Sarenki. Po prostu

Na "Sarenki" polowałam od... dwóch lat.

Pandemia i wszelkie problemy wywołane przez nią w instytucjach kulturalnych, udaremniały mi każdą z podjętych prób polowania, aż do teraz. Tomáša Svobodę znam już z desek Teatru Ludowego, dlatego tym bardziej byłam spragniona kolejnych jego odsłon scenicznych.

Reżyser ten, oprócz oczywiście tego, że wprowadza czeski humor do naszego kolorytu lokalnego jest niesamowity. Dzieje się rzecz ciekawa. Nieczęsto bowiem zdarza się, żeby autor i reżyser był tą samą osobą. A co się z tym faktem wiąże – na scenie ma szanse powstać twór idealny, bo wszak reżyser doskonale wie, co autor miał na myśli i jakiej wizji oczekuje. Jest to niezwykle komfortowa sytuacja.

Warto też podkreślić, że oprawa muzyczna, scenografia i kostiumy również są autorstwa Svobody. Scenografia w tym spektaklu dość mocno koresponduje z tym, co dzieje się na scenie, jest wyrazista, bardzo łatwo rzuca się w oczy i zostaje zapamiętana na dłużej. Możemy zapomnieć, że mężczyzna-gigant to Patryk, można zapomnieć także wiele z jego historii, ale raczej bez problemu w pamięci zostawią ślad kalosze w kolorowy wzór, dokładnie taki sam, jaki widnieje na ścianie. Niekoniecznie musimy zapamiętać, że Sowińska nazywała się Sowińska i czym się zajmowała, ale zapamiętamy na pewno, że od początku spektaklu siedziała pod ścianą w płaszczu w takim samym wzorze jak ściana i totalnie wtapiała się przez to w scenografię. Dążę do tego, że każdy z bohaterów posiadał jakiś element ubioru z printem, który widniał na ścianie, a przez to doskonale widać ścisły związek pomiędzy aktorami, fabułą a scenografią. Sztuka Svobody została zaprojektowana jako kompletna całość, a sama scenografia dość mocno organizowała życie bohaterów.

Nie umiem określić nawet, dlaczego czeski film i humor do mnie przemawia, może dlatego, że czuje się w nich pewien rodzaj swojskości, absurdu, czarnego humoru...Podczas oglądania Sarenek mam takie poczucie, jakbym sięgała do najlepszych komedii czasów PRL-u, a jestem ogromnym fanem tego okresu. Może właśnie dlatego tak mi i „zelenkowskie" produkcje filmowe, i „svobod(n)y" klimat sztuk odpowiada.
Jak widzicie, nastawiłam się na Sarenki nie bez przyczyny i nie zawiodły mnie w swym klimacie, konstrukcji sztuki, grze aktorskiej... właśnie! Trzeba podkreślić jeszcze kwestię fundamentalną – to przedstawienie nie odbyłoby się bez geniuszu aktorskiego, kunsztu wręcz, tutaj nie wystarczy warsztat, tutaj potrzeba osobowości scenicznej. I dokładnie to wszystko dostaliśmy jak na tacy, na wyciagnięcie ręki, wystarczy tylko rwać jak świeże wiśnie! A nie chwaląc się, byłam dość blisko, żeby łapczywie brać, co dają – perspektywa pierwszego rzędu, kameralnej sceny i widowni na pewno też podkręciła odbiór tej sztuki. Choć wyszłam, Drodzy Państwo, z lekkim niedosytem z teatru... niekoniecznie treści, ale... śmiechu. To obrzydliwie zabawna sztuka, widzowie raz po raz wybuchali śmiechem, mam tylko wrażenie, że trafiło na mój posępny dzień, bo owszem, bawiło mnie wiele kwestii, ale przełamywało tę radość rozpychające się cały czas poczucie dziwnego rodzaju smutku. Poczucie zmarnowanych okazji, straty, niespełnienia.

Niecodzienne spotkanie czterech specyficznych bohaterów – dyrygent, mykolog, urzędnik skarbowy i wynalazca. Na pierwszy rzut oka nie dostrzegamy nic nadzwyczajnego, jednak już po pierwszym przymknięciu powiek dyrygenta, Piotra Zygmunta (Paweł Kumięga), dostrzegamy absurdalny dramat jego życiowej sytuacji. Otóż Piotr Zygmunt ma aspiracje do bycia słynnym dyrygentem np. w Japonii, gdzie tłumy wstają z miejsc i klaszczą w uznaniu dla jego talentu. Niestety w wypadku „traci powieki" i zostają mu wszczepione implanty, które głośno „klikają" przy każdym mrugnięciu. Defekt ten odsunął Piotra od wizyt w filharmonii, ukochanej pracy, ponieważ dekoncentrował orkiestrę, i generalnie z podestu dyrygenta spadł gdzieś na margines toczącego się życia. Piotr Zygmunt ma też płomienny romans z jedną altowiolistką Zdenką (Patrycja Durska), z którą chadza do filharmonii, w której Zdenka mistrzowsko pozbywa się majtek i trochę jakby oboje kopulują ze sztuką. Defektem Zdenki jest jej mąż, ale ona chce od niego odejść, więc nie stanowi to w sumie jakiegoś znaczącego problemu.

Kolejnym nieszczęśnikiem jest Patryk – mykolog (Tadeusz Łomnicki), który, będąc dzieckiem, w jedną noc urósł do monstrualnych rozmiarów. Teraz musi chodzić zgięty wpół, gdyż wyprostowanie się grozi silnym lękiem wysokości i natychmiastowym omdleniem. Z tej też przyczyny, będąc tak blisko podłoża, zaczął specjalizować się w badaniu grzybów. Patryk ma starego fiata 126p, to on zgarnia Piotra Zygmunta z autostrady i zaprasza do swojego domu.

Po drodze jednak spotykają niecodzienne zjawisko – trzeciego bohatera sztuki, leżącego pod windą i owiniętego jedynie w gazety... Karola (Piotr Franasowicz). Karol to urzędnik skarbowy, którego pasją jest wyszukiwanie najdrobniejszych nieścisłości w aktach i pomyłek rozliczeniowych... W szczególności w aktach kobiet, które obsesyjnie osacza, próbując się do nich zbliżyć, gdyż Karol jest bardzo nieśmiałym mężczyzną, marzącym o stosunku z kobietą. Można powiedzieć, że jego pragnienia zaspokaja najpierw jego koleżanka z pracy, a potem kobieta, na którą „polował" i przed którą to... uciekł w popłochu.

Do tej wybuchowej mieszaki absurdu dołącza czwarty muszkieter – Alek (Ryszard Starosta), bezrobotny wynalazca, testujący swoje wynalazki na własnej matce. Wszyscy czterej nagle znajdują się przy jednym stole w mieszkaniu Patryka, zajadają zupę grzybową i żalą się na swój los. Wtem ni stąd, ni zowąd zjawiają się sarenki z propozycja nie do odrzucenia.

Jako że to przecież komedia, zakończenie jest pozytywne, wręcz bajkowe bym rzekła, bo zjawiające się magiczne sarenki, niczym wróżki, chętnie spełnią życzenia życiowych nieszczęśników. Ale! Jedna sarna – jedno życzenie. Po prostu. Jak łatwo się domyślić, życzenia wypowiedziane w pierwszym odruchu niekoniecznie były dokładnie tym, czego każdy z nich chciał, co więcej – trudno stwierdzić, czy którykolwiek z dżentelmenów tak naprawdę sam wiedział, czego chce i co może być dla niego dobre.

Czy my zawsze wiemy, czego chcemy albo co tak naprawdę jest dla nas dobre, czy czasem jednak nie strzelamy w ciemno? Czy gdyby przybyła taka sarna, mogąca spełnić tylko jedno nasze życzenie, to nie wpadlibyśmy w popłoch, nie wiedząc czego tak naprawdę chcemy i potrzebujemy, skoro mamy wyłącznie jedną szansę na spełnienie?

Monika Sobieraj-Mikulska
Dziennik Teatralny Kraków
8 grudnia 2021
Portrety
Tomáš Svoboda

Książka tygodnia

Pokusa przebaczenia
Oficyna Literacka Noir Sur Blanc
Donna Leon

Trailer tygodnia

700. Krakowski Salon P...
Anna Dymna
W najbliższą niedzielę 23 stycznia, j...