Rodzinka rodem z horroru!

"Rodzina Addamsów" - reż. Jacek Mikołajczyk - Teatr Muzyczny w Gliwicach

Któż nie zna „Rodziny Addamsów"? Od paru dekad to chyba jedna z najpopularniejszych rodzin, goszcząca w domostwach na całym świecie za sprawą komiksów publikowanych w „The New Yorkerze", seriali emitowanych w latach 1964-1965, czy filmów. W 2010 roku losy Addamsów mogła poznać także publiczność oglądająca musical na Broadway'u, a 13 marca 2015 roku za sprawą Pawła Gabary i Jacka Mikołajczyka fenomenalna opowieść o ekscentrycznej rodzince zagościła także na deskach gliwickiego Teatru Muzycznego i od razu podbiła serca widzów.

Musical „Rodzina Addamsów" stanowi pierwszą w Polsce inscenizację kultowej opowieści o nieco demonicznej rodzinie zamieszkującej mroczną, wiktoriańską posiadłość mieszczącą się w samym centrum nowojorskiego Central Parku. Przedziwna rodzina składa się z wybitnych indywidualności, tworzących swoisty gabinet osobliwości. Wydawać by się mogło, że głową familii jest Gomez – stereotypowy Hiszpan obdarzony gorącym temperamentem, tryskający optymizmem kolekcjoner instrumentów perswazji (czytaj: narzędzi tortur) i na zabój zakochany w swej małżonce. Jednakże, tak naprawdę władzę dzierży Morticia, charyzmatyczna dama i lodowa piękność, która zdominowała i podporządkowała sobie wszystkich członków rodziny. Owocem miłości mrocznych kochanków jest Wednesday – enigmatyczna, na pozór depresyjna młoda dama idąca w ślady swej matki oraz jej młodszy brat Pugsley, o którym można powiedzieć, iż jest słodki słodyczą Kuby Rozpruwacza. Uroku mrocznej familii dodaje wuj Fester cechujący się anielskim sercem, zamiłowaniem do piromanii i odrażającą fizjonomią oraz babcia będąca skrzyżowaniem alchemika, wiedźmy i hippiski. Ta ponadstuletnia piękność przekonana jest o tym, że „znalazłoby się kilkunastu 90-letnich ogierów, którzy zgłosiliby się, żeby pociamkać czerstwą bułeczkę babuni". Nieodłącznym ogniwem uzupełniającym obraz nieco psychopatycznego rodu jest wierny kamerdyner Lurch, wyglądający nieco jak efekt mutacji potwora stworzonego przez doktora Frankensteina z zombie. Nie można pominąć także armii duchów, będących zmarłymi członkami rodu. Warto wspomnieć, że rola zjaw została zdegradowana. Ani nie straszą, ani nie wyglądają odrażająco. Są niczym milczący towarzysze, czy demony przeszłości, czuwające nad spokojem swoich potomków. Addamsowie są z nimi niezwykle zżyci i co roku przywołują ich, tańcząc na ich grobach, oswajając śmierć.

Po kilku minutach przyglądania się bohaterom musicalu można pomyśleć, iż jest to potworna rodzina masochistów, czy wręcz sadystów lubująca się w torturowaniu oraz zadawaniu innym i sobie cierpienia. Jednakże pierwsze wrażenie bardzo szybko ginie w mrokach niepamięci, a z każdą minutą mrocznego widowiska okraszonego czarnym humorem, postaci wydają się coraz bardziej przyjazne. Turpistyczna wizja rodzinnej idylli może nieco odbiega od standardowych marzeń o szczęściu rodzinnym, aczkolwiek pomimo licznych różnic, Addamsowie to przykładna, bardzo zgrana i kochająca się familia. Natomiast poszczególni jej członkowie, choć słynący z wielu dziwactw i sadomasochistycznych zamiłowań, mogą stanowić wzory do naśladowania. Przy tak barwnych osobowościach rodzina Beineke reprezentowana przez zakochanego w Wednesday Lucasa (Marcin Franc), jego matkę Alice (Marta Florek) i ojca Malcolma (Grzegorz Pierczyński) wypada niezwykle blado, typowo, wręcz nudno. Dzięki Addamsom pozornie zadowolona z życia rodzina zwyczajnych Amerykanów, Beineke, odkrywa, czym tak naprawdę jest miłość i szczęście. Przykładowo, Morticia uchodzi za wcielenie uczciowości, ponieważ zawierając związek małżeński z Gomezem, złożyli śluby prawdomówności, iż nigdy nie będą mieli przed sobą tajemnic, czego starają się dotrzymać przez całe życie i nie toleruje kłamstwa.

Spektakl oparty jest na postaciach stworzonych przez Charlesa Addamsa, powszechnie znanych z rożnych komiksowych i filmowych realizacji. Natomiast przedstawienie udało się zrealizować dzięki porozumieniu z nowojorskim Theatrical Rights Worldwide. Libretto napisane przez Marshall'a Brickman'a i Rick'a Elice'a przetłumaczył i przetransponował na polskie realia debiutujący w roli reżysera Jacek Mikołajczyk, na co dzień teatrolog, doktor nauk humanistycznych prowadzący zajęcia na Uniwersytecie Śląskim oraz kierownik literacki Gliwickiego Teatru Muzycznego. Należą się mu olbrzymie brawa, ponieważ nie tylko przełożył libretto na język polski, ale zrobił to niezwykle finezyjnie, obudowując tekst w dyskretne aluzje, nawiązania do dobrze znanych tekstów kultury, zjawisk z pogranicza popkultury, czy wydarzeń.

Choreografia stworzona przez Ewelinę Adamska-Porczyk jest niezwykle dynamiczna i efektowna. Aktorzy tańczą, stepują, wirują i nieustannie śpiewają. Ich kondycja jest godna podziwu i pozazdroszczenia. Fenomenalne kostiumy, które musical zawdzięcza niezwykle plastycznej wyobraźni Ilony Binarsch przenoszą widza w mentalną podróż po różnych epokach historycznych. Nie brakuje tu barokowych kreacji noszonych przez dystyngowane damy, kreacji rodem z czasów teatru elżbietańskiego, strojów przypominających o czasach hiszpańskiej konkwisty, czy wojen napoleońskich. Ciekawym pomysłem kostiumologicznym jest zastosowanie tzw. „stroju świetlnego" noszonego przez postaci reprezentujące zmarłych członków rodu Addamsów. W newralgicznych, kulminacyjnych momentach akcji, gdy napięcie sięgało zenitu, roztańczona armia duchów wykonywała efektywny taniec. Wówczas, pogrążona w mroku scena została opanowana przez demoniczne upiory, wystrojone w świecące, za pomocą technologii LED, kostiumy. Dzięki umiejętnej reżyserii świateł (Wacław Czarnecki) w musicalu dominuje nastrój grozy i tajemniczości typowy dla gotyckich zamczysk, położonych na skraju świata i zamieszkiwanych przez demony z pogranicza jawy i snu.

Całość jest doskonale przemyślana, a dialogi pełne dystansu i ironii, dynamiczne, zabawne, obfitujące w wysublimowany, czarny humor. Wyrazu i humorystycznego akcentu dodają piosenki odwołujące się do aktualnych tematów społecznych, o czym świadczyć może następujący fragment: „Jak na pal wbity bej, jak w prawicowej partii gej, jest źle". Wszyscy aktorzy doskonale wywiązali się z postawionego im zadania, jednakże na prowadzenie pod względem wokalnym wysuwa się obdarzona anielskim głosem, mroczna Wednesday, w którą wcieliła się Anastazja Simińska oraz dumna Morticia (Marta Wiejak). Kobieca latorośl demonicznego rodu przechodzi wewnętrzną metamorfozę po spotkaniu całkiem normalnego chłopaka- Lucasa, którego zamierza poślubić. Nieodzowna jest także postać milczącego, acz niezastąpionego Lurcha, czy Festera. Jednakże trzeba jasno powiedzieć, iż w musicalu nie ma ról drugorzędnych. Wszystkie postaci są doskonale skonstruowane i wyraziste. Każda z nich przyciąga uwagę. Wszystko to sprawia, że czas spędzony w teatrze mija niezwykle szybko. Na każdym spektaklu sala pęka w szwach, a znaczącą część widowni stanowią dzieci, które, co ciekawe, nie marudzą i nie kręcą się, jak to bywa na niektórych inscenizacjach.

Zachwyty nad musicalem można mnożyć, gdyż na końcowy sukces realizacji złożyło się wiele czynników, jak rewelacyjna i naturalistyczna scenografia, stworzona przez Grzegorza Policińskiego, znakomita aranżacja muzyczna przygotowana przez Wojciecha Rodka, doskonały dobór odtwórców głównych ról, wyłonionych spośród 450 osób, które zgłosiły się na casting, kunsztowne dekoracje, dbałość o najmniejsze szczegóły, i fenomenalna charakteryzacja, która sprawiła, że bohaterowie znani ze szklanego ekranu ożyli i zmaterializowani zostali w gliwickim Teatrze Muzycznym. Za sprawą gliwickiej wersji „Rodziny Addamsów" nastąpiło swoiste odrodzenie konwencji klasycznego musicalu. Reżyser bawi się różnymi formami uzyskując widowiskowe efekty. Barwne widowisko będące gliwicką mega produkcją przyciąga tłumy widzów. Jednakże w odbiorcy budzi się żal, wiedząc, iż był to musical pożegnalny, którym żegnał się z gliwicką sceną jej wieloletni dyrektor – Paweł Gabara.

„Rodzina Addamsów" to wyborne widowisko oraz muzyczno-wokalno-teatralna uczta dla zmysłów. Musical opowiada nie tylko o losach ekscentrycznej rodziny, ale głosi także pewną życiową prawdę, iż w życiu najważniejsza jest miłość i rodzina. Realizatorzy zadbali o każdy, nawet najmniejszy szczegół. W scenie, kiedy rodzice Lucasa kluczą po Central Parku, szukając domu Addamsów, w tle widać wizualizację ukazującą nowojorski krajobraz składający z drapaczy chmur. Na jeden z nich wspina się gigantyczna małpa, przywodząca na myśl King Konga. Natomiast na półpiętrze domu rodem z horroru znajduje się obraz przedstawiający postać przypominającą bohatera filmu „Nosferatu Wampir". Ten musical po prostu trzeba zobaczyć!

 

Magdalena Mikrut-Majeranek
Dziennik Teatralny Katowice
16 maja 2015

Książka tygodnia

Rzecz w teatrze Jana Klaty
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Michalina Lubaszewska

Trailer tygodnia