Repin, Osokins i „Planety" Holsta

57. Muzyczny Festiwal w Łańcucie stał na szczególnie wysokim poziomie

Niemniej za wydarzenia można uznać wzbudzającą podziw niesłychaną techniką grę skrzypka Vadima Repina oraz kreatywnością pianisty Georgijsa Osokinsa, wirtuozowskie interpretacje „Planet" Holsta przez filharmoników rzeszowskich pod Massimiliano Caldim oraz Elegii na wiolonczelę, kwartet smyczkowy i kontrabas ad libitum Mikołaja Góreckiego Kwartetu Wilanów z wiolonczelistą Tomaszem Strahlem. A także „Wesele Figara" Mozarta, wysmakowaną z szacunkiem dla tradycji kameralistyki operowej inscenizację Ryszarda Peryta z Polskiej Opery Królewskiej w Warszawie.

Skrzypce Repina
Repinowi towarzyszył na fortepianie Andrei Korobeinikov. Giętkość i wirtuozerię wymagających perfekcyjnej techniki i kto wie, czy w nie większym stopniu obłędnej wrażliwości, od początkowego Allegro vivo do Finale, Sonaty na skrzypce i fortepian Debussyego skrzypek wydobył bezbłędnie, ale z wyraźną dominantą techniczną. Żeby w nacechowanej niepowtarzalnym liryzmem i nastrojowością, karkołomną dla wykonawcy budową, logicznie zwartej i jednorodnej I Sonacie f-moll na skrzypce i fortepian op. 80 Prokofiewa bez ograniczeń popisać się błyskotliwie świetną techniką subtelnie akcentując cudowny temat kantylenowy i kończąc utwór fantastycznym pianissimo na przekór jego szorstkawej całości. Po to, by w Divertimento z baletu „Pocałunek wieszczki" Strawińskiego urokliwie uraczyć intymnością i szlachetnością brzmienia swego Stradivariusa. Kończąc recital w sali balowej zamku łańcuckiego delikatnie i subtelnie uczuciową Legendą op. 17 Wieniawskiego, dał do zrozumienia, że bliższe są mu jej walory techniczne, a nie emocjonalność. Grając na samo zakończenie salonowy i wirtuozowski Valse Scherzo op. 23 Czajkowskiego jeszcze raz udowodnił, że w technice opanowania utworu i panowania nad skrzypcami mało kto jest w stanie mu dorównać.

Pianista z charyzmą
Osokins jest młodym pianistą, ale z samej jego postawy – wysoki, przystojny, nad wiek poważny, porusza się z poczuciem luzu, ale i z dystansem – emanuje charyzma, co ma istotny wpływ na budowanie atmosfery i temperaturę jego grania. Nietrudno zauważyć, że graną przez siebie muzykę traktuje bardzo osobiście. Nawet, z dyskretną dezynwolturą. Oznacza to jednak kreatywność i wyrafinowanie, a nie brak szacunku dla zapisów nutowych. Można to było usłyszeć w emocjonalnym Preludium c-moll nr 20 op.28 i stonowanym Nokturnie B-dur nr 1 op.62 Chopina. Szczególnie zachwycił rozbudowaną, wielowątkową Suitą g-moll Rameau, kiedy proponując wyrażające się w szybszym tempie rozwiązania, zachował z pietyzmem całe wyrafinowanie muzyki z jej rytmem i wielością ozdób brzmieniowych, nasycając łagodną nostalgią. Nade wszystko zatrzymując liryzm, któremu nie zaszkodziło, że wprowadzał współczesne tempa korzystając w pełni z dynamiki fortepianu. Popisując się kaskadami dźwięków, lecz nie wychodząc poza ramy klasycznej budowy utworu i nie dając ponieść egzaltacji. Grając Rachmaninowa, w pieśniach „W milczeniu nocy tajemnym" i „Tutaj tak pięknie" wykazał się poetyckością i skupieniem, dyskretnie improwizując. Żeby na zakończenie w Wariacjach na temat Chopina op.22 dodać im skrzydeł szczerą emocjonalnością, dowodząc, że umie wydobyć z fortepianu przepiękny dźwięk finezyjnie delikatny, ale zarazem mocny i stanowczy.

„Planety" i robot
Świetnym pomysłem dyrygenta Caldiego było poprzedzenie suity „Planety" Holsta – „Kosmosem" Kisielewskiego. Przewodni motyw „Kosmosu", niepokojący i drażliwie narastający, sięgający czegoś poza światem realnym, był idealnym wprowadzeniem do muzycznej przestrzeni „Planet. W emocjonalnej kreacji Caldiego i rzeszowskich filharmoników suita, jej poszczególne części, krańcowo zróżnicowane melodycznie, była refleksyjnym spojrzeniem na nasze losy i przemijanie, widziane z kosmicznego oddalenia – nie znanej i niezmierzonej siły, ale stabilnej spójności czegoś, co jest piękne i zawiera pierwiastek mistycyzmu. Pokaz poszczególnych planet z przestrzeni kosmicznej na telebimie za orkiestrą w sali Filharmonii Podkarpackiej w Rzeszowie umożliwiał skonfrontowanie muzycznego nastroju poszczególnych części suity z rzeczywistym widokiem planet w Kosmosie. W siedmioczęściowej suicie punktem wyjścia dla każdej planety jest sposób kojarzenia poszczególnych ciał Układu Słonecznego z cechami człowieka. Rzeszowscy filharmonicy z każdej części cyklu umieli wydobyć zapisany nastrój: niepokój – poprzez potężniejące, nawarstwiające się i coraz bardziej intensywne dźwięki instrumentów dętych i perkusyjnych, niezwykłą delikatność – fantastycznie grające smyczki, przewrotność i frywolność czy wreszcie mrok i majestat Kosmosu – całą orkiestrą.
Niespodzianką był udział robota Teo Tronico. Pianisty przekonanego o swojej genialności. 53 palcami na klawiaturze elektronicznej umieszczonej na fortepianie wykonał w zawrotnym tempie „Lot trzmiela", ragtime Joplina i zabierał się do Mozarta, kiedy uprzedził go w tym pianista Roberto Prosseda i udowodnił, że bez ludzkich emocji nie uda się zagrać w pełni żadnego utworu.

Elegia Góreckiego
Kwartet Wilanów koncertował na zamku w Łańcucie goszcząc jako solistów znakomitego wiolonczelistę Tomasza Strahla i kontrabasistę Adama Boguckiego. Chodziło głównie o Elegię na wiolonczelę, kwartet smyczkowy i kontrabas ad libitum Mikołaja Góreckiego. Utwór urzekający bezbłędną harmonią i pięknem motywów z dominantą tragicznego. Z początkiem nawiązującym do stylistyki neoromantyzmu, środkiem wypełnionym siedmioma wariacjami i finałem z melancholijną, fantastyczną kodą wiolonczeli. Strahl zaczął od chrypliwego, ponurawego brzmienia, resztę solowego fragmentu nasycając mrocznością, łkaniem i smutkiem. Fascynował świetną techniką i równowagą rytmiczną. Zdawało się, że cały wtopił się w utwór i swoją wiolonczelę, utożsamił z nimi, stał ich częścią. Grał z nieprzeciętną inwencją i smakiem, wnosząc specyficzny rodzaj współuczestnictwa w prezentację dzieła. W Kwintecie smyczkowym F-dur op. 20 Ignacego Feliksa Dobrzyńskiego, z pozostałymi muzykami imponował precyzją popisując się cudownym Andante doloroso z fragmentem hymnu „Jeszcze Polska...", który kompozytor zawarł jako formę protestu za stłumienie Powstania Listopadowego 1831. A podczas prezentacji Kwartetu smyczkowego F-dur op.96 Dvoraka można było podziwiać kunsztowną ekspresję Kwartetu Wilanów. Muzycy nadali utworowi narrację pozornie beztroską, ale podskórnie pełną czytelnej refleksji o przemijaniu. Kunsztownie różnicując frazy melodyczne obrazujące poszczególne części utworu na przemian humorem i liryzmem, już od pierwszych dźwięków hipnotyzowali melomanów. Obdarowując wykonaniem refleksyjnym, wolnym od przerysowań.

Królewskie Wesele Figara
W Filharmonii Podkarpackiej, w dużej sali koncertowej, która od dwóch sezonów spełniając warunki widowni i sceny operowej gości spektakle muzyczne, „Weselem Figara" Mozarta z Polskiej Opery Królewskiej w Warszawie dyrygował młody, obiecujący kapelmistrz Dawid Runtz. Można było podziwiać kunszt solistów, chóru i orkiestry. A spektakl, który trwa 3 i pół godziny nie nużył. Ryszard Peryt stworzył przedstawienie dynamiczne, zabawne, pełne wdzięku i urody. To starczyło żeby publiczność owacyjnie dziękowała artystom w sali wypełnionej po brzegi, łącznie z dostawkami miejsc. Słuchano z ciekawością wspaniałych głosów i podziwiano utrzymane starannie podobnie jak cały spektakl w tradycji opery buffo świetne kreacje aktorskie nacechowane wielką kulturą muzyczną i perfekcją wykonawczą. M.in. Witolda Żołądkiewicza, jako Almavivy, Makara Pihura, w partii Figara, Leszka Świdzińskiego, don Basilia, Gabrieli Kamińskiej, Hrabiny i Julity Mirosławskiej, Cherubina. A także znakomity chór. Błyskotliwe partie wokalne, połączone ze znakomitym aktorstwem śpiewaków sprawiły, że publiczność nagradzała artystów indywidualnie kilkuminutowymi brawami. Peryt posługując się skromnymi środkami udowodnił, że można zrealizować widowisko piękne i wierne mozartowskiemu przesłaniu. Czytelna, prosta scenografia jaką stworzył, z kolumnami jakby z Teatru Stanisławowskiego w warszawskich Łazienkach i projekcje obrazów z epoki na telebimie w tle sceny decydowały o niepowtarzalnej atmosferze, dając wrażenie przenoszenia publiczności przez wehikuł czasu do epoki Mozarta i autora libretta Beaumarchais.

Bal maskowy ze Lwowa
Odmiennym przedstawieniem był „Bal maskowy" Verdiego z Opery Lwowskiej pokazany plenerowo przed zamkiem w Łańcucie. Spektakl w tradycji operowej 20. stulecia bez niespodzianek inscenizacyjnych. Niemniej wykonanie świetne, głosy imponujące. Zwłaszcza Michaela Malafiy, jako Ryszarda, Oresta Sydira, w partii Renata, Tetyany Olenich, Amelii, Tetyany Vakhnovskej, Ulryki. Urokliwa, chociaż dosłowna scenografia, barwne i szykowne kostiumy. Ogromna plenerowa widownia oklaskiwała artystów za kunszt, przedstawienie za widowiskowość. Silne wrażenie robiła scena finałowa, tytułowy bal maskowy, z bajecznie kolorową ciżbą przebierańców. Orkiestrę lwowską zdyscyplinowanie prowadził Michajlo Dutczak sprawiając, że monumentalne dzieło Verdiego zostało wykonane perfekcyjnie, bez błędów intonacyjnych.

Kurzak i Alagna
Tradycją festiwali w Łańcucie są od lat recitale gwiazd operowych. W tym roku oklaskiwano słynną sopranistkę Aleksandrę Kurzak i tenora Roberto Alagnę. Była okazja posłuchania obojga w repertuarze arii i duetów z Bizeta, Verdiego i Pucciniego. Nie najsłynniejszych, bardziej drugoplanowych. Niemniej pozwalały poznać kunszt śpiewaczy artystów. Największe wrażenie wywarła na publiczności wykonana przez Alagnę aria Vasca z „L'Africaine" Meyerbeera i Adriany z „Adriany Lecouvreur" Cilei, w której Kurzak popisała się fascynującym belcantem. Śpiewakom towarzyszyła zdyscyplinowanie orkiestra Filharmonii Podkarpackiej wypełniając czas między solowymi popisami urodą uwertur i intermezzów. Dyrygował mistrz perfekcjonizmu Wojciech Rajski, od lat wielu wierny łańcuckim festiwalom.

Konieczny w pieśniach
Recital słynnego bardziej poza granicami barytona o zabarwieniu basowym Tomasza Koniecznego i pianisty Lecha Napierały pozwalał poznać bliżej kunszt śpiewaka, który przed kilkoma tygodniami podpisał kilkuletni kontrakt do Bayreuth i bywał oklaskiwany na scenach operowych Tokio, Mediolanu, Chicago i Wiednia. Śpiewał pieśni Straussa, Twardowskiego i Rachmaninowa, czego wyjątkowość w dużej mierze sprowadzała się do zakorzenionych przekonań, że Strauss to utwory monumentalne, a Rachmaninow, otchłań fortepianu. Tymczasem usłyszeliśmy mniej znane świetnie skomponowane pieśni, które pozwoliły Koniecznemu w warunkach kameralnych łańcuckiej zamkowej sali balowej rozwinąć skrzydła. Popisać się głęboką, stonowaną ekspresją, wyrazistością, swobodą i potęgą głosu sięgająca u Straussa od niskich do imponująco wysokich rejestrów. Zarazem przekazać idealnie rozlewność, nostalgię i refleksyjność. A u Rachmaninowa kunsztownie wydobyć z jego pieśni ich fascynującą obrazowość. Popisem kunsztu śpiewaka była pieśń „Cecylia" Straussa, w której osiągnął imponujące, rzadko słyszane fortissimo. W pieśniach Rachmaninowa bliższe były mu odcienie liryczne. Na koniec recitalu podbił słuchaczy perfekcją w „Pieśni do gwiazdy" z „Tannhausera" Wagnera. Rozstając się żartobliwie utworem Czyża „U doktora pomidora". Co także było wielkim popisem głosowym!

Skrzypek na dachu
Jeden z wieczorów plenerowych przed łańcuckim zamkiem wypełnili artyści Teatru Żydowskiego w Warszawie klimatyczną realizacją Jana Szurmieja „Skrzypka na dachu". Cudowne pieśni, humor i tragizm sytuacyjny, duety i sceny zbiorowe, a nade wszystko założenie żeby poprzez zjawiskowość kultury żydowskiej dać przekaz o ponadczasowości problemów ludzi wypędzanych ze swoich ziem, kwestionowania i łamania prawa do własnej obyczajowości i tradycji, sprawiają, że „Skrzypek na dachu" prawdopodobnie nigdy się nie zestarzeje. Tak samo, jak przetrwa i to, o czym główny bohater musicalu Tewje, w tej roli świetny głosowo i przekonywujący aktorsko Marek Szydło – na swój prosty sposób rozmawia z Bogiem. Mobilną scenografię stworzył Wojciech Jankowiak, kostiumy były dziełem Marty Hubki. Mobilność dekoracji sprawiła, że dzięki drobnym przeobrażeniom i ruchom na scenie, widzowie mogli czytelnie odnajdywać się w różnych miejscach zamieszkałej przez bohaterów spektaklu Anatewki. Słabością przedstawienia było jednak to, że odbywał się bez udziału orkiestry grającej na żywo. Cóż, zaciążyły względy finansowe.

Chopin z jazzem i finał
Atrakcją festiwalową z pogranicza klasyki i jazzu był recital chińskiego pianisty A Bu, który dla publiczności polskiej odkrywa twórczość utalentowanego kompozytora z Ukrainy, Nikolaja Kapustina, fascynująco łączącego klasykę z jazzem. A Bu, pianista młody, student Julliard School of Music w Nowym Jorku, najwyraźniej lubi improwizować. Czym zachwycił festiwalową publiczność, która umiała docenić jego w tym względzie niemałe możliwości. Znajomość klasyki muzycznej pozwala A Bu na wypracowanie dźwięku w takiej postaci, że jest jego atutem wykonawczym. Na zakończenie swego recitalu podbił słuchaczy nie wolnym od ciekawych improwizacji Walcem cis-moll op. 64 Chopina.

– Tegoroczny festiwal 19-27 maja już jest przeszłością. 18-26 maja 2019 roku odbędzie się 58. Muzyczny Festiwal w Łańcucie – zaprasza Marta Wierzbieniec, dyrektorka naczelna Filharmonii Podkarpackiej w Rzeszowie, organizatorki festiwali od samego początku.

Andrzej Piątek
Twoja Muza
10 sierpnia 2018

Książka tygodnia

Aktorki. Odkrycia
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia