Róż, złoto i grówno

"Ubu Król" - reż. Waldemar Zawodziński - Opera Śląska w Bytomiu

„Ubu Król" w reżyserii Waldemara Zawodzińskiego to uczta dla konesera i amatora. Według Pendereckiego, wersja najlepsza spośród jego wszystkich dotychczasowych realizacji, a było ich niemało. Wciąż też, podobno, sztuka aktualna.

Ale my dla odmiany nie o tym, czy aktualna, czy nieaktualna. „Ubu Król" Alfreda Jarry'ego to – jak wiadomo – przede wszystkim brednia pierwszej wody, przepyszny stek bzdur, nagryzmolony przez francuskich gimnazjalistów ponad wiek temu, a podrasowany później (zapewne nieznacznie) przez Jarry'ego na jego własne potrzeby a ku naszej wielkiej uciesze. Jest to też żywy dowód na to, że koniec końców, wszystko można przedzierżgnąć w sztukę wysoką o wymowie poważnej. Nawet tak mało przystępne teksty w rękach profesjonalistów bywają elastyczne jak linoleum. I oto z dramatu, którego refren stanowi „gówno" (pardon), można uczynić arcydzieło. Potrzeba tylko maestra Pendereckiego, batuty Jurka Dybały, fantazji Zawodzińskiego, i trzeba Pawła Wunera (Ubu) i Anny Lubańskiej (Ubica).

Rzecz jest o tym, że pewien Ubu za namową żony swojej - Ubicy, na drodze krwawego spisku obala króla Polski, by sam zasiąść na tronie. Jego rządy są tyleż tyrańskie, co pozbawione jakiegokolwiek porządku. Rozliczne mordy i reformy przeprowadza kompulsywnie a bez metody. Przy tym wszystkim, nieustannie zakrzykuje: „gówno!", a właściwie to „grówno", choć tak naprawdę to „sz(r)eize", bo rzecz jest po niemiecku. A potem jest, proszę Państwa, jakaś wojna z Rosją. Tempo wydarzeń jest dziarskie, zwrotów akcji wiele i radzę uważać, bo pogubić się w tym majdanie nie jest trudno.

A są po temu okazje, bo scenografia zmienia się często i jest się na co zapatrzeć. Wciąż właściwie na co innego. Rodzinę królewską, na przykład, poznajemy w resorcie spa. Wszyscy są jakby żywcem wyjęcie z gazetki Mattela pt. „Barbie i Ken w salonie piękności". Królowa spoczywa w solarium, z którego od czasu do czasu wychyla się jej przyodziana w fikuśny czepek głowa. Król zaś, podobnie jak reszta dworu, wkracza na scenę w obuwiu sportowym typu sneakers i w dresie z baji czy innego ortalionu. W każdym razie wszystko jest pod kolor. Różowy. Infantylny, zabawkowy, narodowy. Niepoważny, beztroski. W tle połyskuje sprzęt fitness. Lata dziewięćdziesiąte, pop, kicz, relaks. Gigantyczne zabawki, a wśród nich - duże, ciepłolubne dzieci. Te dzieci to władza, której cechą dystynktywną i grzechem głównym jest uśpiona czujność. Władza złapana na wypoczynku, prawdopodobnie nieprzerwanym. Kicz w wykonaniu Zawodzińskiego jest niezwykle wysmakowany, wyważony, drobiazgowo przygotowany i z rozmachem przeprowadzony. Wspaniały.

Innym razem, widzimy carską Rosję. Wszędy złoto, wielkie makaty cerkiewne i patriarchowie (żywi), także cali w złocie, spoglądający na nas niewzruszenie z wysokości dwóch metrów. Tutaj nie żartów, nie pada zbędne słowo, nic nie jest różowe i nikt nie nosi adidasów. Wszystko jest po staremu, na poważnie i ogółem pięknie oraz straszno. Toteż Rosja wygra, car dwugłowy biało-złoty, małomówny, powściągliwy nie przyjmuje interesantów na siłowni. Nie przyjmuje też sprzeciwu i nie ponosi porażek.

Za chwilę znowu mamy sceny monumentalne, na stosunkowo niewielkiej scenie mieści się, o dziwo, całe mnóstwo aktorów. Przetaczają się kompanie wojska, tłumy (sic!) poddanych, są awantury na dziesiątki osób, zawody i jeszcze kawał polskiej wsi! Dramaturgia jest wielce przemyślana.

Wojna. Wygrywa ją car. Nie wiadomo, czy to przez degrengoladę barbarzyńcy Ubu, czy z winy śp. króla w dresie - zbyt sennego, zbyt odprężonego, by utrzymać się przy życiu i do takiej klęski nie dopuścić.

I jeszcze obsada. Mezzosopranistka Anna Lubańska i Paweł Wunder - tenor, to znany duet państwa Ubu. To właściwie Ubu-marka. Główne role współczesnych oper zwykle bezlitośnie obnażają warsztat wokalny śpiewaków. Zarówno Lubańska, jak Wunder doskonale wykonali swoje muzyczne zadania. Zaś ich sceniczne kreacje mimo, że jaskrawe i dobitne, to rozegrane ze scenicznym wyczuciem. Wspaniała jest ich sceniczna współpraca, dograna i dopięta na ostatni guzik, skrojona dokładnie po ostatni szew.

O muzyce wypada nam powiedzieć niewiele. Opinie rozbudowane, pozostawiamy specjalistom. Nie wątpimy jednak, że i ona była wspaniała. Wszak to Penderecki!

Paulina Żebrowska
Dziennik Teatralny Katowice
22 kwietnia 2016

Książka tygodnia

Szczery artysta. O Karolu Hubercie Rostworowskim
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Maria Rostworowska

Trailer tygodnia

Romeo i Julia
Aleksiej Ratmański
Wielu choreografów sięgało i nadal si...