Rozwód w czasach chaosu

"Rozwód Figara" - reż. David Pountney - Teatr Wielki w Poznaniu

"Rozwód Figara", opera rosyjskiej kompozytorki Eleny Langer z librettem brytyjskiego reżysera Davida Pountneya, okazała się dziełem naznaczonym gorzkim humorem, z muzyką sprawnie napisaną, choć mało oryginalną. Brawa należą się solistom, którzy wykonali kawał świetnej roboty. Bardzo dobrze spisała się orkiestra pod batutą Tadeusza Kozłowskiego.

Po "Cyruliku sewilskim" Rossiniego i "Weselu Figara" Mozarta, brytyjski reżyser i librecista David Pountney wraz z kompozytorką Eleną Langer postanowili dopełnić operowego tryptyku o sewilskim balwierzu. Kanwą literacką libretta była sztuka Pierre'a Beaumarchais "Występna matka" i dramat Odona von Horvatha "Rozwód Figara". Polską premierę "Rozwodu Figara" obejrzeliśmy w Teatrze Wielkim 17 lutego.

Obok znanych postaci Hrabiny, Hrabiego, Zuzanny, Figara, czy Cherubina, Pountney wprowadził do libretta nową postać - Majora, który występuje w roli czarnego charakteru.

Reżyser przeniósł czas akcji do czasów bardziej nam współczesnych, jednak w precyzyjny sposób nie określił czasu. Rodzina Almavivów ucieka przed chaosem rewolucji, zostaje jednak złapana przez tajemniczego Majora, który okazuje się byłym znajomym Hrabiego. Złapanych uchodźców nie kieruje jednak do obozu, znajduje dla nich ekskluzywny hotel, co jak się później okaże, było znacznie gorszym rozwiązaniem. Kapitał finansowy państwa Almaviva szybko jednak topnieje, dlatego zostają zmuszeni do opuszczenia drogiego apartamentu. Serafin (drugi syn Hrabiny) planuje poślubić Angelikę, która jest wychowanką Hrabiego. Major, który jest znakomitym manipulatorem, ucieka się do kłamstwa i wmawia młodym kochankom, że są rodzeństwem. Dopiero pod koniec dzieła sytuacja się wyjaśnia, a bohaterowie odkrywają prawdę, która jest zupełnie inna od tej, którą przedstawiał im Major.

Dwuaktowe libretto Davida Pountneya jest bardzo zwarte i czytelne. Można mieć pewne zastrzeżenia co do długości niektórych scen, jak np. finałowa scena I aktu, jednak nie wpływa to na ocenę całości. "Rozwód Figara", dzieło rosyjskiej kompozytorki Eleny Langer, niewątpliwie jest dowodem na jej warsztatową sprawność, znajomość stylistyk i technik. Niemniej w samym języku muzycznym zabrakło czegoś absolutnie oryginalnego. Przeplatanie neoklasycznych brzmień perkusji i blachy, nad którymi unosi się duch Dymitra Szostakowicza, ze stylizacjami knajpiarskiego tanga, to w moim odczuciu trochę za mało. Instrumentacja świetna, harmonia bardzo ciekawa - zwłaszcza w scenach ansamblowych, które zostały umiejętnie skrojone, ciekawa rola fortepianu, potraktowanego w niektórych momentach quasi-solistycznie, wszystko to sprawia dobre wrażenie. Zabrakło tylko osobistego piętna kompozytorki. W każdym razie, trudno było mi go odnaleźć.

Wielkie brawa należą się solistom, którzy wykonali kawał porządnej, a przy tym niełatwej, roboty. Uwagę zwróciła na siebie szczególnie Joanna Freszel w roli Zuzanny - przepiękny głos, piekielna muzykalność i niesamowita wyobraźnia muzyczna! Bardzo dobrze spisała się orkiestra pod dyrekcją maestro Tadeusza Kozłowskiego, który do tej pory kojarzył się głównie z repertuarem kanonu opery włoskiej. Maestro świetnie panował nad całym zespołem, klarownie i wyraziście ukazując dramaturgię utworu, mimo gęstych faktur, które mniej doświadczonego dyrygenta rozłożyłyby na łopatki. Talent i ogromne doświadczenie zrobiły swoje.

Nieco drażniła mnie scenografia, może nie tyle koncepcja (obrotowe ściany), co jej realizacja. O ile w pierwszym akcie nie zaburzała mojego odbioru, o tyle w drugim - zwyczajnie drażniła (autorem scenografii jest Ralph Koltai). Natomiast urzekła mnie reżyseria świateł, pełna spoistości z treścią libretta i różnorodna pod względem wyrazowym.

Szkoda, że "Rozwód Figara" jest kolejną produkcją Teatru Wielkiego, którą (poza premierą) będzie można zobaczyć do końca sezonu tylko dwa razy. To ogromna strata (także edukacyjna), w przerwie widziałem część widzów, opuszczających teatr. Z komentarzy, jakie padały z ich ust, można było wywnioskować, że muzyka okazała się dla nich za trudna, nie byli w stanie jej zgłębić. To kolejny dowód na to, że niechęć operowych widzów do współczesnych dzieł, wynika głównie z niezrozumienia warstwy muzycznej. Okazji do spotkań z taką muzyką powinno być więc jak najwięcej, bo publiczność trzeba oswajać z językiem, który wydaje się jej obcy i niezrozumiały. A najlepszą metodą jest stwarzanie okazji do osłuchania się i obycia z dziełem współczesnym. Trzy spektakle to z pewnością za mało, żeby liczyć na wyedukowanie widza. Teatr Wielki posiada całkiem rozbudowaną ofertę edukacyjną, może więc warto pomyśleć o projekcie, który zachęcałby publiczność do obcowania z dziełami współczesnymi?

Adam Olaf Gibowski
www.kulturaupodstaw.pl
22 lutego 2017
Portrety
David Pountney

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia