Rykoszetem

Nowa dyrekcja Teatru Norwida dopiero rozwija skrzydła...

Jelenia Góra doczekała się pierwszego, oficjalnego teatru gospodarczo-politycznego, działającego pod szyldem samorządowej instytucji kultury. Takim teatrem staje się najwyraźniej Teatr Norwida, który przeobraża się właśnie ze świątyni sztuki w świątynię interesów, z tymi najbardziej czytelnymi i oczywistymi interesami finansowymi na czele.

Owa dziejowa zmiana dokonuje się metodą na Wnuka. Nie mylić z metodą "na wnuczka" znaną w przestępczym półświatku! Bo to, co dzieje się aktualnie w teatrze, jest zupełnie legalne, nie krzywdzi Bogu ducha winnych osób i nie nosi najmniejszych nawet znamion przestępstwa. Jest natomiast efektem świadomej polityki, prowadzonej oficjalnie przez urzędującego od września ubiegłego roku, nowego dyrektora największej jeleniogórskiej sceny - Tadeusza Wnuka.

Co ciekawe, nie chodzi tu wcale o politykę kadrową, choć ta ma zazwyczaj bardzo istotny wpływ na artystyczne życie instytucji. Bezczelnymi plotkami o zawodowo-rodzinnych politycznych koligacjach, decydujących o obsadzie kluczowych stanowisk, zajmować się nie chcemy. Poza tym, każdy szef ma święte prawo dobierania sobie współpracowników, dzięki którym może realizować własną wizję firmy, za co bierze osobistą odpowiedzialność.

Nowa dyrekcja Teatru Norwida dopiero rozwija skrzydła, ale już jasno daje do zrozumienia, w jakim kierunku prowadzić będzie ów kulturalny okręt. I niech okręt ten płynie, gdzie chce, niech sławi sztukę rodzącą się na pokładzie i imię macierzystego portu, z którego wypłynął. I niech tylko na nieznanych wodach nie zderzy się wzorem Titanica z lodową górą, jeśli taką napotka na swoim kursie. A uważać trzeba, jeśli kapitan zapuszcza się na zimne wody...

Dyrektor Wnuk otwarcie wyjaśnił już, że teatr jest dla niego przede wszystkim PRZEDSIĘBIORSTWEM, dla którego najważniejsza jest sprzedaż, czyli wpływy z biletów. Brawo! Rozumiem, że to uzgodniona z władzami Jeleniej Góry strategia ekonomiczna, zmierzająca do wyłączenia finansowania instytucji z budżetu miasta. Bo komercyjnej firmy nie trzeba utrzymywać z budżetu. Realizację tej logicznej strategii potwierdza rezygnacja z zapraszania na premiery tych, którzy czynią z nich teatralne święto. Bilet rzecz święta, jasna sprawa i nie ma o czym gada. Dziwi natomiast, że teatr zrezygnował nawet z zapraszania na premiery dziennikarzy-recenzentów, którzy mogli cokolwiek podszepnąć publiczności w kwestii najnowszych produkcji.

Być może jednak i ta decyzja jest słuszna, nawet jeśli podszyta jest głupim lękiem, że nowy spektakl może się komuś nie spodobać, więc lepiej głośno, publicznie nie mówić o nim wcale. W tej sytuacji zastanawia jednak, po co na premiery zapraszani są teraz lokalni notable i parlamentarzyści, do których ograniczono listę gości wabionych na widownię. Bo kogo jak kogo, ale ich akurat stać na kupno tak cennych biletów wstępu. Poza tym, co wynikać ma z ich obecności na premierach, jeśli nie wpływy do kasy? Dobór gości nie dziwi wcale, gdy weźmie się pod uwagę, że za organizację teatralnej widowni odpowiedzialni są eksponowani działacze lokalnych organizacji partyjnych.

W tych okolicznościach interesujące (choć zupełnie nieistotnie) jest tylko, czy grono VIP-ów uświetniających premiery dobierane jest z klucza partyjnego, czy dotyczy wszystkich zajmujących wysokie stanowiska samorządowe i państwowe? Ktoś powie, że głupio się czepiam, bo przecież chodzi o potencjalnych sponsorów, którym miejsce na widowni należy się jak psu kość. Być może. Tylko czy w tej sytuacji komuś chodzi tu jeszcze o TEATR?

Daniel Antosik
Nowiny Jeleniogorskie
11 stycznia 2017

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia