Samotność władcy

"Król Lear" - reż. Krzysztof Jasiński - Teatr STU w Krakowie

W dramacie Szekspira "Król Lear" przeglądają się kolejne epoki, kulturowe mody, zmiany w obyczajowości. Aktualność legendarnej, arcytrudnej do adaptacji sztuki polega przede wszystkim na skojarzeniu z szaleństwem, które - podobnie jak działanie tytułowego króla - sytuuje się poza logiką. O losach jednostki i świata decyduje zawsze przypadek

W interpretacji Krzysztofa Jasińskiego obłęd Leara jest nie tyle konsekwencją zachowania jego niewdzięcznych córek, ile chorującej rzeczywistości. Dobrnęliśmy do kresu, przesilenia. Kryzys ekonomiczny minął, ale niepokój egzystencjalny pozostał. Nie ma sensu czekać, że coś się zmieni.

Pozostaje tylko wyśniony Godot. Nazwisko Becketta pojawia się w kontekście przedstawienia Jasińskiego nieprzypadkowo. Fundamentalnym pomysłem reżysera było przepisanie kanonicznego tekstu Szekspira na język groteski i absurdu. Niezmiernie istotna w dramacie postać błazna została zastąpiona beckettowskimi typami, które mogą być przebraną Kordelią i Kentem, ale także autonomicznymi ikonami postawy, jaką Jan Kott w tytule głośnego eseju z tomu "Szekspir współczesny" określił jako "końcówkę".

Adaptacje "Króla Leara" często odwoływały się do współczesności. Jasiński szczęśliwie rezygnuje z publicystyki. Bardzo dobre kostiumy Macieja Rybickiego wiążą historyczny bezczas ze współczesnymi, dekadenckimi projektami dyktatorów mody. Wczoraj to także dzisiaj. Nie chodzi o konkretne nazwiska, PO lub SLD, tylko o dużo bardziej uniwersalne skojarzenia - samotność władcy, obojętność rządzonych, nienawiść konkurentów itd.

W tym interesującym spektaklu przeszkadzały mi natomiast założone, jak mniemam, atrakcje dodatkowe. Spektakle w STU są "skazane" na frekwencyjny sukces, stąd w widowisku Jasińskiego wątpliwej jakości pirotechniczne i akustyczne udoskonalenia, z dymami, pokrzykiwaniami, waleniem w bęben. Widzowie są może usatysfakcjonowani, ale cierpi na tym intelektualna czystość przekazu. Groteska grzęźnie w dosłowności, a prostotę zastępuje stylizacja.

Zawodzą również aktorzy. Na moim przedstawieniu było więcej niż średnio. Obsadzenie w tytułowej roli Mariusza Saniternika, charakterystycznego aktora znanego przede wszystkim z filmów Jana Jakuba Kolskiego, było pomysłem odważnym i... trafionym. Saniternik, dysponujący świetnym warsztatem i obdarzony oryginalną fizjonomią, jest przekonujący zwłaszcza w drugiej części spektaklu - jako władca, który zaszył się w pancerz obłąkania, nie mogąc znieść odrzucenia najbliższych.

Na tle tytułowej kreacji bledną pozostałe - niedosyt budzą zwłaszcza role przerysowane (Goneryla Dominiki Figurskiej), zagrane bez ikry (Regana Anny Cieślak, Hrabia Glocesteru Andrzeja Roga) lub psychologicznie wątpliwe (Edgar Grzegorza Mielczarka). Broni się jedynie Kordelia w interpretacji Agaty Myśliwiec, ale to za mało, żeby mówić o sukcesie. Jednak niezależnie od wątpliwości uważam "Króla Leara" w Teatrze STU za spektakl co najmniej interesujący. Po "Hamlecie" i "Biesach" Jasiński jawi się jako jeden z ostatnich fachowców teatralnych w Krakowie.

Można się z jego wizją, łączącą wysokie z niskim, wyrafinowanie z tandetnymi chwytami, zgadzać albo nie. Nie sposób jednak odmówić Jasińskiemu sprawności reżyserskiej i konsekwencji. W "Królu Learze" nic nie dzieje się przez przypadek. Tekst Szekspira został nie tylko uważnie przeczytany, ale także zrozumiany przez reżysera, a autorski pomysł inscenizacyjny jest przeprowadzony bezkolizyjnie i w dobrym stylu. Kiedy każdy chce eksperymentować, adaptacyjna rzetelność staje się cnotą.

Łukasz Maciejewski
Polska Gazeta Krakowska
14 grudnia 2010
Teatry
Teatr STU

Książka tygodnia

Zero zahamowań
Wydawnictwo: Agora
Michał Rusinek

Trailer tygodnia

8. Festiwal Teatru Ukr...
Nadiia Moroz-Olshanska
Sztuka jest niezbędną częścią życia...