Rany, które się nie goją

"Bez tytułu" - reż. Adam Nalepa - Fundacja Teatru BOTO

W natłoku przeróżnych pomysłów inscenizacyjnych coraz rzadziej na scenę trafiają klasycznie wyreżyserowane sztuki psychologiczne, oparte na grze aktorów i tekście sztuki. Tak właśnie, bardzo minimalistycznie, warsztatowo wręcz, "Bez tytułu" Ingmara Villqista wystawił Adam Nalepa w Teatrze BOTO.

Jednoaktówka dobrze w Trójmieście znanego Ingmara Villqista (przez dwa i pół roku był dyrektorem Teatru Miejskiego w Gdyni) - "Bez tytułu" - to część cyklu "Beztlenowce", w którego skład wchodzi sześć krótkich sztuk Villqista (są to: "Kostka smalcu z bakaliami", "Beztlenowce", "Fantom", wspomniane "Bez tytułu", "Cynkweiss" i "Lemury"). Wszystkie rozgrywane są w Skandynawii, wszystkie poruszają kwestię bólu i cierpienia, związanego z trudną, pełną niedomówień sytuacją bohaterów. Dokładnie tak jest też w przypadku sztuki "Bez tytułu", w której Jerg w obliczu ciężkiej choroby pragnie się pojednać z rodzicami.

Jak to w sztukach Villqista, bohaterowie więcej milczą niż mówią. Ich gesty, mimika czy spojrzenia są równie ważne jak słowa, cedzone powoli, z rozmysłem i świadomością, że jedna niewłaściwie sformułowana myśl może przekreślić mozolny trud próby porozumienia, pomimo różnic i obopólnych pretensji, zwłaszcza tych niewypowiedzianych.

Jerg ma prawo obawiać się konfrontacji z Matką. Porzucił rodziców kilka lat temu. Zostawił bez słowa, bez kontaktu i (prawdopodobnie) bez sensu życia, którym był dla matki i ojca Jerga ich jedynak. Dusił się w małym Ellmit, wyjechał zaczerpnąć życia do wielkiego miasta. Jednak teraz, gdy matka wchodzi do jego pokoju, nawet nie poznaje go w pierwszej chwili. Musi przełamać opór, by zbliżyć się do własnego dziecka. Dlaczego? Co się wydarzyło, że ją opuścił i co musiało się stać, by znów zapragnął ją ujrzeć? Na większość kwestii widz "Bez tytułu" musi odpowiedzieć sobie sam, śledząc spotkanie "po latach" matki i syna, misternie utkane z ich lęków, obaw, nadziei, pretensji i pragnień.

Reżyser spektaklu Adam Nalepa wyczyścił tę sytuację sceniczną do granic możliwości. Cały świat sztuki Villqista sprowadził praktycznie do jednej kanapy, na której siedzi Jerg i jego Matka. Nie ma muzyki, nie ma scenografii, jedynymi dźwiękami są słowa i oddechy bohaterów. Najgłośniej wybrzmiewa jednak cisza sceniczna, czyli męczące, długie pauzy, gdy bohaterowie patrzą na siebie wyczekując jakiejś reakcji. Są wtedy trochę jak pokerzyści, ważący swoje szanse przed dalszą grą, trochę jak bankruci, usiłujący zamaskować swoją bezradność i wynikające z niej zażenowanie. Czasem jedno z nich wybuchnie, krzyknie, uderzy to drugie lub przytuli. Ale nic nie daje ukojenia ani nawet cienia ulgi.

W tak zredukowanej przestrzeni praktycznie wszystko zależy od aktorów. Mateusz Deskiewicz (na co dzień aktor Teatru Muzycznego w Gdyni) bardzo starannie i wiarygodnie oddaje cierpienie Jerga - człowieka, w którym wstyd z własnej ułomności i poczucie dumy miesza się z przejmującym wręcz skamleniem o odrobinę matczynego ciepła. Tak wyrazista i uwierająca rola syna skonfrontowana jest z wyraźnym chłodem Matki, nie mniej precyzyjnie oddanym przez Monikę Chomicką (grającą etatowo w Teatrze Wybrzeże).

Rola Deskiewicza jest dużo bardziej wyrazista. Chomicka na tle partnera jest wycofana, schowana za skorupą obojętności i dużo mniej widoczna na scenie. Jednak jej rola jest tutaj znacznie trudniejsza, bo to Matka podczas spotkania z synem przechodzi metamorfozę, usiłuje wskrzesić głęboko ukryte, może już wygasłe macierzyńskie uczucia, przywołać we wspomnieniach dziecko sprzed lat, by na nowo dojrzeć je w obcym mężczyźnie, siedzącym obok niej. Wszystko to wydarza się niejako mimochodem, podczas pozornie neutralnej rozmowy o życiu.

Nalepa stworzył z tej jednoaktówki bardzo konsekwentny teatr psychologiczny, w którym reżyseria sprowadza się właściwie do reżyserii postaci. By dramat syna i matki był bardziej widoczny, zrezygnował nawet z postaci ojca, która w tekście Villqista pojawia się również na scenie. Jednocześnie reżyser rozmył zakończenie, uciekając od litery tekstu w metaforę. Tak klasycznie wystawionego teatru psychologicznego, granego w Teatrze BOTO w niemal laboratoryjnych warunkach, już prawie się nie spotyka. Wszystko jest dokładnie zaplanowane, włącznie z pełną napięcia dramaturgią i rytmem sprawiającym wrażenie, jakby przedstawienie ciągnęło się w nieskończoność. To spektakl trudny i niewygodny, dlatego skierowany raczej do widzów skłonnych do przerabiania w teatrze trudnych tematów i toksycznych relacji, poszukujących w teatrze refleksji, a nie łatwych diagnoz.

Łukasz Rudziński
www.trojmiasto.pl
4 października 2016

Książka tygodnia

Historia męskości
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria Sp. z o.o.
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia