Sandolina

"Dzieci widzą duchy" - reż. Mariusz Grzegorzek - Teatr Jaracza w Łodzi

Na widowni zasiadamy zaintrygowani tytułem. Zanim zacznie się spektakl, przyglądamy się prostej scenografii zbudowanej według pomysłu reżysera. W głębi sceny dostrzegamy stół, a po bokach rozwieszone w równomiernych odstępach lekkie – zapewne aluminiowe – pręty. Z każdej strony zainstalowano po cztery rzędy, każdy liczący sztuk siedem. To jakby gęsty i zaczarowany las, pośrodku którego widzimy polanę stanowiącą przestrzeń do aktorskich działań.

Pierwsze sekwencje dezorientują widownię. Na scenie pojawiają się młodzi aktorzy w prywatnie wyglądających strojach. Nie do końca wiemy, czy wcielają się już w tytułowe dzieci, czy raczej w samych siebie owe dzieci grających. Domyślamy się, że postaci ukazane są w przedszkolu, w kościele i w szkole. To jakby ilustracja powierzchownego postrzegania niedorosłych ludzi przez ludzi dorosłych. Na samym początku jeden z aktorów śpiewa przedszkolną piosenkę, której słowa komicznie przekręca. Z jego ust uparcie płynie fraza „Rolnik w Sandolinie", a koledzy nerwowo tłumaczą mu, że powinien śpiewać: „Rolnik sam w dolinie". Potem garstka wykonawców ustawionych na stole (jak na kościelnym chórze) zaczyna zawodzić: „Oto są baranki mło-ooo-de". Jeszcze później widzimy szkolnych chuliganów dokuczających koleżankom czy bezwzględnego nauczyciela terroryzującego powierzoną pod jego opiekę młodzież. A potem nagle prolog się urywa i roztacza się przed nami niezwykłe widowisko, w którym „dzieci widzą duchy".

Scenariusz ułożony przez Grzegorzka ma misterną strukturę, której osnowę stanowią wspomnienia aktorów. Nagrania, wyświetlane na scenicznym horyzoncie, ukazują kolejnych wykonawców, recytujących infantylny wierszyk bądź śpiewających kontrastującą z ich wiekiem przedszkolną piosenkę. Co jakiś czas w projekcjach pojawia się fotografia aktorki bądź aktora pochodząca z czasów dzieciństwa. Narracje przywołują niezwykłe wydarzenia, które przytrafiły się im w tym właśnie okresie. Ciągnące się w nieskończoność dwudziestominutowe oczekiwanie na tatę, obdarzona nadprzyrodzonymi zdolnościami prababcia czy niebezpieczny wypadek podczas szkolnej wycieczki z Kamieńska do Łodzi – wszystkie te historie uruchomią w nas nieograniczoną przestrzeń wyobraźni, wspomnień, dziecięcej wrażliwości...

W tę wielobarwną osnowę wplecione są patchworkowe wstawki zapożyczone między innymi od braci Grimm i od Edgara Allana Poe. Grimmowski Krzak jałowca został rozkawałkowany na rozrzucone po przedstawieniu fragmenty. I tak spomiędzy innych sekwencji wyłaniają się kolejne odcinki baśni. Aktorzy powracają na scenę przyodziani w skrzące się cekinami kostiumy. Większość z nich uszyta jest metodą patchworkową z niewiarygodnie barwnych kawałeczków. Stroje te wyglądają, jak gdyby przyśniły się romskiej księżniczce. W rzeczywistości jednak narodziły się w wyobraźni kostiumografa (Tomasz Armada). Oczarowani plastycznym efektem czekamy na kolejne motywy ze znanej baśni. Oglądamy narodziny Chłopca (Mateusz Więcławek), śmierć jego Matki (Agnieszka Skrzypczak), odcięcie mu głowy przez złą Macochę (Elżbieta Zajko) i przyrządzenie z jego ciała gulaszu. Potem zjedzenie go przez nieświadomego Ojca (Mikołaj Chroboczek), pochowanie kostek przez Siostrę (Paulina Walendziak), a wreszcie odrodzenie w formie ptaka, który dokona zemsty, zrzucając na macochę młyński kamień. Jeżeli kogoś nazbyt przytłoczyłaby przywołana tu historia, to warto wspomnieć, że to nie koniec baśni, która na scenie łódzkiego teatru zakończy się znacznie szczęśliwiej niż u Grimmów. Jeżeli kogoś ciekawiłoby z kolei, czy w baśniowym wątku uczestniczą również dwaj pozostali aktorzy (Mateusz Czwartosz i Marek Nędza), to wyjaśnijmy, że ubrani w kostiumy skrzące się od czarnych cekinów z powodzeniem wcielają się w postaci epizodyczne.

Dwa obrazy z tego teatru w teatrze z całą pewnością zapadają w pamięć. Jeden to scena, w której martwy Chłopiec siedzi przed domem z jabłkiem wsuniętym w zesztywniałą dłoń i z niedbale zatkniętą głową, kojarzącą się z porcelanową lalką z przerażającego horroru. Drugi to sekwencja upiornego obiadu. Wokół ozdobionego barwnymi szlaczkami stołu zgromadziła się rodzina, a w ustawionej na nim, w podobny sposób upstrzonej wanience umieszczono nagie ciało Chłopca. Trudno tej scenie odmówić malowniczości. Więcławek spoczywa w blaszanej wannie w pozie kojarzącej się z martwym Maratem czy zdejmowanym z krzyża Jezusem. Zastygłe ręce i nogi tworzą harmonijną kompozycję, zwieńczoną przez odchyloną do tyłu głowę z rozsypującymi się półdługimi, rudawymi włosami.

W przeciwieństwie do poćwiartowanej baśni fragmenty Cienia zostały zainscenizowane jako osobna całość, wpleciona w końcowe partie przedstawienia. Opowiadanie Poe'go rozgrywa się w ciemnościach. Aktorzy krążą po scenie osłonięci szatami o antracytowej barwie, albo też okręcają się dookoła swych osi jak roztańczeni derwisze. Umiejętnie budowany nastrój udziela się widowni, której trudno uwolnić się od niepokoju. Ale prawdziwy dreszcz nadchodzi w momencie, gdy znad sceny zrzucone zostaje martwe, zawinięte w czarną materię „ciało".

Snute przez aktorów wątki budują teatralną iluzję, którą reżyser wielokrotnie rozbija, pozwalając, aby od budowania postaci przechodzili do zupełnie prywatnej obecności. Zderzanie tego, co teatralne, z tym, co wydaje się raczej antyteatralne, to świadomie przyjęta strategia. Inscenizator niczym doświadczony alchemik przetapia obydwie substancje, wyczarowując metateatr. Albo innymi słowy: nieustannie budując dystans wobec scenicznej iluzji, skłania nas do głębszego jej przeżywania.

Mimo że aktorzy są równoprawnymi współtwórcami tego spektaklu, trudno byłoby nie dostrzec, że oglądamy autorskie przedsięwzięcie Grzegorzka. Lista jego aktywności przy tworzeniu przedstawienia jest naprawdę długa. Szczególny zaś podziw budzi stworzenie pięknego wymiaru plastycznego. Las, na który składają się zwisające aluminiowe pręty, łatwo daje się aktorom wprawiać w ruch. Nieoczekiwanie reaguje też na najmniejsze poruszenia powietrza. Patrząc na te drgania, gotowi jesteśmy uwierzyć, że przez scenę przechodzą duchy.

Sferę plastyczną uzupełniają animacje przywodzące na myśl obracany w rękach kalejdoskop, alchemiczne figury, rozkwitającą różę wiatrów. W razie potrzeby drobne przedmioty zastępują scenografię. Młynarz, obciosując kamień, uderza kijem w gumową piłkę. Z kolei w scenie, w której dzieci przyjeżdżają do łódzkiego McDonalda, każde z nich animuje jakiś zoomorficzny balon, zagęszczając sceniczną przestrzeń. Kiedy do tego obrazu dołożona zostanie muzyka przywołująca skojarzenie z obracającą się karuzelą, udziela nam się nastrój chwili towarzyszący rozbrykanym podczas wycieczki dzieciakom.

Swoją drogą, to muzyka odgrywa w tym spektaklu naprawdę niebagatelną rolę (za jej opracowanie odpowiada Leszek Kołodziejski). Aktorzy co i raz śpiewają (opieka wokalna – Iza Połońska), sięgając po najróżniejsze gatunki. Obok repertuaru przedszkolnego czy rozrywkowego pojawią się wykonane w przejmujący sposób ludowe pieśni oraz poetyckie songi.

Przedstawienie nawiązuje formą do spektakli dyplomowych przygotowanych przez Grzegorzka w łódzkiej Filmówce (Pomysłowe mebelki z gąbki i Nie jedz tego, to jest na święta). W przypadku wielu polskich reżyserów sięgnięcie po postdramatyczną strukturę kończy się przygotowaniem inscenizacji pozbawionych wdzięku i po prostu nudnych. Z Grzegorzkiem jest inaczej. Wchodząc w postdramatyczność, szybko dociera do źródeł teatru, których gwałtowne wytryśnięcie budzi do życia rozkwitające wszystkimi barwami widowisko. Dziecinna zabawa, w którą bez wahania dajemy się wciągnąć, otwiera nam oczy na zapomniane wymiary, których istnienie zdawało nam się kiedyś oczywiste. Przypomina, że dzieci widzą więcej i skłania by wejść w ów zapomniany las wyobraźni. By powrócić do sfery czarów. By wyruszyć w podróż do Sandoliny.

Dzieci widzą duchy, opracowanie dramaturgiczne, reżyseria, scenografia, opracowanie muzyczne, światło – Mariusz Grzegorzek; kostiumy – Tomasz Armada; opracowanie muzyczne – Leszek Kołodziejski; opieka wokalna: Iza Połońska; występują: Mikołaj Chroboczek, Mateusz Czwartosz, Marek Nędza, Agnieszka Skrzypczak, Paulina Walendziak, Mateusz Więcławek, Elżbieta Zajko, Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi, prem. 22 lutego 2020.
___

O autorze:
Patryk Kencki – doktor nauk humanistycznych, adiunkt w Instytucie Sztuki Polskiej Akademii Nauk, przewodniczący Komisji Artystycznej Konkursu "Klasyka Żywa" i wiceprezes Polskiej Kompanii Teatralnej. Założyciel portalu "Teatrologia.info". W przeszłości związany z warszawskim Muzeum Teatralnym, pracował również jako adiunkt na Wydziale Aktorskim i Wydziale Wiedzy o Teatrze Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie oraz jako sekretarz redakcji "Pamiętnika Teatralnego". Autor stu kilkudziesięciu publikacji, w tym monografii "Inspiracje starotestamentowe w dramacie polskiego renesansu (1545-1625)", Warszawa 2012. W tym roku ukaże się jego rozprawa "Staropolski Molière". Mieszka w Łodzi.

Patryk Kencki
teatrologia.info
4 marca 2020

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia

Roxana Songs
Krystian Lada
Lada wybrał na miejsce nagrania „Roxa...