Rozpromienieni

Rozmowa z Teatrem Papahema

Tworząc własne wypowiedzi, oddalamy się zapewne od rozwiązań, stylów, które nigdy nie były nam bliskie, w których się nie odnajdowaliśmy. Ale to raczej kwestia gustu i wrażliwości, a nie narzędzi. Pierwsze są subiektywne, drugie uniwersalne, dlatego nie należy ich odrzucać, tylko rozwijać. Im bardziej wszechstronny jest warsztat aktora, tym większą ma on łatwość w przekazywaniu zamierzonych treści, w sprawnym poruszaniu się między konwencjami.

Z Mateuszem Trzmielem, Pawłem Rutkowskim, Heleną Radzikowską i Pauliną Mośm, przedstawicielami Teatru Papahema, rozmawiała Izabela Mikrut z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung".

Izabela Mikrut: Jaki rodzaj języka teatralnego czy scenicznej ekspresji jest dla Was najbardziej kuszący?

Mateusz Trzmiel: Zawsze kusi, żeby zrobić tak, żeby było zabawnie. Najzabawniej jest, gdy okazuje się, że nasze mało wysublimowane dowcipy śmieszą kogoś po drugiej stronie. Wynika z tego, że nasze żarty są mniej niszowe, niż mogłoby się wydawać. Najbardziej chyba interesuje nas zgrabnie wyważona mieszanka bystrej metafory, humoru i niewymuszonego wzruszenia. Trudno byłoby nazwać tę konwencję. Do tej pory, mam przynajmniej taką nadzieję, poruszaliśmy się w zupełnie odmiennych stylistykach i narracjach. Mnie osobiście bardzo kusi zrobienie muzycznego monodramu, ale co ja poradzę, śpiewać nie umiem. A kusi bardzo!

Czego potrzeba, żeby móc robić własny teatr, zyskać twórczą wolność?

Paweł Rutkowski: Na pewno potrzeba wiele samozaparcia, pozytywnej energii i wiary w to, co się robi. Niestety w tym zawodzie nikt nie czeka z otwartymi ramionami na nowych twórców. Te ramiona przy każdym nowym projekcie musimy sami sobie otwierać, udowadniać, że nasz kolejny pomysł jest interesujący i może wnieść świeży powiew do teatralnego świata.

Nie boicie się o jutro?

Helena Radzikowska: Cztery lata temu, kiedy byliśmy jeszcze studentami Akademii Teatralnej, nie przerażało nas ryzyko związane z próbą założenia własnego teatru. Odwaga wynikała w dużej mierze z braku świadomości, ale też z ciekawości tego, co może nas spotkać, dokąd uda nam dojść. Teraz zdarza nam się odczuwać niepokój. Droga, którą wybraliśmy jest jak stąpanie po cienkim lodzie: są miesiące lepsze i gorsze, sezony obfitujące w wyzwania i mniej udane. Otuchy dodaje nam poczucie wolności twórczej i świadomość wielości potencjalnych rozwiązań. Przekonaliśmy się już, że powodzenie naszych działań w ogromnej mierze zależy od konsekwencji w poszukiwaniu możliwości ich realizacji. Wierzymy w to, że jeśli jakiś cel okazuje się na ten moment niemożliwy do osiągnięcia, nie znaczy to, że nie uda nam się zrealizować go w przyszłości, a tymczasem musimy poszukać innych możliwości: innego miejsca czy źródła dofinansowania. Mamy coraz więcej niezrealizowanych pomysłów, poznajemy życzliwych, inspirujących ludzi i ciekawe miejsca, zyskujemy wiernych widzów. Może więc nie ma się czego obawiać?

Którego elementu w procesie przygotowywania spektaklu najbardziej nie lubicie i oddalibyście go chętnie komuś z zewnątrz?

M. T.: Myślę, że najchętniej oddalibyśmy komuś zrywanie zwulkanizowanej taśmy dwustronnej z podłogi lub podestów, oj, tak...

Wykrystalizował się Wam podział obowiązków w zespole, czy wszystko robicie razem?

Paulina Moś: Na dłuższą metę nie da się wszystkiego robić razem. Wynika to po pierwsze z higieny pracy, bo mimo dosyć zgranego zespołu, jakim chyba jesteśmy, potrzebujemy po prostu rozdzielić między sobą obowiązki i zająć się równocześnie kilkoma sprawami. Po drugie, zależy to też od naszych osobowości i tego, co każdy indywidualnie ze sobą niesie. Wydaje mi się, że całkiem nieźle się uzupełniamy i zamiast walczyć między sobą o pozycję w grupie, możemy po prostu grać do jednej bramki. Oprócz tego Mateusz, który jest naszym szanownym prezesem, często zleca nam konkretne zadania, co sobie bardzo chwalimy, bo przynajmniej wiadomo, co jest do zrobienia.

Przyzwyczajacie widownię do tego, że co spektakl to niespodzianka. Zapowiadacie do końca roku kolejne premiery...

P. R.: Staramy się sięgać po różną literaturę, nie chcemy zamknąć się w jednej konwencji. Wydaje się to nam najlepszym sposobem na aktorski rozwój, który zmusza do poszukiwania nowych dróg i rozwiązań scenicznych. Przy realizacji każdej kolejnej historii staramy się odpowiedzieć na pytanie, co nas, twórców (myślę także o pozostałych realizatorach spektaklu) w niej porusza, jak ten problem przekłada się na współczesny świat. Następnie zastanawiamy się, jak można ciekawie opowiedzieć o nim widzom.

Co znajduje się na Waszej liście teatralnych marzeń? Zdradzicie jakieś pozycje?

H. R.: Jesteśmy na dobrej drodze do zrealizowania dwóch marzeń: do końca roku planujemy dwie premiery. Pierwszą z nich będzie mieszanka stand-upu i muppet show. Cieszymy się, że będziemy mieli szansę zmierzyć się z inną formą widowiska niż te, które eksplorowaliśmy dotychczas. Radość tym większa, że spotkamy się w pracy z naszymi teatralnymi przyjaciółmi: tekst pisze Agata Biziuk, autorka i reżyserka Skłodowska. Radium Girl, na scenie skonfrontujemy się po raz kolejny z Rafałem Rutkowskim, muzykę skomponuje Natasza Topor, z którą uwielbiamy pracować, za zaprojektowanie i wykonanie lalek jest odpowiedzialna nasza koleżanka ze studiów, aktorka i scenografka Olga Ryl-Krystianowska. Premiera na przełomie września i października w Warszawie. Zaraz potem zaczynamy próby do Procesu Kafki w reżyserii Tomka Kaczorowskiego. To nasz powrót do klasyki literatury, z którą bardzo lubimy się mierzyć. Premierę planujemy na grudzień w Białymstoku. Kolejnych marzeń nie będziemy zdradzać, żeby nie zapeszyć...

Jak szukacie tekstów do wystawienia na scenie?

P. M.: Nie mamy jednego, utartego schematu. Czasem coś po prostu wpada nam w ręce. Jakaś książka, inspiracja, która uruchamia pomysł. Bywało też tak, że przeglądaliśmy dobrą literaturę, bo chcieliśmy się zmierzyć z czymś klasycznym, ale poszukać własnego spojrzenia. Przy ostatniej premierze Skłodowska. Radium girl uczyliśmy się wychodzić nie od tekstu, a od tematu. Było to o tyle ciekawe, że razem z Agatą, która pisała tekst, mogliśmy poruszyć wszystkie wątki, które nas szczególnie zainteresowały. Kiedy bierzemy się za coś gotowego, musimy raczej pójść na kompromis, aby powiedzieć o czym chcemy, zachowując oryginał. Często po prostu luźno rozmawiamy o tekstach, które lubimy i mamy je w takiej wirtualnej szufladzie „do zrobienia kiedyś". Osobą, która czuwa nad podrzucaniem ciekawej literatury, jest Hela.

Co z narzędzi, w jakie wyposażyła Was szkoła teatralna wykorzystujecie w swojej pracy, a co zdecydowanie odrzuciliście?

H. R.: Żadnych narzędzi, w które wyposażyły nas studia aktorskie nie odrzuciliśmy, przynajmniej nie świadomie. Wszystkie one składają się na nasz warsztat, stanowią jego podstawę. Tworząc własne wypowiedzi, oddalamy się zapewne od rozwiązań, stylów, które nigdy nie były nam bliskie, w których się nie odnajdowaliśmy. Ale to raczej kwestia gustu i wrażliwości, a nie narzędzi. Pierwsze są subiektywne, drugie uniwersalne, dlatego nie należy ich odrzucać, tylko rozwijać. Im bardziej wszechstronny jest warsztat aktora, tym większą ma on łatwość w przekazywaniu zamierzonych treści, w sprawnym poruszaniu się między konwencjami.

Skłodowska. Radium Girl to spektakl, który został doceniony przez publiczność...

M. T.: Fakt, nawiązujesz tym samym pewnie do Nagrody Publiczności, z którą wróciliśmy z tegorocznej edycji Alternatywnych Spotkań Teatralnych KLAMRA 2018: Toruń przyjął nas bardzo ciepło, za co jesteśmy ogromnie wdzięczni. Skłodowska odwiedziła już kilka miast: Warszawę, Gdańsk, wspomniany Toruń, na horyzoncie jest jeszcze Tarnów, Sopot, nie zapominajmy też o rodzimym Białymstoku. Z każdej wycieczki wracamy rozpromienieni, bo okazuje się, że publiczność jest na tak! Mam nadzieję, że Skłodowska nie obraziłaby się za określenie, że ten spektakl jest dobrym towarem eksportowym... Oby Chorzów też go polubił...

Dlaczego w ogóle wzięliście się za taki „relikt" jak Maria Skłodowska-Curie?

P. M.: Przyczyn było kilka. Zbiegło się to z rocznicą 150. urodzin Marii Skłodowskiej-Curie i w związku z tym w księgarniach i nie tylko, pojawiło się mnóstwo materiałów związanych z jubilatką. Hela dorwała gdzieś biografię i rzuciła ziarno, które wykiełkowało w postaci nowego spektaklu. W miedzyczasie zderzyliśmy się z własnymi wyobrażeniami o Marii i uświadomiliśmy sobie, że należy ją odbrązowić, bo co najmniej kilka faktów z jej życia nas zaskoczyło i zaczęliśmy patrzeć na Marię jak na człowieka, a nie figurę z książki od chemii. Kiedy coś takiego rodzi się w twórcach, oczywistym jest, że zaraz chcą się podzielić tym ze swoimi odbiorcami. W trakcie pracy nie widzieliśmy już w Marii „reliktu", ale kobietę z krwi i kości. Polubiliśmy się.

Musimy zapytać o największe wyzwanie w tym akurat spektaklu...

P. R.: Największym wyzwaniem było wybranie najciekawszych wątków dotyczących Skłodowskiej-Curie (w tym nie do końca tych najbardziej znanych i oczywistych). Jej biografia jest na tyle bogata w różne ciekawe wydarzenia, że aby o wszystkich wspomnieć, musielibyśmy stworzyć kilkugodzinny spektakl. Ostatecznie, następujące po sobie sceny to kolejne epizody z jej życia lub wariacje na jego temat. W każdej staraliśmy się zawrzeć esencję danego problemu, zagadnienia. Praktycznie co chwila przeskakujemy w czasie, w emocjach, nastrojach, a także teatralnych konwencjach. Jest to trudna sztuka dla aktora. Mamy również sporo scen, w których jesteśmy bohaterem zbiorowym. Trzeba być cały czas skupionym na zadaniu, nie można się rozproszyć. Należy szybko i sprawnie zmieniać maski, żonglować rolami, wpadać w często skrajne stany emocjonalne.

Będziecie uczyć odbiorców chemii? Jakie tematy możecie poruszyć dzięki Skłodowskiej?

H. R.: Jedna ze scen spektaklu dzieje się w laboratorium. Maria i Piotr przeprowadzają eksperymenty i rozmawiają o ich wynikach. Jednak nie stricte naukowy aspekt biografii polskiej noblistki był dla nas przy tworzeniu tego przedstawienia najważniejszy. Życiorys Skłodowskiej jest bardzo pojemny, zawiera w sobie wciąż aktualne, gorące zagadnienia tolerancji, emancypacji kobiet, ingerencji mediów w życie prywatne osób publicznych. Przez pryzmat biografii Marii przyglądamy się też Polsce, która jest „ciągle w konflikcie sama ze sobą". Analizujemy również zjawisko rodzenia się popkulturowej ikony. Wszystkie te zagadnienia są nam bliższe niż meandry nauki, które mimo szczerych chęci udało nam się zgłębić jedynie powierzchownie. Jednak lepiej radzimy sobie z emocjami i diagnozami społecznymi, niż z tablicą Mendelejewa...

Izabela Mikrut
Materiał organizatora
17 sierpnia 2018
Portrety
Agata Biziuk

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia