Reaktywacja kochanków

"Romeo i Julia" - reż. Marcin Hycnar - Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie

„Być albo nie być? Oto jest pytanie". Robić czy nie robić? Oto jest pytanie – można by na początku po szekspirowsku, tudzież „hamletowsku", zapytać. Bo to nie lada wyzwanie stworzyć kolejną z rzędu adaptację tak kultowego dramatu jakim jest „Romeo i Julia", a przy tym nie wpaść w jedną z pułapek, czyhających na śmiałków walczących z klasyką. Personalnie do klasyki podchodzę z ogromnym dystansem, ale z jeszcze większą ciekawością obserwowałam performance, który przygotował Marcin Hycnar na scenie Teatru im. Juliusza Słowackiego. Trzeba przyznać, że omijając zastawione sidła stworzył bardzo dobry spektakl, godnie otwierając tym samym nowy sezon teatralny.

Wystawiając po raz dziesiąty, setny czy tysięczny tekst powszechnie znany, z kanonu „tych" tekstów, bardzo łatwo można go zepsuć, spłaszczyć, zniszczyć. Pierwszym niebezpieczeństwem jest przekombinowanie, unowocześnienie, reinterpretacja do tego stopnia, że z pierwotnego sensu zostaje tyle, co garstka kurzu zdmuchnięta z okładki, żeby jedynie móc dostrzec tytuł. Powstaje zupełnie nowa sztuka, której nazywanie adaptacją danego utworu jest równoznaczne z dokonaniem „gwałtu" na owym tekście.

Drugim zagrożeniem zaś jest szablonowe odtworzenie utworu. Jak Szekspir napisał, tak słowo w słowo, kropka w kropkę – ba! – nawet przecinek w przecinek, zostaje bezrefleksyjnie wyrecytowane. Istnieje też trzecie niebezpieczeństwo, ale akurat ową przeszkodę można przekuć w szansę na powodzenie przedsięwzięcia. A mianowicie chodzi o próbę przeniesienia akcji w czasy współczesne, bądź pomieszanie planów czasowych, co uczynił właśnie Hycnar. Dzięki temu udało mu się uniknąć tendencyjności, a także kiczowatości przy wprowadzaniu elementów XVI wieku na deski teatru. Scena tańca dworskiego w strojach z epoki czy inne szekspirowskie elementy przedstawienia były smaczne i pozbawione sztuczności. To samo jeśli chodzi o ikoniczną scenę balkonową – dzięki humorystycznemu ujęciu oraz dobrej grze aktorskiej wyszła ona nadzwyczaj naturalnie, bez zbędnego blichtru czy przejaskrawienia. Na szczęście wybrzmiała, a nie... przebrzmiała.

Główne role zagrali debiutanci – Ewa Jakubowicz ze świeżutkim dyplomem warszawskiej Akademii Teatralnej i Marcin Wojciechowski – wciąż jeszcze student krakowskiej PWST.

O ile Julia zaskarbia od początku sympatię widzów, o tyle Romeo jest postacią niezwykle irytującą i rozmazaną. Jeśli już mówimy o korelacji epok, to z pewnością świetnie dogadałby się z Werterem – kolegą po fachu od „weltschmerzu", bo na początku rzeczywiście nie wiadomo o co mu chodzi. Przypomina zombie, prawie nie śpi, łzy roni, za czymś tęskni i szlocha, ukrywa się w ogrodach – melancholia i rozpacz – no gorzej być nie może. A jednak życie zaskoczyło Romea, poznał zakazaną mu Julię z przeklętego rodu i odtąd zaczyna się istny popis płaczącego, zniewieściałego chłopca. Czy tak wyobrażamy sobie najpopularniejszego romantycznego kochanka? Jendakowoż, okazuje się, że zabieg był celowy, aby doprowadzić postać do transformacji, która odbywa się za sprawą ojca Laurentego – w przełomowym, tragicznym momencie zbiera żałosne „zwłoki" chłopca i stawia je do pionu.

Ciekawie została ujęta przez Hycnara osoba kochanka, gdyż niewątpliwie wzbudza emocje (jakie by one nie były), ewoluuje i staje się przez to wielowymiarowa. Generalnie przyglądając się postaciom, można stwierdzić, że Hycnar je rozbudował, wzbogacił, nasycił wieloznacznością. Julia również nie jest tylko słodką kochanką, roniącą łzy za swym lubym – czasem wydaje się, że ma więcej cech męskich niż sam Romeo.

A jeśli już przy postaciach jesteśmy, warto zauważyć, że reżyser oprócz oczywistego wysunięcia na plan pierwszy nieszczęśliwych kochanków, rozbudowuje wątki pobocznych postaci, co nadaje kolorytu sztuce i wprowadza powiew świeżości oraz pewnej nieszablonowości do przedsięwzięcia. Mam tu na myśli rezolutną pokojówkę Julii – Martę (Karolina Kamińska), zawadiackiego przyjaciela Romea – Merkucja (Marcin Sianko), czy rodziców nieszczęśliwie zakochanej. Wszystko to poszerza perspektywę spojrzenia na miłosną historię, jakby wprowadzając trochę realności i życia do sennej oraz mglistej opowieści o śmiertelnym zauroczeniu.

Przez cały spektakl towarzyszyło mi nieodparte wrażenie, że poprzez wszystkie zabiegi Hycnara i nieocenioną pracę jaką włożył Maciej Prusak w zbudowanie choreografii, celem tego przedsięwzięcia było nadanie dynamizmu oraz dolanie energii życiowej do tych romantycznych trucheł. Stąd też plan akcji przenosił się często do loży, na widownię, aktorzy wchodzili w interakcje z widzami. Dość oszczędna scenografia, za którą odpowiedzialna była Julia Skrzynecka, uwypuklała dodatkowo ruch aktorów. W danej scenie pojawiał się generalnie jeden kluczowy element, nakreślający przestrzeń rozgrywanych zdarzeń – lustrzana ściana podczas dyskoteko-balu u Capulettich, wielkie łoże podczas scen rozgrywanych w domu Julii, ściana z oknem podczas słynnego „Romeo , Romeo czemuż ty jesteś Romeo?" i czarne kręte schody w momencie, kiedy akcja przenosiła się do świątyni ojca Laurentego.

Na temat owej „miłości", czy „niemiłości", toczono już wiele dyskusji, więc rozwodzić się nie ma potrzeby nad tą kwestią. Za to można chwilę uwagi poświęcić postaci samego ojca Laurentego i scenie śmierci. Te tragiczne momenty w sztuce, przemowy, dialogi mogły trącić śmiesznością i tandetą, jednak tak się nie stało – za to wielkie brawa dla reżysera. Stworzył on sztukę świetnie skomponowaną pod względem obsady, rekwizytów, światła oraz muzyki, rewelacyjnie przygotowaną, dograną do ostatniego szczegółu, rzec by można było – kompletną. Wywołującą w pewnych momentach wzruszenie, czy nawet podskórną tęsknotę za uczuciem czystym, bezwarunkowym, bezkompromisowym i silniejszym niż śmierć. Od czasów Szekspira wiele się zmieniło – z przymrużeniem oka postrzegamy tę historię, jednak na pewno jakiś fragment tej opowieści dotyka którejś ze strun duszy, bo w przeciwnym razie tekst Szekspira dawno odszedłby w zapomnienie.

Monika Sobieraj
Dziennik Teatralny Kraków
26 października 2015
Portrety
Marcin Hycnar

Książka tygodnia

Pytanie o wspólnotę. Jerzy Grzegorzewski i Jan Klata
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Monika Kwaśniewska

Trailer tygodnia