Reżyser, który reżyserował

"Między nami dobrze jest" - reż. Agnieszka Glińska - Teatr PWST w Krakowie

Między nami dobrze jest" Doroty Masłowskiej jest jak broń obosieczna. Z jednej strony to błyskotliwie napisany tekst, tragikomedia o polskiej rzeczywistości, tak efektowna, że na wstępie daje inscenizatorom wręcz napęd jądrowy. Z drugiej – jego arcydzielność jest żarłoczna, zamienia go w czarną dziurę, z której nie wydostaje się nie tylko światło, ale i własne pomysły.

Po perturbacjach w Teatrze Studio nazwisko Agnieszki Glińskiej działa jak magnes. Jednak jeśli ktoś zwabiony sensacją spodziewał się zobaczyć na scenie krakowskiej PWST ekscesy enfant terrible, może być zaskoczony klasycznym pomysłem. Scenografia jest prosta, zgodnie z nieco abstrakcyjnymi didaskaliami Masłowskiej – mamy stół, kilka krzeseł, lodówkę, sofę (czy może lepiej: tapczan?) i tak dalej. W tle widać uproszczoną mapę, na której – jak w dziecięcych książeczkach – kraje oznaczane są przez to, co się z nimi kojarzy. Tutaj nie tyle mamy do czynienia ze stereotypami, ile z błędami (np. Francja – bułka paryska), wynikającymi z zawężonych horyzontów postaci dramatu. Jakkolwiek kartograficzny element stanowi „wartość dodaną", ukazuje Europę oczami Polaków i umiejscawia widzów od razu w pewnym „stanie umysłu", to jego wartość jest przede wszystkim ilustracyjna, funkcjonuje niemalże jak pomoc dydaktyczna, co od początku sugeruje też publiczności szkolne podejście do tekstu. „Na początku było słowo" – i tego słowa się tutaj będziemy trzymali.

Nie musi być to błąd – Glińska słynie w końcu z hołdowania tradycji teatru psychologicznego, nie przyćmiewając tekstu atrakcjami, pozwalając mu wybrzmieć i wydobywając jego głębię. I w Krakowie na powierzchniowym poziomie się to udało – młodzi aktorzy sprawnie odtwarzają kolejne sceny, przechodząc metamorfozy, a przez umieszczenie ich wszystkich praktycznie cały czas w jednej przestrzeni (nie licząc wyjścia Haliny), ale niejako w osobnych sektorach, podkreślone zostaje zatomizowanie społeczeństwa. Problemy zaczynają się w momencie, kiedy na tekst Masłowskiej nakłada się struktura dyplomu. Mimo że tekst koncentruje się na trzypokoleniowym, jednopokojowym, jednopłciowym mieszkaniu, mężczyźni zaangażowani są do „konstruowania" świata przedstawionego poprzez wygłaszanie didaskaliów. Przez ten gest – wynikający zapewne z potrzeby angażowania i prezentowania możliwości młodych aktorów – dokonuje się przesunięcie znaczeń: konflikt przebiega na uniwersalnych do pewnego stopnia liniach, czyli patriarchalnej i klasowej (wszyscy mężczyźni są przedstawicielami establishmentu), podczas gdy dla Masłowskiej istotą rzeczywistości jest elementarna niemożność porozumienia. Wątek braku wspólnego języka przekreślają również piosenki – jakkolwiek zabawne (zwłaszcza ta otwierająca spektakl), łączą postaci w pewną wspólnotę, a spektakl zamieniają w komedię wodewilową.

W groteskowej konwencji dobrze odnalazł się Marcin Wojciechowski jako dziennikarz, Karolina Wasilewska stworzyła co prawda zamknięty zestaw gestów, ale i tak subtelnie sportretowała Osowiałą Staruszkę, ale występ, który jako jedyny zachwycił rozłożeniem akcentów, należał do Małgorzaty Bieli. Pozostali aktorzy pozwalali sobie na szarże, zagrywali się, punktowali żarty i wydawali się wyraźnie zadowoleni z siebie. Potencjał połączenia Masłowskiej, Glińskiej oraz energii i talentu młodych ludzi nie został wykorzystany i niestety jest to wina doświadczonej już przecież reżyserki. Przekonanie o jakości tekstu było w tym przypadku złudne, zabrakło również dyscypliny w prowadzeniu aktorów, przez co spektakl zamienił się w talent show.

Marta Stańczyk
Dziennik Teatralny Kraków
31 maja 2016

Książka tygodnia

Iłła. Opowieść o Kazimierze Iłłakowiczównie
Wydawnictwo Marginesy
Joanna Kuciel-Frydryszak

Trailer tygodnia