Rozwód z Fredrą

"Śluby" - reż. Wojciech Kościelniak - Teatr PWST w Krakowie

"Śluby" w wykonaniu studentów IV roku aktorstwa (specjalność wokalno-aktorska) są rysowane grubymi kreskami. Fredro nie ma niestety ostatnio w teatrze dobrej passy. Jego język okazuje się być niezwykle trudny do pokazania w oryginalny i niebanalny sposób. Wciąż tonie w banale i grzęźnie w schematach

„Śluby panieńskie” są jednym z najsłynniejszych tekstów dramatycznych Fredry, jak i polskich utworów komediowych. Większość widzów ma zapewne w pamięci prostą, acz dość dowcipną intrygę Gustawa, który w przebiegły sposób chce nakłonić do małżeństwa Anielę i Klarę. Na początku spektaklu (jak i w całej ostatniej części) wiedza ta może okazać się istotna, gdyż nieskomplikowana kombinacja postaci wydaje się zawikłana niczym losy bohaterów „Mody na sukces”.

Niezrozumiały jest już sam początek przedstawienia, w którym silnie zostaje wyeksponowany służący Gustawa. Manieryczny bohater będzie z resztą ujawniał się co chwila – szkoda tylko, że przyfrunął z zupełnie innego kabaretu. Nie ma pomysłu na psychologiczne zaplecze postaci, ani miejsca na komizm, ani żadnego konceptu, jak zaprezentować język Fredry. Płynny, dynamiczny i dowcipny tekst w dużych fragmentach rozwleka się w powolnych melodiach, czyniąc jednocześnie słowa niezrozumiałymi. Jeśli muzyka (największa zaleta spektaklu) staje się żywiołowa, to wraz za tym idzie ekspresja aktorska – zostaje ona zakrzyczana.

Największym zarzutem wobec spektaklu jest brak jakiejkolwiek spójnej inwencji na jego ożywienie. Gustaw to jedyna postać, która zostaje ukazana w mniej szkicowy i schematyczny sposób – być może dlatego, że posiada o wiele więcej możliwości pokazania się na scenie. Cała plejada postaci nie jest nawet stypizowana – jest po prostu miałka. Nie ma pogłębienia motywów dla podjęcia przez dziewczyn decyzji o dożywotnim panieństwie (co stanowi skądinąd bardzo ciekawy temat, który reżyser miejscami próbuje szkicować), nie ma koherentnej koncepcji postaci. Spójna zaś jest scenografia – przesuwane duże białe płachty, przypominające zwisające pranie, na których wyświetlane były animacje. Energiczne ilustracje przedstawiały mrówki, owady, a bohaterowie co rusz „wili między sobą nici” – w trakcie dialogów bawili się sznurkiem. Owy motyw przewodni – na ile ciekawy, to temat odrębny – monotonny zrobił się po kilkukrotnym pokazaniu, a warto wspomnieć, że nachalnie eksponowany był przez półtorej godziny.

Krytyczny odbiór przedstawienia wynika zapewne z ogromnego rozczarowania – i to w każdym calu. Żaden z aktorów nie zachwycał, ani nie wybijał się wokalnie, spektakl wyzbyty był tempa,  nie miał nawet charakteru rozrywkowego. To także zawiedzone oczekiwania względem reżysera, o którym ostatnio w Polsce słychać coraz więcej. Niestety, podobnie jak w poprzednim jego spektaklu realizowanym wraz ze studentami PWST - „Procesie”, udało mu się tylko stworzenie pola do rzetelnego pokazu umiejętności każdego z aktorów. Niektóre z resztą rozwiązania – wizualizacje, pajęcze nici czy charakterystyczne eksponowanie drugoplanowanych bohaterów – wydają się wobec jego twórczości wtórne. Najgorszą oceną dla spektaklu rozrywkowego jest ziewanie – tu niestety było go niemało.

Magdalena Urbańska
Dziennik Teatralny Kraków
28 lutego 2011

Książka tygodnia

Tamara Łempicka. Sztuka i skandal
Wydawnictwo Marginesy
Laura Claridge

Trailer tygodnia