Salon rodzinny z upiorami jak z Gombrowicza

"Lekkomyślna siostra", Teatr Narodowy w Warszawie

Agnieszka Glińska wydobyła ze stuletniej komedii Włodzimierza Perzyńskiego to, co najlepsze. I sama w niej zagrała

Polityką Teatru Narodowego rządzi zasada "niech rozkwita sto kwiatów". Eklektyczny program Jana Englerta jest rozsądny i pewnie dlatego mało kogo zadowala. Publiczność o gustach zachowawczych wybrzydza na ekscesy najmłodszej generacji reżyserów, postępowcy plują na konserwatyzm i mieszczaństwo starych. W ten sposób Teatr Narodowy odzwierciedla artystyczne i pokoleniowe tendencje i podziały.

Premiera "Lekkomyślnej siostry", niewidzianej od czasów Kazimierza Dejmka, ucieszy raczej "starożytników", a "nowoczesnych" pozostawi obojętnymi. Choć uważam, że historia Marii, żony i matki, która dążąc do niezależności, łamie mieszczańskie konwencje i mimowolnie demaskuje rodzinny fałsz i obłudę, w swej istocie oparła się czasowi. Tradycyjny kształt i lekko przebrzmiały ton, jaki dobyła z tej stuletniej, ale wciąż wybornej komedii Agnieszka Glińska, nie czynią z jej przedstawienia staroświeckiego bibelotu. Gdyby tak było, uznałbym je zaledwie za rozkoszne, tymczasem widzę w nim możliwość odczytania, które ożywia raczej myśl niż sentymenty.

Glińska umieściła akcję w latach 30. XX w. Scenografka Agnieszka Zawadowska urządziła stylowy salon zdeklasowanej rodziny, której "pater" zamienił klejnot szlachectwa na ambicje kapitana przemysłu. Bez natłoku rozstawione gustowne meble: szezlong, stolik do pasjansa, sekretera, serwantka art déco; za rozsuwanymi drzwiami jadalnia ze stołem i pianinem; bliżej widzów półka z dużym radioodbiornikiem i przeszklona biblioteka, wypełniona - co za gust do szczegółu! - autentycznymi książkami wydawnictwa "Rój" i dziełami Żeromskiego w edycji Mortkowicza z charakterystyczną granatową okładką ze złotym kłosem.

Postaci z tej biblioteki ciągle wyciągają tomy i podczytują. Tak jakby cały ich świat był zapośredniczony w fikcji, co czyni z tego zapośredniczenia znak całego spektaklu, który Glińska konstruuje z bardzo dyskretnych gier z konwencjami i tekstami. Detale scenografii, kostiumów, fryzur, ale także gesty, pozy, mechanika ruchu scenicznego, styl dialogowania przywołują polskie komedie czy nawet melodramaty znane ze starego iluzjonu.

Ale to powierzchnia przedstawienia. Przesunięcie czasu akcji w lata 30. sprawia, że "Lekkomyślna siostra" rozgrywa się w rodzinnym salonie zdumiewająco podobnym do tego, w którym swoje upiory rozpoznał Gombrowicz. W efekcie oglądamy sztukę o "lekkomyślności" oznaczającej sprzeciw wobec teatru życia codziennego w rodzinie, która jawi się jako ucieleśnienie społecznej opresji. 

Gdyby na tym poprzestać, można by dostrzec w Perzyńskim, skądinąd felietoniście endeckiej prasy, przenikliwego krytyka systemu patriarchalnego i polecić go zaprzyjaźnionym feministkom. Ale sama Glińska naprowadza na skojarzenie z Gombrowiczem, wstawiając w IV akcie przyśpiewkę Pijaków ze "Ślubu": "Antek młody, nosił lody, na Bielanach, rach, ciach, ciach". Po co? Może po to, żeby pokazać, jak stary Perzyński "zapowiada" gombrowiczowski temat formy, nieautentyczności i niemożności odtworzenia rytuału nadającego sens i świętość międzyludzkim więzom. "Lekkomyślna siostra" w ujęciu Glińskiej kończy się jak tragifarsa w teatrze absurdu - trupem. Prowadząc dialog z Gombrowiczem, reżyserka w drugorzędnej komedii odczytuje pierwszorzędną problematykę.

I żeby pozostać w klimacie epoki, wzorem przedwojennych recenzentów jedynie wymieniam - z braku miejsca, za to z całym uszanowaniem dla ról - nazwiska aktorów: panie Bułhak, Niemyska, Soliman; panowie Grabowski, Paprocki, Stelmaszyk, Zamachowski oraz bardzo stylowo powracająca do swego pierwszego zawodu sama reżyserka Agnieszka Glińska w roli tytułowej.

Janusz Majcherek
Gazeta Wyborcza
19 lutego 2009

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia