Ryzyko jest niezbędne

Rozmowa z Krzysztofem Szczepaniakiem

Cały ten zawód to obserwacja. Obserwujesz, czujesz coś, przekładasz to na siebie. Nawet w metrze. Jedziesz w godzinach szczytu i patrzysz na ludzi. Jak się zachowują. Przyswajasz to. A potem, w pewnym momencie, na scenie, odtwarzasz te zachowania, bo jakoś pasują ci do postaci. Trzeba też się uczyć, żeby być wiarygodnym. Nie mam prawa jazdy, ale na pewno bym się nauczył prowadzić samochód, gdybym dostał rolę tirowca.

Z Krzysztofem Szczepaniakiem, aktorem Teatru Dramatycznego w Warszawie, rozmawia Maja Margasińska z Dziennika Teatralnego.

Maja Margasińska: Co ostatnio widziałeś w teatrze?

Krzysztof Szczepaniak: Ja bardzo rzadko chodzę do teatru (śmiech). Żartuję. Chodzę często. Jak sie uprę na jakiegoś reżysera, to oglądam wszystko, co zrobił. Albo jeden teatr. Ostatnio widziałem "Obrzydliwców". Bardzo to ładne. Miałem kiedyś pomysł w tym stylu, żeby nakręcić etiudę krwisto-romantyczną, o sadystach, z piękną, sielską muzyką w tle, jak w "Hannibalu", który puszcza jakiegoś klasyka i odkraja przy tym kawałek mózgu. Bardzo to wszystko diabelsko wysmakowane. Spektakl mi się podobał, jest tam na przykład taka półgodzinna, pusta, przeintelektualizowana dyskusja o kobietach i ich istocie, publiczność umiera ze śmiechu cały czas, a oni tam rzucają swoje frazesy i widać, że dobrze się przy tym bawią. Henio Niebudek jest niezwykle uroczy. Zresztą wszyscy są fajni. Zaskakujący. Na przykład jestem przyzwyczajony do tego, że Piotrek Siwkiewicz ma zupełnie inne emploi niż tu, a tu jest takim... w skórzanej kurtce, takim... chujem na sto dwa :)

To jest właśnie fajne, jeśli aktor zaskakuje, jeśli może zagrać coś innego, niż szufladka, niż swój typ.

Niestety to się zdarza nie za często.

Tak, bo jednak reżyserzy obsadzają po warunkach.

Nikt nie chce za bardzo ryzykować. Oczywiście to rozumiem, ale też to właśnie mnie boli. Zazwyczaj, jak już ktoś zaryzykuje, to potem nie żałuje, ale ludziom jakoś brakuje odwagi, żeby pójść pod prąd. A ryzyko jest niezbędne. Są takie role, które ewidentnie się kojarzą z jakimś typem. Na przykład Papkin. Sto razy prędzej dostałbym Papkina niż Wacława. Wydaje się, że taki Wacław ma dużo mniej potencjału, ale w związku z tym jest dużo ciekawszym wyzwaniem, bo trzeba ten potencjał wydobyć, znaleźć, albo sobie dodać, jeśli nie ma w tekście, wykombinować, jak to zrobić, żeby to było ciekawe i żeby było jakieś "mięso".

Ale ty na razie nie masz żadnego swojego "typu", grasz bardzo różnorodne role.

Ja lubuję się w rzeczach abstrakcyjnych. Marzy mi się taki Kot z "Alicji w Krainie Czarów" albo kot Behemot z "Mistrza i Małgorzaty". Mam wielki apetyt na tę rolę, bo jest ona nieoczywista. Nie wiadomo jak to ugryźć, bo to abstrakcyjna postać. Można warsztatowo coś zrobić. Każdy może to zagrać. Mam słabość do takich rzeczy. I myślę, że grałbym to poprzez ciało. Uwielbiam ruch. Kiedy oglądam Benedicta Cumberbatcha w roli Smauga, odczuwam taką zazdrość, że mam ochotę zdjąć z siebie skórę. Oeeech, jak bym chciał! Strasznie bym chciał! Albo Gollum! Jest cudowny. Ale zobaczysz, jeszcze kiedyś coś takiego zagram, bo mam nieodparte wrażenie, że sprawiłoby mi to dużo radości i potrafiłbym to zrobić. Może w "Wiedźminie", jeśli kiedyś powstanie. Tam jest taki bestariusz do zrobienia...

No i smok. Złoty. Borch Trzy Kawki.

Smauga raczej nie przebije.

Ojtam, nasz jest ładniejszy. Złoty. Nasz jest "najpiękniejszy".

No wiadomo, bo rodzimy.

Ale ty śpiewasz, to mógłbyś Jaskra zagrać.

Jak się zestarzeję trochę (śmiech). A na razie jakieś dziecko lasu. Takie fantastyczne rzeczy mnie kręcą. Ale nie mówię, że Czechow nie. Nie lubię się tak zamykać, mówić, że bym czegoś nie zagrał. Jakby mi dali, to bym zagrał.

Fantastyka to raczej filmowo.

Ja się nie udzielam filmowo na razie.

Jak to, jak to? "Miasteczko Harmider", "Kamienie na szaniec"...

Ale to już stare rzeczy, sprzed kilku lat...

Nie chcesz grać w filmach?

Chcę! Tylko to nie jest takie proste. Nie do końca umiem się znaleźć na tych naszych castingach, nie znoszę słowa "naturalnie". Zrób coś "naturalnie". To najgorsze, co można powiedzieć. Janusz Gajos używa słowa "prawdopodobnie", i wtedy wiadomo o co chodzi. To jest od razu bogatsze, pojemniejsze, ma w sobie potencjał i - co najważniejsze – nie ogranicza. Ale może trzeba traktować castingi jak zadanie aktorskie. Bo jeśli ci w jakiejś roli niewygodnie, uwiera cię, to jest właśnie znak, że powinieneś dać jej szansę. Na taką właśnie rolę trzeba polować. Aktor powinien być łowcą. No i nigdy nie wiem, jak na castingach niektóre rzeczy ugryźć. Czy mogę to zrobić tak, jak chcę, czy raczej mam się wpasować w ten kanon: "Normalniej, normalniej! Po co tyle głosu?"

Tak mówią na castingach? To już wiem, dlaczego oglądając polskie filmy, nic nie rozumiem.

Jak już mi ktoś zaufa i da mi rolę, to najprawdopodobniej tego nie spieprzę, natomiast zdarza się że w niektórych projektach sam etap castingu jest dla mnie bez sensu, bo zwykle nie ma nic wspólnego z tym, co faktycznie trzeba później grać. Co z tego, że przyjdę dzisiaj z rana i powiem tak, jeśli o piętnastej na przykład będę miał olśnienie, że to powinno być zupełnie inaczej? Tak właśnie wygląda przecież już ta właściwa praca. Najbardziej lubię, jak ktoś w ciebie wierzy i pozwala tobie i sobie na wzajemne poznanie się. Weźmy takiego Mistrza Ceremonii, którego gram. Rola wiekowo bardzo nieodookreślona i tylko kwestia pomysłu reżysera może zaważyć o tym, jaki ta postać ma mieć charakter. Przecież to mógłby równie dobrze zagrać sześćdziesięciolatek, jak i taki gówniarz jak ja. Na marginesie: to by było świetne wystawić nasz "Kabaret" na przykład na scenie Romy i połączyć z nimi siły, jeżeli chodzi o widowiskowość. To byłby murowany hit! :)

Ale "Kabaret" i tak jest jest hitem.

Tak, to oczywiście fajnie, ale to po pierwsze mocny tytuł. Wiadomo, że jak ktoś przychodzi, to albo zna piosenkę i przychodzi usłyszeć "Money money" albo idzie porównać z filmem, albo nie ma pojęcia o co chodzi i myśli, że będzie śmiesznie. Sam bym na to poszedł z ciekawości, znając i uwielbiając ten film.

Zapisałam różne fragmenty recenzji na temat Mistrza. Słuchasz? "W tej roli Krzysztof Szczepaniak hipnotyzuje". Albo to: "perwersyjny, tajemniczy, stylowy".

Wszystko to opłacone! (śmiech) Ale "perwersyjny, tajemniczy, stylowy" to ładny triumwirat.

A jak to jest zmierzyć się z taką legendą, jaką jest film?

Nie wiem. Nie mierzyłem się z tą legendą. Znam ten film od lat, wielkie chapeau bas, i kłaniam się, i uwielbiam, i widziałem wszystkie wersje, jakie hulają po internecie, i oczywiście wersję jeszcze lepszą niż film – również z Greyem w roli MC, ale ze spektaklu, który grał od 66 roku. Mnie się to bardziej podobało. Rola Greya w filmie jest absolutnie świetna, ale w gruncie rzeczy wtórna, bo jest esencją tego, co wcześniej robił w spektaklu. Tak więc wszystko obejrzałem, prawie wszystko wiem na ten temat i odżegnałem się całkowicie od pomysłu, że będę o tym myślał podczas budowania roli i pracy nad spektaklem. Myśl o tym, czy to będzie sto razy lepsze, czy sto razy gorsze, czy na równi, nie ma najmniejszego sensu. Skupiłem się na tym, że będę to po prostu robił po swojemu. Z tych wersji, które najbardziej mi się podobały, wziąłem parę pomysłów. Jeśli coś ewidentnie, organicznie mnie ciągnęło, to oczywiście stosowałem to w roli, starałem się też dać jak najwięcej cech, które miałem w głowie, myśląc o tej postaci. A jedno tu jest pewne: nie ma żadnej logiki w jego zachowaniu, i to jest piękne. Jest to postać absolutnie nieobliczalna i, jak powiedział sam Joel Grey w jednym z wywiadów: gdybyśmy spojrzeli głęboko w jego oczy, znajdziemy tam tylko otchłań. Ten szczegół daje potężne pole do popisu dla aktora. Wziąłem go sobie do serca i tak powstał swoisty miks stworzony ze mnie i elementów tej postaci, które wszyscy pamiętają. Ja wiem, że postać wykreowana przez Greya to legenda i mistrzostwo świata, a jednak myślę, że zajmowanie się porównywaniem do pierwowzoru nie wpływa w ogóle na robotę. Mógłbym się cały czas zastanawiać: a może należałoby pójść podobną drogą? a co będzie jeśli...? itp., ale ja zrobiłem inaczej. Czasami w ramach ukłonu dla widzów, którzy znają film, wstawiam właśnie kilka takich nut, takich ewidentnie cytowanych z Greya. On momentami śpiewa jak kaczka, nienaturalnie ale efektownie. Ludzie są do tego przyzwyczajeni i przyjemnie jest sprawić, że się uśmiechną, wspominając film. Jednak jeszcze bliższa mi jest chyba wersja Mendesa z Alanem Cummingiem z Denmar Warehouse w Londynie. Cumming jest bardziej perwersyjny. Joel był bardziej za tym całym sztafażem garnituru, klasy, a ten jest raczej typem obrzydliwca masującego sutek. To jest cudowne. Widziałem też wersje kopiowane jeden do jednego i wersje "po latach", w których już Greyowi i Minelli nie wychodzi tak sprawnie i śpiewają z ewidentnym przymrużeniem oka. Widziałem i taką, w której Mistrz Ceremonii był czymś w rodzaju torreadora. Widziałem wersję i paryską, i hiszpańską. I myślę, że nasza jest bardzo dobra. Gdybym miał porównać ją do tamtejszych, to absolutnie nie odstaje. Zresztą ja te piosenki z "Kabaretu" śpiewałem już od gimnazjum, więc byłem na to mentalnie przygotowany. Teraz czekam na "Operę za trzy grosze".

Jest na to szansa. Teraz Dramatyczny robi się trochę takim teatrem "środka" i to bardzo dobrze.

Ja też się strasznie z tego cieszę, bo nie ma szufladek, na przykład, że tutaj robimy tylko wysoką literaturę, albo że nie aktor jest najważniejszy, tylko wizualizacja, bo teraz jest taka tendencja.

Tutaj jednak cały czas stawia się na aktora.

Tak. Aktor jest najważniejszy. Człowiek saute. Nie ma prawie żadnych podpórek w tych spektaklach, tylko aktorzy, to co oni przeżywają, ich świat. I to jest najciekawsze dla mnie - żywy człowiek.

A propos człowieka saute: byłam ostatnio na "Dziwnym przypadku psa nocną porą" i frapuje mnie, czy wy widzieliście tego "Psa..." londyńskiego przed realizacją waszego?

Nie. Tylko trailery, i to już po naszej premierze, ze dwa miesiące temu. Z tego mogłem się zorientować mniej więcej, jaka jest stylistyka.

Ja go widziałam w kwietniu w Londynie i dlatego przyszłam do Dramatycznego. Spektakl Krofty oparty jest dokładnie na tym samym pomyśle realizacyjnym.

One się różnią. W naszym na przykład nie ma wizualizacji.

No nie ma. I bez tej całej olśniewającej otoczki, mamy nagie aktorstwo. I to właśnie jest siłą warszawskiego spektaklu.

Londyński nie ma jednej rzeczy, którą my mamy: nie ma muzyków na żywo.

Nie ma dwóch rzeczy, które ma warszawski.

A jaka jest druga?

Ty. Nie mówię o tym, że tamten spektakl jest źle zagrany, bo nie jest, jest świetnie zagrany. Ale jednak tam Christophera gra trzech czy czterech aktorów, bo żaden nie udźwignąłby tego fizycznie. Ty dźwigasz.

Tak, to jest wyczerpująca rola, to prawda. Gram to jutro. Już się mentalnie przygotowuję. Tam są kilometry do przejścia. Już nie mówię o ilości tekstu i o rodzaju skupienia, który jest charakterystyczny dla tego spektaklu: na dwie godziny przełączyć sobie w głowie ten guzik, który odpowiada za zupełnie inny tryb myślenia.

Ale też mówienia! Całe ciało masz napięte, łącznie ze strunami głosowymi. To ciężka, fizyczna praca. Oglądałam to i myślałam sobie: Jezu, przecież to w ogóle nie jest on!

No to fajnie, bo właśnie o to mi chodziło (śmiech).

Obserwowałeś kogoś z Aspergerem, przygotowując się do roli?

Na podwórku, dawno temu. Znałem bliźniaków, którzy - jak po latach odkryłem przy pracy nad rolą do tego spektaklu - na pewno mieli ten syndrom.. Ale też obejrzałem większość filmów w tym temacie, i dokumenty. Oglądałem to wszystko i zbierałem pomysły. Nie miałem kontaktu z nikim chorym w trakcie pracy nad spektaklem, więc pozostawała mi wyobraźnia. Ta choroba nie jest łatwa do zagrania, można przegiąć w którąś stronę, jest to ryzykowne. Ale dostałem sporo listów od ludzi, którzy mają kontakt z osobami z Aspergerem. Piszą w nich, że dokładnie tak jest, że jeden do jednego takie osoby tak lub bardzo podobnie się zachowują, więc cieszę się, że udało mi się taką wiarygodność uzyskać. Takie listy są dla mnie najlepszą nagrodą za pracę i wszystkie zbieram.

To jest jednak zupełnie inny spektakl niż londyński. Nie mogłam uwierzyć, jak dwa przedstawienia na podstawie tego samego tekstu i z tym samym pomysłem realizacyjnym, mogą się tak od siebie różnić.

Tamten jest bardziej wizualny, tam planety latają, Christopher unosi się w powietrzu, te wszystkie głosy dookoła, które wydobywają się zewsząd, by uświadomić nam działanie percepcji tych, którzy borykają się z Aspergerem, co jest jednocześnie darem i przekleństwem. W naszej inscenizacji trochę mi brakowało właśnie pokazania przeciążeń, jakim ulega Christopher, kiedy ma za dużo bodźców. Kiedy próbuje jednocześnie usłyszeć, zobaczyć i pojąć wszystko.

A moim zdaniem to jest.

Ale może mogłoby być wyraźniejsze. U nas jest to plastyczne, delikatne. I to jest super. Nie mówię, że to źle, po prostu trochę mi brakuje takiego wrzucenia widza w świat człowieka z Aspergerem. Może widzom byłoby łatwiej zrozumieć, jak to jest być Christopherem. Kiedy oglądałem te trailery londyńskie, byłem przerażony: to robi tak samo jak ja, to robi tak samo jak ja, to robi tak samo... o ku**a (śmiech). Zobaczyłem też, że w angielskiej wersji jest dużo żartów słownych, które są nieprzetłumaczalne. Żal mi tego. Kiedy na przykład Christopher mówi, że ktoś zabił tego psa "with a fork". I dodaje..

..."With a garden fork", a publiczność płacze ze śmiechu, że ktoś mógłby zabić psa widelcem. To jest w ogóle bardzo zabawny spektakl, śmiałam się na nim i odebrałam go jako taką ciepłą, familijną, pogodną opowieść o tym, że należy pokonywać nasze słabości, przełamywać ograniczenia, że trzeba marzyć. Krofta zrobił coś zupełnie innego: historię rodziców chłopca z Aspergerem, pokazał tę samotną, prywatną walkę o normalność. Udrękę.

Myślę, że skoro już teatralnie to robić, to jest to na tyle atrakcyjne, że należy pokazać też tę ciemną stronę. Coś, z czego ludzie nie zdają sobie sprawy, czego nie chcą oglądać, jeśli nie są w temacie. Skoncentrowałem się na przykład na elemencie ataków paniki, które wystepują u ludzi z Aspergerem, a które są chyba jednym z największych problemów w oswajaniu tego syndromu. Na drugiej szali położyłem ich niesamowicie bogaty świat wewnętrzny i nietypowy dla ''zwykłych'' ludzi styl myślenia. Właśnie dzięki temu umysły "aspergerowców" są z jednej strony sprawniejsze, a z drugiej mają tę tendencję do ''przegrzewania się'', bo wszystko dzieje się za szybko. Mówi się w końcu, że żyjemy w epoce ludzi z zespołem Aspergera - genialnych matematyków, informatyków, programistów, muzyków itp. Bardzo ciekawe jest to, że kiedy słucha się oddechu widowni w trakcie spektaklu, to słychać, że na początku oni są jeszcze nieufni, nie rozumieją, nie wiedzą jak sie ustosunkować, dlaczego Christopher tak gada, czy to jest aktor, czy on tak gra, czy to może jakiś performans i wpuścili na scenę chorego dzieciaka? Ale kiedy zaczyna się śledztwo, publiczność coraz bardziej zaczyna wchodzić w tryb jego myślenia. I potem, na samym końcu, słyszysz już, że oni go zaakceptowali jako swojego. Ten proces adaptacji też jest fanastyczny i zawsze jakoś mnie porusza.

"Mizantrop".

Było coś takiego (śmiech).

To fajny spektakl. Dziwny. Z jednej strony asceza scenografii, z drugiej przerysowane postaci.

Bardzo lubię w tym grać. Ukazany jest tam świat parszywej zgnilizny, ludzi, których dziś nazwalibyśmy celebrytami, a którzy stają się jakimiś bohaterami codzienności. Cudowną recenzję wystawiła pewna pani, która nieświadomie stwierdziła, że te postacie są takie żałosne i rozkrzyczane, że to jest wręcz irytujące i nieznośne. Pomyslałem, że to jest genialne, ponieważ właśnie o to chodziło! Skoro aktorzy cię irytowali, to to jest w punkt. Taki był zamysł. Gdybyśmy grali w Comedie Francais, to oni byliby bardziej wystylizowani, wyrafinowani, pewnie w stylu "Niebezpiecznych związków": kuluarowe rozgrywki, rozdawanie kart pod stołem, salonowe rozmowy, psychologiczne badanie się, a tutaj jest po prostu... współcześnie i esencjonalnie do bólu.

To jest też świetnie zagrane. Wojtek Solarz jest super, i Sławek Grzymkowski, którego uwielbiam.

Tak, ja też uważam, że to są świetni aktorzy.

Grzymkowski ma coś takiego, że jak się pojawia na scenie, nawet na trzecim planie, to już nie skupiam się na niczym innym. Oglądam tylko jego. Ale do rzeczy: Klitander. Z której części ciała bierze się Klitander?

Jestem na obcasach, więc może ze stopy? (śmiech).

Grasz wyobraźnią, czy bardziej psychologizujesz i wyciągasz jakieś swoje ciemne strony?

Nie mam takich zasad. Jak mi wygodniej. W "Psie" idę przez ciało, a tutaj jest wiersz, postaci nie są psychologiczne, tylko przerysowane, obcasy zmuszają mnie do uruchomienia ciała w zupełnie inny sposób niz normalnie, ale idzie to wszystko raczej z funkcji, jaką mam odegrać w przedstawieniu.

Pytam, bo twoje role są zupełnie rozstrzelone, nie da się ich jakoś usystematyzować, wyciągnąć wspólnego mianownika.

A bo ja nie lubię wspólnych mianowników. Za to lubię zrobić coś takiego, że w trakcie budowania roli - kiedy mam ją już niemal matematycznie rozpisaną, cały schemat, plan - wychodzę na scenę i staram się o tym wszystkim zapomnieć. Wiem, że wszystko, co sobie wymyśliłem na temat postaci, trzeba na ten czas wyrzucić do kosza i dać jej żyć własnym życiem. To, nad czym pracuje się czasem kilka miesięcy i tak zostaje w podświadomości, i jest motorem napędowym postaci. Teraz trzeba to zniszczyć i żyć postacią po raz pierwszy. To jest to ryzyko, które jest chyba największym wyzwaniem. Na to trzeba się odważyć, trzeba pozwolić sobie odczuwać. Usłyszałem kiedyś teorię jakoby w mózgu aktora w trakcie grania szły dwa strumienie jednocześnie: to co zaplanował, wykreował jako on sam, odpowiadający na pytanie ''co teraz robię?'' i ten drugi, strumień postaci, która przecież nic nie wie. Nie mówię, że trzeba zrobić coś zupełnie innego niż na próbach, czy zaskakiwać kolegów, ale jednak zniszczyć w sobie komfort ''grania na pamięć'', w którym nic się nigdy nie przydarza. To powinna być taka wewnętrzna radość, a nawet eksyctacja wynikająca z niepewności, że niby wszystko wiesz, a jednak nic nie wiesz. I świadomość, że każdego dnia budujesz postać również poza sceną poprzez obserwację i analizę. To ma wymierne efekty, bo ludzie przecież wyłapują energię i czują, że się im nie sprzedaje wyświechtanych frazesów, tylko jakąś prawdę, która jest tu i teraz. Aktor powinien mieć w sobie świeżość, urwisa takiego, podstawiacza nogi, zgrywusa. Mieć w sobie emocjonalność i wrażliwość, która jak śpiewał Kaczmarski, "wije się jak sledziona z węgorza wyrwana''.

Kiedy stwierdziłeś, że będziesz aktorem?

Nie było momentu przełomowego. Tak po prostu wyszło.

Szybko, wymyśl jakąś legendę.

Nie mam legendy. Ciągle coś grałem, śpiewałem, i tak już poszło..... z rozpędu.

Nie poszedłeś do teatru na jakiś spektakl, który...?

Nie. Chciałem być architektem, ciągle coś składałem z klocków, potem chciałem być archeologiem, bo mnie dinozaury interesowały, potem grałem w jakichś spektaklach w podstawówce, potem w gimnazjum byłem naczelnym "robiącym wszystko", w liceum też, a szkoła teatralna była tylko naturalną konsekwencją.

To może opowiesz mi chociaż o mistrzach?

Nigdy nie miałem mistrzów, ale uwielbiałem rzeczy warsztatowe przekazywane przez wykładowców ze szkoły: Mariusza Benoit, Łukasza Lewandowskiego, Janusza Gajosa. To są takie spotkania, z których się czerpie i które dają solidny, wiarygodny fundament pod uprawianie zawodu. Ale nigdy nie będę, nie chcę i nie będę czyjąś sklonowaną wersją. Parodiować tak, to co innego. To odzielna sztuka, najlepiej wykonywana wtedy, kiedy się osobę parodiowaną w jakiś sposób pokochało. Taką formę naśladownictwa i imitacji uwielbiam.

A gdybyś nie był aktorem, to kim byś był?

Siedziałbym w domu i wymyślał, jak by to było, gdybym był aktorem (śmiech). Nie jestem za dobry w innych rzeczach. A zawód aktora daje ci możliwość uczenia się ciągle czegoś nowego. Jakies nowe umiejętności, teorie, ćwiczenia. I to właśnie jest świetne. To jest zawód interdyscyplinarny. Alan Rickman, na pytanie kim powinien być aktor, odpowiedział kiedyś: Wszystkim, tylko nie aktorem. Czym się powinien interesować aktor? Wszystkim. Cały ten zawód to obserwacja. Obserwujesz, czujesz coś, przekładasz to na siebie. Nawet w metrze. Jedziesz w godzinach szczytu i patrzysz na ludzi. Jak się zachowują. Przyswajasz to. A potem, w pewnym momencie, na scenie, odtwarzasz te zachowania, bo jakoś pasują ci do postaci. Trzeba też się uczyć, żeby być wiarygodnym. Nie mam prawa jazdy, ale na pewno bym się nauczył prowadzić samochód, gdybym dostał rolę tirowca. Albo tirówki (śmiech). Nie, raczej tirowca. Choć tirówkę też mógłbym zagrać, czemu nie? Chciałbym zagrać kobietę.

Umiesz już chodzić na obcasach...

Mam dziwne przeczucie, że mogłoby mi to wyjść (śmiech). Może w parodystycznej wersji, w jakimś sequelu "Poszukiwany-poszukiwana 3".

Uwaga, strzelam. Widziałam cię jeszcze w "Brombie w sieci".

O Boże!

Jak to jest grać dla dzieci? Bo to jest strasznie wymagająca publiczność.

O, tam musisz po prostu energią rzucać na prawo i lewo, żeby złapać ich uwagę, i być gotowa na to, że mogą cię nieźle zaskoczyć: wyjść na scenę, krzyknąć coś, powiedzieć, dopowiedzieć. To już ociera się o performans, trzeba być dwa razy bardziej czujnym niż normalnie. No i dla dzieciaków należy grać tak, żeby się spocić. Nie infantylnie. Trzeba ich traktować poważnie. Dzieci się najbardziej wkręcają, jak się im daje jakąś prawdziwą historię. Jeśli złapiesz tę naiwność, to myślenie, że jest jakiś problem, który należy rozwiązać tu i teraz, bo inaczej nastąpi koniec świata, i w to na chwilę uwierzysz, to i one za tym pójdą.

Najbardziej lubię, kiedy dzieci na żywo podpowiadają bohaterom, angażują się i krzyczą: nie idź tam, on cię oszukuje!

Ty robisz to samo, tylko w głowie.

Czasem nie tylko w głowie (śmiech). To na koniec wróćmy jeszcze do "Psa". Muszę cię o to zapytać: naprawdę potrafisz rozwiązać to okropnie skomplikowane zadanie matematyczne?

Nie wiem. Zawsze je sobie odświeżam przed spektaklem. Rozpisuję je i wydaje mi się, że to jest dobre rozwiązanie, ale czy ono jest naprawdę dobre? Czy da się je rozwiązać inaczej? Nie mam pojęcia. Może jacyś matematycy siedzą na widowni i się ze mnie naśmiewają.

Najbliższe plany?

Za dwa dni będziemy czytać "Wizytę starszej pani". To będzie nasza najnowsza premiera. Robi to Wawrzyniec Kostrzewski. Jeszcze nie wiem co tam gram, może Policjanta 1, 2 albo 3 (śmiech). Będę miał niespodziankę.

___

Krzysztof Szczepaniak - rocznik (1989). Aktor. Absolwent Akademii Teatralnej im. A. Zelwerowicza w Warszawie. Zagrał w spektaklach: „MP4" w reż. Mariusza Benoita w Teatrze Powszechnym im. Z. Hübnera, „Piosennik" w Teatrze Ateneum im. S. Jaracza oraz „Harce młodzieży polskiej" T. Śpiewaka w Teatrze IMKA. Laureat Nagrody na 32. Przeglądzie Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu (Tukan Dziennikarzy i Yukan Publiczności). Związany z Teatrem Dramatycznym m.st. Warszawy, gdzie wystąpuje w „Mizantropie" Moliera i „Kupcu weneckim" W. Shakespeare'a, ,,Młodym Stalinie" T. Słobodzianka, ,,Nocy żywych Żydów" I. Ostachowicza, ,,Wszystkich moich synach" A. Millera oraz ,,Dziwnym przypadku ps nocna porą" S. Stephensa.

Maja Margasińska
Dziennik Teatralny Warszawa
10 czerwca 2016

Książka tygodnia

Rzecz w teatrze Jana Klaty
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Michalina Lubaszewska

Trailer tygodnia