Rok 1692?

"Czarownice z Salem" - reż. Adam Nalepa - Teatr Wybrzeże w Gdańsku

Czarownice to postacie, które – mądrze wykorzystane – mogą stanowić ogromny atut produkcji teatralnej bądź filmowej. Przyciągają widzów, kusząc niewypowiedzianymi tajemnicami czy obietnicą obcowania z czymś magicznym. Tak było i tym razem, kiedy zaintrygowana tytułem rozpoczęłam seans w reżyserii Adama Nalepy. Spektakl z jednej strony przystępny dla przeciętnego odbiorcy, dzięki znanemu polowaniu na wiedźmy, z drugiej jednak strony zmuszający do niejednej zadumy nad tym, w jaki sposób zbudowany jest świat. I czy aby na pewno po dziś dzień nie przetrwał swoistego rodzaju sabat czarownic.

Rok 1692. Salem to miasteczko zaatakowane przez siły nieczyste. A przynajmniej tak sądzi religijna część społeczeństwa na czele z wysoko postawionym pastorem Samuelem Parrisem (Robert Ninkiewicz). Młode, dotychczas pełne zdrów dziewczęta zaczynają zapadać na nieznaną chorobę. Krążą plotki, jakoby obcowały one z diabłem, tańcząc nago po lesie i śpiewając pochwalne pieśni ku niemu. Jedynie John Proctor (Mirosław Baka) nieustannie zaprzecza istnieniu podobnego zjawiska, czym samym naraża się na podejrzliwe spojrzenia sąsiadów. Do czasu aż do sądu zostaje wezwana jego żona Elizabeth (Małgorzata Brajner). Zostaje oskarżona o czary a wszystko przez zazdrosną kochankę Johna, Abigail Williams (Katarzyna Dałek). Skazanie miłosnej rywalki na karę śmierci nie należy do trudnych zadań, kiedy część miasta zostaje wysyłana na szubienicę pod zarzutem kontaktów z diabłem. W ten sposób rozpoczyna się proces małżeństwa Proctor o odpuszczenie grzechów – rozprawa o sensie prawdy i jego konsekwencjach, Bogu i Szatanie.

„Czarownice z Salem" to dramat napisany przez Arthura Millera, dramaturga uważanego za jednego z najwybitniejszych twórców amerykańskich XX wieku. Jego spektakl po kilkunastu latach został także zekranizowany pod tym samym tytułem w 1996 roku przez reżysera Nicholasa Hytnera. Po dziś dzień tytuł ten zyskuje kolejnych fanów, będąc wystawianym na deskach wielu teatrów. W tym między innymi w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku.

Nic w tym dziwnego, skoro opowieść o czarownicach, czarach i demonach brzmi nie tylko mrocznie, ale przy tym bardzo kusząco i interesująco. Przenosimy się do końca XVII wieku, w którym niewyjaśnione choroby czy sytuacje tłumaczono obecnością diabła, a najważniejszymi osobami w mieście była postać wpływowego duchownego. Brzmi znajomo z lekcji historii? Sądzę, że tak? Lecz dolegliwości dziewcząt to jedynie farsa wymyślona przez nie same, by uciec od odpowiedzialności. Konsekwencją tego czynu stało się istne polowanie na czarownice, z którego widz wyniesie lekcję życia na temat znaczenia prawdy. Jak ważna się staje, gdy nad głową zwisa gruba pętla, oznajmiająca rychłą śmierć?

Przyznam szczerze, że nie spodziewałam się podobnego rozwoju wydarzeń. Założyłam, że to tytułowe czarownice staną się ofiarami ówczesnego światopoglądu, natomiast okazały się głównymi złymi – manipulantkami, które poprzez kłamstwa potrafiły zabijać w białych rękawiczkach. W ten sposób niewinny człowiek, a jednocześnie jedyna trzeźwo myśląca osoba, John Proctor, stał się męczennikiem zatajonej prawdy, a same „Czarownice z Salem" kazały mi spojrzeć na wydarzenia pod kątem współczesnych wydarzeń. Czyż i nie po dziś dzień łatwo nam wydawać proces bez niepodważalnych dowodów?

Szczególnie, że reżyser czerpał wzorce przedstawienia sabatu czarownic z dnia dzisiejszego. Spotkania grupki dziewcząt - tańczących, pijących, śpiewających – przypominają bardziej obraz współczesnego koncertu, aniżeli średniowieczne przywoływanie duchów. A to nie jedyne rozwiązanie sceniczne Adama Nalepy, które przypadło mi do gustu swoją kreatywnością. Szczególnie gdy niespodziewanie pomiędzy wydarzeniami muzyka nagle cichła, a aktorzy zachowywali się tak, jak gdyby zapomnieli o istnieniu publiczności na widowni.

Choć jest to niemożliwe, gdy spojrzymy, jacy zawodowcy weszli w role dramatu. W Johna Proctora wcielił się ceniony i utalentowany Mirosław Baka. Człowiek o tak wyjątkowej charyzmie, że mimo swojego wieku, główny bohater „Czarownic z Salem" widniał jako pełen sił witalnych mężczyzna, dla którego młoda dziewczyna mogłaby oddać swe serce. Odniosłam jednakże wrażenie, że dopiero z kolejnymi wydarzeniami lepiej wchodził w swą rolę, by w końcowym akcie pokazać pełnię klasy aktorskiej. Zaciekawiła mnie także odtwórczyni Abigail. Katarzyna Dałek miała wiele okazji do pokazania umiejętności do tego stopnia, że nie potrafiłam sobie wyobrazić innej aktorki w tej roli.

Na uwagę zasługuje muzyka w wykonaniu tylko jednego fortepianu, za którym stał Marcin Mirowski. Kompozytor udowodnia, jak w prosty sposób można budować napięcie w dialogu pomiędzy postaciami – wystarczy do tego tylko jeden instrument, a czasami jedynie pojedynczy dźwięk. Idealnie wkomponował się w treść, tworząc przygnębiający klimat miasteczka pełnego diabłów pod postacią pobożnych chrześcijan.
„Czarownice z Salem" zachwyciły mnie swoim wydźwiękiem tak dobrze podkreślającym odniesienia do współczesnych realiów, w którym większość głosów wcale nie oznacza mądrej decyzji. Koniec spektaklu pozostawia głuchą ciszę i poczucie zmieszania, jak gdyby do zrozumienia w pełni tej sztuki nie wystarczy tylko jego pojedyncze obejrzenie. Dlatego też przy najbliższej okazji skuszę się na powtórne odwiedziny Teatru Wybrzeże właśnie dla tego tytułu, co śmiało mogę polecić każdemu.

Marta Cecelska
Dziennik Teatralny Trójmiasto
28 listopada 2017
Portrety
Adam Nalepa

Książka tygodnia

Pomarli
Wydawnictwo Czarne
Waldemar Bawołek

Trailer tygodnia