Refleksje po spektaklu

"Noc Helvera" - reż. Sylwester Biraga - Teatr Druga Strefa

Dane było mi obejrzeć dzisiaj (20.07.2016 r.) sztukę Ingmara Villqista "Noc Helvera", wystawioną przez warszawski Teatr Druga Strefa w Centrum Kultury Śląskiej w Świętochłowicach w ramach cyklu Lato mostOFF.

Dane było mi obejrzeć dzisiaj (20.07.2016 r.) sztukę Ingmara Villqista "Noc Helvera", wystawioną przez warszawski Teatr Druga Strefa w Centrum Kultury Śląskiej w Świętochłowicach w ramach cyklu Lato mostOFF.

Nie jestem zawodowym krytykiem, stąd moje refleksje po przedstawieniu są subiektywne i "niezawodowe".

Co prawda w sztuce nie pada żadna data ani nazwisko, to jednak chyba nikt nie ma wątpliwości, że rzecz dzieje (działa) się w jakimś małym niemieckim miasteczku w latach trzydziestych ubiegłego wieku, choć patrząc szerzej może równie dobrze dziać się dzisiaj w Syrii, Turcji, Rosji a nawet w Polsce.

Wracając do domu zastanawiałem się nad tym jak możnaby w paru zdaniach opisać o czym właściwie opowiada "Noc Helvera" – bo przecież nie o niepełnosprawnym umysłowo tytułowym bohaterze i jego matce-opiekunce, a raczej nie tylko o nich. No więc o czym?

Ja zobaczyłem tu dramat podejmowania bardzo trudnego, „ostatecznego i bez powrotu" wyboru „mniejszego zła" dokonywanego w sytuacji praktycznie bez wyjścia. Bez dobrego wyjścia, bo to trochę tylko lepsze nie udało się. Wyboru, którego musi dokonać kobieta mocno doświadczona już kiedyś przez los. Sytuacja ją przerasta, nie do końca rozumie tego co się wokół dzieje ale musi wyboru dokonać i bierze za to odpowiedzialność. Czy musi? Ktoś powie, że nie. Tylko że i ona i widzowie wiedzą jaka byłaby alternatywa.

I tu mamy pierwszy dylemat: Czy człowiekowi wolno dokonywać takich wyborów? Czy mamy do tego prawo? Nie wiem. Ale wiem, że człowiek – żaden człowiek – nie ma też prawa tworzyć czy prowokować takich sytuacji i wydarzeń, które stawiają innych przed dramatycznymi wyborami. Nie ma prawa – nawet wtedy gdy głosi chwytliwe i przynajmniej z pozoru słuszne hasła i idee, nawet wtedy gdy te idee i hasła porywają tłumy.

I drugi dylemat – czy wolno komukolwiek używając jedynie nośnych haseł o wspólnym wrogu, czy o jakichś iluzorycznych (ale ładnie brzmiących) celach, pociągać za sobą tłum ludzi, którzy albo nie chcą albo nie potrafią – jak tytułowy Helver – zdobyć się na refleksję i zastanowienie „dokąd to zmierza", „o co tu właściwie chodzi"? A pociągnąć za sobą i potem uruchomić lawinę wydarzeń, których praktycznie nie da się już zatrzymać, jest bardzo łatwo. Po doświadczeniach XX wieku my wiemy, że NIE WOLNO. I co z tego?

I co z tego? Z tą smutną myślą pozostałem, bo widzę i bliżej i dalej, że znowu wyłażą na świecie z różnych kątków mniejsze i większe „Gilberty" z chwytliwymi i gotowymi pomysłami na „zwycięstwo" nad „ścierwuchami". Oczywiście w każdym przypadku co innego znaczy to „zwycięstwo" i kim innym są wg tych różnych „Gilbertów" te „ścierwuchy" - jedynie skutki są takie same. I nie chcę, żeby kiedykolwiek w moim kraju ktokolwiek stawał przed takim dramatycznym wyborem jak Klara, cicha bohaterka „Nocy Helvera".

Gratuluję autorowi sztuki i dziękuję aktorom Teatru Druga Strefa za wspaniały spektakl.

PS. „Gilbert" to w sztuce postać (która zaimponowała Helverowi) rozdająca szturmówki i inspirująca współwyznawców do „zwycięstwa" nad „ścierwuchami".

Janusz Muzyczyszyn
Materiał nadesłany
27 lipca 2016
Portrety
Sylwester Biraga

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia