Samotność, niepewność i strach

"Ożenek" - reż. Robert Czechowski - Lubuski Teatr w Zielonej Górze

Im bardziej jesteśmy samotni, tym bardziej pragniemy związku. Im bardziej pragniemy związku, tym bardziej się go boimy. A czym w ogóle jest związek? Opiera się na uczuciu, interesie czy wyobrażeniach oderwanych od rzeczywistości? Odpowiedź próbujemy znaleźć w „Ożenku".

Ilekroć słyszę: „Ożenek" Nikołaja Gogola, mam w pamięci spektakl Teatru Telewizji w reż. Ewy Bonackiej z 1976 roku. Dla mnie wzór niedościgniony, do którego porównuję wszystkie pozostałe „Ożenki", które widziałam, a widziałam kilka. Spektakl Bonackiej opierał się na znakomitym aktorstwie, dlatego tak zapada w pamięć. Tamten spektakl został zrobiony klasycznie – dekoracje kostiumy, miejsce akcji.

Lubuski Teatr w Zielonej Górze znalazł zupełnie inną konwencję spektaklu, ciekawą, zabawną, intrygującą. A to, co napisał Gogol 178 lat temu, okazało się dzisiaj równie aktualne, jak wtedy.

„Ożenek" to komedia pozornie wprowadzająca tematykę prywatnego życia zwykłych ludzi, naprawdę zaś ostra satyra obyczajowa. Gogol zrezygnował z tradycyjnej miłosnej intrygi prowadzącej, mimo spiętrzonych nieporozumień między kochankami, do szczęśliwego finału. W sztuce nie ma słowa o miłości. Odbywa się natomiast zwyczajny targ i zwyczajna handlowa rywalizacja.

Otóż Iwan Kuźmicz Podkolesin (Ernest Nita) pragnie się ożenić. Jego przyjaciel, Koczkariew (Robert Kuraś), już dawno jest żonaty. Czy szczęśliwie to inna kwestia. Niemniej Koczkariew zdecydowanie namawia Podkolesina do małżeństwa. Podkolesin marzy o wyjątkowej kobiecie, marzy o wyjątkowym związku. Z pozoru opartym na miłości, ale przecież, w przypadku mężczyzny z jego pozycją, kandydatka na żonę powinna reprezentacyjna. Nie szuka jej sam, bo nie potrafi, o pomoc prosi profesjonalistkę – zawodową swatkę Fiekłę Iwanownę (Elżbieta Donimirska). To ona przeprowadza „wstępną rekrutację" i przedstawia wybraną kandydatkę. I tak zaczyna się gra biznesowa, która polega na odpowiednim researchu i wyeliminowaniu kontrkandydatów do ręki owej panny. Nie jest to łatwe, wymaga intryg, ale prowadzi do celu.

Ernest Nita, jako Podkolesin, doskonale pokazuje nieporadność swojego bohatera w życiu uczuciowym, a nawet nie tyle uczuciowym, co damsko-męskim. Te wszystkie rozmówki, gierki, to coś, w czym czuje się niepewnie, chociaż w życiu zawodowym osiąga sukcesy, o czym świadczy jego pozycja. Świat damsko-męski to świat nie do końca mu znany, nieodkryty. Do tej pory lepiej mu było samemu, bo w swojej samotności doskonale się porusza. Czasami wyskoczy na imprezkę, jak przystało na współczesnego mężczyznę sukcesu. Czasami spotka z się z kumplem i posłucha o jego problemach małżeńskich, ale wraca do swojej samotności i dalej żyje. Czasami tylko chciałby coś zmienić, ale czy warto? Czy to nie za trudne? Nie wymaga za dużo wysiłku? A może jednak? Skoro już jest idealna kandydatka, to może by się jednak ożenić? Ale ona przecież wcale nie jest taka idealna. Ma duży nos i nie mówi po francusku, a w jego sferach trzeba mówić po francusku. Trzeba robić wiele innych rzeczy.

Zazwyczaj Podkolesin jest samotnym i nieśmiałym człowiekiem. Podkolesin Nity jest jednym wielki rozedrganiem, jakby wcześniej wciągnął kreskę. Kto wie, wygląda na to, że dzień wcześniej imprezował. Te wszystkie jego podrygi, nieskoordynowane ruchy, tańce. Próbuje być pewny siebie, ale wewnętrznie jest przerażony, co ten związek może mu przynieść. Chce, ale boi się. Boi się bliskości, zaangażowania. Próbuje sobie to małżeństwo racjonalizować, ale zaraz opadają go wątpliwości.

Jego wybranka, Agafia Tichonowna (Marta Frąckowiak), nie jest typową amantką pełną romantycznych uniesień, lecz osobą obdarzoną kupiecką rozwagą, pragnącą przede wszystkim podnieść swój społeczny status. Nie jest już najmłodsza, jej wartość na rynku damsko-męskim zdecydowanie spada, więc czas coś z tym zrobić. Najlepiej wyjść za mąż za kogoś znaczącego. Agafia Marty Frąckowiak to nowoczesna kobieta, a przynajmniej kreująca się na taką. Jest modnie ubrana, trochę się zgrywa na femme fatale, ale jest równie niepewna siebie, jak jej narzeczony (Podkolesin ostatecznie nim zostaje po wyeliminowaniu konkurencji).

Oboje tworzą parę samotnych, zakompleksionych osób z marzeniami o życiu idealnym, które nie istnieje. O życiu, do którego nie są zdolni, nawet gdyby istniało. Bo brakuje im odwagi do takiego życia. A zresztą świat wcale ich do takiego życia nie namawia, bo liczy się to, co widać, a nie to, co nosimy w sobie. Świat uczy nas strachu przed bliskością. Bliskość jest śmieszna i uczucia są śmieszne. Jak w takim świecie nauczyć się kochać? Czy to w ogóle jest nam potrzebne? Może lepiej skupić się na stanie konta i pozycji społecznej partnera, a nie na uczuciach? A może być singlem?

Agafia i Podkolesin w spektaklu Lubuskiego Teatru to typowe wytwory współczesnego świata konsumpcyjnego, chociaż okazuje się, że takie postawy równie dobrze się miały również za czasów Gogola. Różnica polega na tym, że w czasach Gogola jednak wypadało wyjść za mąż czy się ożenić, a dziś nie ma takiego wymogu. Dlatego masowo pojawiają się typy podobne do naszych bohaterów. Samotni, niepewni, wystraszeni, ale głoszący, że jest im dobrze. Zagłuszający tęsknotę za kimś bliskim imprezami, przelotnymi związkami czy bywaniem w tajemniczych klubach.

W spektaklu podkreśla tradycja przeplata się z nowoczesnością, zarówno w zachowaniu bohaterów, jak i w dekoracjach i kostiumach. Tradycja jest lekko muśnięta, nowoczesność przerysowana. Podkreślona klubową muzyką. Wszystko ze smakiem. Pozostaje refleksja, a to dobrze świadczy o przedstawieniu.

Małgorzata Klimczak
Dziennik Teatralny Szczecin
31 grudnia 2020

Książka tygodnia

Piękne zielone oczy
Wydawnictwo Czarne
Arnošt Lustig

Trailer tygodnia

Gdziekolwiek - wibracj...
Mariusz Kiljan
Wszędzie na świecie rodzimy się i umi...