Sarah czy Marie? Rozszarpane myśli poskładane w słowa

"Sarah Kane. Łaknąć" - reż. Radosław B. Maciąg - Teatr Studio w Warszawie

Sztuka "Łaknąć" oryginalnie została napisana pod pseudonimem Marie Kelvedon. Brytyjska dramatopisarka zdecydowała się na ten zabieg prawdopodobnie, aby odciąć się od "nowego brutalizmu" - stylu, który został jej przypisany na początku twórczości. Może powodów było nieco więcej, może jest to próba stworzenia swojego nowego świata, który chcę się oderwać od rzeczywistości. Może jest to próba stworzenia czegoś bliższego, prywatnego, osobistego. Może chęć zbudowania siebie na nowo.

Dramat Kane/Kelvedon jest trudny w odbiorze, a także mistyczny i tajemniczy. Cztery postacie nie posiadają nazw. Dostajemy tylko symboliczne A,B,C i M. Monologi przeplatane są pojedynczymi porozrywanymi myślami, krótkimi dialogami. Każda z postaci ma swoje pragnienia, dążenia, obawy, lęki i obsesje. Niekiedy miałam również wrażenie, że to nie cztery różne oddzielne byty lecz jedna istota rozszarpana na pogubione fragmenty, których już nie sposób złączyć w jedną całość.

"Łaknąć" porusza te struny w naszej duszy, których niekiedy nie chcemy słyszeć. Ubrane w słowa i sytuacje, których nie chcemy dopuszczać do naszej świadomości. Samotność, miłość, śmierć, pożądanie, zagubienie, ból, radość, przeplatają się i łączą w plątaninie myśli. Odniesienia do uzależnień, gwałtów, kazirodztwa, morderstwa przeszywają nas budząc wiele sprzecznych uczuć. Spektakl pozostawia po sobie wiele pytań. Pytań według mnie nie do końca odnoszących się de facto do sztuki, lecz do nas samych. Wywołanie sytuacji i uczuć na których w kolorowym świecie reklam, gazet o modzie i nowych telefonów nie ma miejsca. Skupieni na pięknie fizycznym i psychicznym, maniakalnie dążąc do życia w ciągłej ekstazie radości i zadowolenia zapominamy o tym co brudne, zniszczone, brzydkie, wulgarne i smutne. Uciekamy od tego, a to nas i tak dopada, staramy się zagłuszyć, a jednak jest to część naszego bytu.

Radosław B. Maciąg przedstawił powyższą sztukę na deskach stołecznego Teatru Studio na scenie "en ronde". Aktorzy kręcą się niejako w kółko, a nam przypada w odsłonie jedynie część spójnej całości, co według mnie doskonale wpisuje się w stylistykę tekstu. Inscenizacja wzbogacona jest instalacją Daniela Burena In Situ stanowiąca element projektu "Scenografia jako dzieło sztuki". Reżyser wraz ze scenografem Jakubem Syrkowskim wykorzystując dzieło do swojej koncepcji sprawili, że mimo swojemu minimalizmowi odgrywa niemałą rolę w odbiorze sztuki przez widza. Dwoistość jej natury jako statyczną, a ruchomą jednocześnie w zależności od działań aktora na scenie, poddając się energii na niej wytworzonej. Cieszę się, że nieprosty tekst był stanowczo priorytetem, cieszę się, że nie silono się na wymyślne efekty, lecz skupiono na słowach i ładunku emocjonalnym jakie one ze sobą niosą.

Aktorzy bardzo prawdziwie przeprowadzili nas przez tą podróż. Szczególnie monolog Tomasza Nosinskiego poruszył mnie osobiście. Miałam szczęście siedzieć niemal na przeciwko niego w momencie, gdy go wygłaszał, a łzy napływające mu do oczu z biegiem wypowiadanego tekstu i emocji sprawiły, że wierzyłam jego słowom i uruchomiło to we mnie wspomnienia, o których dawno nie pamiętałam. Myślę, że podjęcie się wyrażenia tekstu Kane, mimo że jest bliski nam bo współczesny, musi być niezwykle trudne. Jej słowa otwierają zakamarki duszy do których niecodziennie chcemy wchodzić, a najlepiej byłoby nam o nich zapomnieć.

Spektakl polecam w momentach dobrej kondycji psychicznej, odradzam w razie spadku nastroju bądź stanu melancholii. Dotyczy się to całej twórczości Sarah'y Kane.

Sara Gołębiowska
Dziennik Teatralny Warszawa
20 lutego 2019

Książka tygodnia

Osobliwy dom pani Peregrine. Tom 4. Mapa dni
Wydawnictwo Media Rodzina
Ransom Riggs

Trailer tygodnia

„Viva La Mamma" - reż....
Roberto Skolmowski