy społecznego oznaczania i wykluczania, czego zupełnie zabrakło w przedstawieniu Śmigasiewicza. A zdawało się, że wszystko było podane na tacy… Przedstawione w książce dramaty mieszkańców Ochoty równie dobrze mogłyby opowiadać o życiu lokatorów obskurnych kamienic rozsianych wokół Teatru Powszechnego – centrum warszawskiej Pragi. Zwłaszcza że to właśnie w tym miejscu rodziła się legenda Czarnej Mańki. Wypada żałować, że widzowie otrzymali jedynie tandetny obrazek rodzajowy. Ten wycinek z atlasu, który chociaż koresponduje z tytułem powieści, nie może stanowić pretekstu do rozmowy między publicznością a ludźmi mijanymi w zaułkach alei Zielenieckiej. 

Duże zastrzeżenia można mieć także do samej inscenizacji. Spektakl całkowicie pozbawiony jest dramaturgii i wyraźnego motywu, który spajałby cztery różne historie. Równie dobrze „Kieszonkowy atlas kobiet” można byłoby podzielić na cztery monodramy. Śmigasiewicz nie wykorzystał też motywu bazaru, który jest niezwykle mocnym znakiem – miasta, handlu oraz, szeroko pojętej, „wymiany”. Kojarzy się z brudem i nędzą, ale jednocześnie powoli staje się mitem czegoś, co wymiera – zastępowane przez hipermarkety. Drugim ważnym tropem powieści są odwołania do motywów sakralnych, zwłaszcza do wyobrażenia Matki Boskiej, które spektakl zupełnie pomija. Niestety, jedynym nośnikiem znaczeń w tym przedstawieniu pozostaje tekst. 

Maria Kretańska z powieści Chutnik kiedy „przechodzi obok murka czy ściany bloku, to nieznacznie wysuwa nadgarstki i szoruje nimi o beton. Potem, nie patrząc nawet na dłonie, zlizuje krew i resztki pyłu, które nie chcą się goić”. Mocne tarcie to jedyny sposób, by Maria się obudziła. Spektakl Śmigasiewicza jest jedynie łatwo gojącą się powierzchowną raną i kolejnym dowodem na to, że modna książka nie jest receptą na dobre przedstawienie. Nawet jeśli oprawę graficzną materiałów promocyjnych stworzy Agata Bogacka. A w Dzień Kobiet, który nieprzypadkowo zbiegł się z premierą, lepiej sprawdziłby się chyba przywiędły tulipan. 

Kamila Paprocka – absolwentka Wydziału Wiedzy o Teatrze warszawskiej Akademii Teatralnej i studentka Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego.

Kamila Paprocka
Teatr nr 6/09
27 lipca 2009
Prasa
TEATR

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

Film balkonowy
Paweł Łoziński
Czy każdy może być bohaterem filmu? C...