Rzeszowskie premiery sięgają do przeszłości

W Teatrze Przedmieście "Dybukiem" a w Siemaszkowej "Cieśniną duchów – Manitoba"

W pierwszej z nich, Aneta Adamska nie tylko adekwatnie do zwięzłego tytułu powtórzonego za autorem Szymonem An-skim, bo z jego dramatu korzystała, wydobyła na scenę kwintesencję tegoż dzieła zaadaptowanego dla własnego pomysłu artystycznego.

Reżysersko, w zwięzłej, rzec można poetycko- muzycznej formie przywraca tym co pamiętają a otwiera przed innymi zaprzeszłość, zwłaszcza obyczajową owej społeczności żydowskiej, która na kresowych obszarach współżyła i współtworzyła nasze wspólne tradycje. Bo wszak An-ski zapisał w tym utworze w drugiej dekadzie ubiegłego wieku właśnie obserwacje z wędrówek po Wołyniu i Podolu, a był także i w Rzeszowie. I spektakl Anety przywołuje tę społeczność już na wstępie czytaniem list żydowskich nazwisk ze spisu przedwojennego mieszkańców Rzeszowa. Przywozi tamte nazwiska i namalowane obrazy ulic oraz kamienic żydowskich w owych podróżnych walizkach, układanych na scenie niczym macewy, których prawie dziś nie ma w Rzeszowie, bo dwa cmentarze żydowskie (obecny pl. Ofiar Getta) zniszczyli Niemcy, a drugi przy Dołowej okolony murem bardziej samosiejny las albo łąkę przypomina. I te walizki otwierają się dla widzów metaforycznie obrazami namalowanymi przez Pawła Srokę i przenoszą wyobraźnią do minionych zdarzeń i miejsc. Walizki, i te obrazy w nich, grają niczym żywe, jak choćby podczas szukania jednego z bohaterów pod wskazanym adresem, gdy otwierane są przez aktorów niczym przez kogoś, kto biega i szuka konkretnej kamienicy. Na tej scenie, która nie ma rygorystycznie zarysowanych ram, bliskość tego co się na niej dzieje jest wręcz namacalna. I ten świat miniony, owe cienie przeszłości, obrazowane przez aktorów docierają sugestywnie i przekonująco. Znakomicie w dwoistej roli młodzieńca i dziewczyny spisała się Iwona Żytecka, ciekawie obserwujemy grę Macieja Szukały (rabin) i Pawła Sroki (ojciec narzeczonej i panny młodej, w roli której udanie zadebiutowała na tej scenie Kinga Fornek) oraz podziwiamy głos sędziwego Stanisława Surmy gościnnie pozyskanego z Teatru im. J. Żmudy ze Stalowej Woli do roli Posłańca. A młodzi muzycy – gimnazjaliści budują ten klimat swym talentem w melodiach chasydzkich: Jakub Adamski na akordeonie, Szymon Tadla na cymbałach, a Marek Telwach na skrzypcach. Tytułowy dybuk – to według ludowych wierzeń żydowskich duch osoby zmarłej, który wciela się w postać żyjącą, aby dopełnić przeżyć przerwanych np. przedwczesną śmiercią. I Aneta Adamska ze swym zespołem przywołuje artystycznym sposobem właśnie owego dybuka ludzi, miejsc, ulic i tradycji żydowskich miasta Raishe, jak owa społeczność nazywała Rzeszów. I ma taką siłę przekonywania, że za głosem aktorów owe duchy przeszłości „można zobaczyć, usłyszeć ich głos , zrozumieć co myślą..."

W Teatrze im. W. Siemaszkowej zagościła prapremierowo na otwarcie sezonu sztuka napisana przez Stanisława Brejdyganta na konkretnie zamówiny przez dyrektora Remigiusza Cabana temat, w tym roku bardzo żywy, bo odnoszący się do krwawych wydarzeń sprzed 70. laty na Wołyniu. Nie jest to jednak ani historyczna rekonstrukcja, ani publicystyczny czy polityczny akt potępienia rzezi dokonanej na Polakach przez banderowców – skrajnych nacjonalistów ukraińskich. Autor, który z racji wieku pamięta tamte czasy, a za nim młoda reżyserka spektaklu Joanna Zdrada nie starają się jednak dokonywać takich rozliczeń i ocen, nie próbują wskazać i napiętnować tego aktu ludobójstwa, bo wszak dziesiątki tysięcy niewinnych dzieci i starców, kobiet i mężczyzn mieszkańców wsi i miasteczek wołyńskich owi ukraińscy oprawcy w sposób okrutny, bestialski wymordowali wtedy, dlatego tylko, że ich ofiary były Polakami. Wywołując duchy przeszłości artyści kierują raczej do widza przekaz, iż wzajemną nienawiść należy pogrzebać w pamięci, a szukać sposobów pojednania, by kolejne pokolenia nie wikłać w zaprzeszłe zbrodnie.

I można odnieść wrażenie, że owa przeszłość kresowych krwawych wydarzeń i odpowiedzialności za nie stawiana jest jakby na równych szalach. Bohaterowie spektaklu – Polak, profesor Stanisław (znakomita gra Edwarda Linde-Lubaszenki) i Ukrainiec, pop Serhij (Stanisław Brejdygant) – to w owych krwawych latach wojny po prostu postaci dwóch walczących stron, oficer AK i żołnierz UPA. Serhij morduje brata Stanisława, bo nienawidzi Polaków, a Stanisław każe swym podkomendnym zabić w odwecie siostrę Serhija. Gdy po latach spotykają się przypadkowo (?) w Kanadzie na sesji naukowej, a potem w chacie na odludziu wśród zamieci śnieżnej, to są już inni mentalnie ludzie, którzy tamtą wzajemną krzywdę sprzed dziesięcioleci wprawdzie pamiętają, ale wisząca przy drzwiach siekiera, która jakby czekała na dopełnienie wyroku, już im niepotrzebna. Chociaż do końca nie wiadomo, czy wychodząc z domu w zamieć w tej gwałtownej gniewnej prawdzie o sobie nie użyją znów narzędzi zbrodni. Ich wnukowie Janek (Michał Chołka) i Marija (Magdalena Kozikowska-Pieńko) – którzy przybyli do nich z pomocą na to odludzie, zakochani w sobie, z planami na wspólne życie, odlegli krańcowo od obłędu pamięci ich dziadków – giną, bo wybucha butla gazowa wrzucona do kominka przez Stanisława po ostrej wymianie zdań z Serhijem. Młodzi aktorzy zagrali niezwykle przekonująco i wzbudzili podziw dla swego talentu, mimo szczupłości tworzywa literackiego dla ich ról.

Przenoszą się zatem do metaforycznej cieśniny duchów z owej krainy Manitoba. Reżyserka tymi baśniowymi obrazami tańczących duchów Indian kwituje, komentuje poszczególne odsłony akcji niczym chór w antycznej tragedii i nakłada na owe bardziej monologi starców niż dialog obrazy filmowe z zaświatów – postaci pomordowanych Janka i Mariji. Pierwszy też bodaj raz od remontu teatru tak adekwatnie do zamierzonego artystycznie celu wykorzystana została przez reżyserkę i autorkę scenografii zarazem scena obrotowa przy obrazie szaleńczej jazdy młodych samochodem przez zamieć do chaty, gdzie byli ich dziadkowie. I gdzie poznali okrutną prawdę o swych rodzinach. A epilogiem jest niezapomniana scena, też jakby z zaświatów, owej pieśni Bogorodice Diewo, radujsa Rachmaninowa w przekazie Strzyżowskiego Chóru Kameralnego pod kierunkiem Grzegorza Oliwy. W tę poetykę wpisały się niezwykle spójne z atmosferą widowiska kostiumy zaprojektowane przez Zofię Mazurczak. Dramaturgia, tak właściwie dopięta została dopiero w akcie drugim. Pierwszy bez strat należałoby ograniczyć do prologu, bez nużących monologów w oparach pijaństwa. Ma się też wrażenie, jakby autor i realizatorzy przedstawienia myśleli już o wyjazdach do sąsiadów, mnożyły się bowiem sceny z dialogami wyłącznie po ukraińsku.

Ryszard Zatorski
Materiał Teatru
7 października 2013

Książka tygodnia

Nice, cosie i duchy. Eseje o sztuce
Pewne Wydawnictwo
Michał Krawczyk

Trailer tygodnia

"Powrót" - reż. Michał...
Michał Zdunik
Bywa tak, że odwiedzamy dom rodzinny ...