Sceny pod ostrzałem

awantury wokół teatrów

Zamiast myśleć kategoriami społecznymi, lokalni politycy traktują teatry jak przedsiębiorstwa, których głównym celem jest zysk.

Wojciech Klemm nie jest pierwszym dyrektorem teatru, którego chcą się pozbyć władze samorządowe. W 2006 roku z gdańskiego Teatru Wybrzeże musiał odejść Maciej Nowak oskarżany przez marszałka Pomorza Jana Kozłowskiego (PO) o zadłużenie teatru na kwotę 1 mln zł. Co prawda Nowakowi udało się zredukować dług do 200 tys. zł, marszałek jednak decyzji nie cofnął. Doniósł za to na dyrektora do prokuratury, która po roku umorzyła dochodzenie. W Legnicy prezydent z SLD Tadeusz Krzakowski prowadzi od lat wojnę z dyrektorem Teatru im. Modrzejewskiej Jackiem Głombem. Najpierw zarzucał mu, że teatr za mało zarabia. Potem nasłał komornika, który zablokował konto teatru pod pretekstem niespłaconego długu z połowy lat 90. A kiedy dyrektor zorganizował w proteście satyryczny happening, straż miejska podała Głomba do sądu grodzkiego. Ten uniewinnił dyrektora. Również prokuratura nie dała wiary doniesieniom prezydenta i tak jak w Gdańsku umorzyła postępowanie.

We Wrocławiu zarząd województwa dolnośląskiego już dwukrotnie próbował usunąć Krzysztofa Mieszkowskiego, dyrektora Teatru Polskiego. Urzędnicy zarzucali mu spowodowanie straty 1,4 mln zł, przemilczając, że z tej kwoty 820 mln zł to amortyzacja budynku. Wśród zarzutów znalazł się zakup do spektaklu markowego biustonosza za 80 zł oraz brak numeracji na egzemplarzu reżyserskim jednej ze sztuk. Gdyby nie pomoc ministra kultury Bogdana Zdrojewskiego i głos środowisk artystycznych (m.in. Jerzy Jarocki i Krystian Lupa), Mieszkowski nie utrzymałby się na stanowisku.

Wszędzie zarzutom finansowym towarzyszyła mniej lub bardziej jawna krytyka założeń programowych, nowych środków wyrazu i współczesnej dramaturgii. I tak w Gdańsku zarzucano Nowakowi, że wystawia za mało klasyki, gdy tymczasem to właśnie realizacje klasyki były jego specjalnością ("H." wg "Hamleta", "Fantazy", "Wesele", "Tytus Andronicus"). W Legnicy prezydent miał pretensje, że teatr zbyt często gra w przestrzeni miasta. Krzysztofowi Mieszkowskiemu zarzucano, że uprawia teatr jednego, młodego pokolenia, chociaż zaprosił także do współpracy Krystiana Lupę.

Trzeba przyznać, że część winy za konflikty wokół teatrów ponoszą sami twórcy. Niektórzy w niefrasobliwy sposób przekraczali budżety, licząc na zwiększenie dotacji. Jednak główna odpowiedzialność spada na lokalnych polityków i urzędników od kultury. Nie ma znaczenia, czy należą do SLD, PO czy LiD, czy wyznają liberalizm, czy są zwolennikami silnego państwa. Ich polityka wobec teatru jest równie chaotyczna, co anachroniczna. Nie potrafią zdefiniować miejsca teatru w nowoczesnym społeczeństwie, a co za tym idzie - wyposażyć go w odpowiednie środki finansowe. Teatr dla wielu z nich sprowadza się do edukacji i mieszczańskiej rozrywki. Marszałek Pomorza Jan Kozłowski zapytany o to, co jego zdaniem powinien grać teatr, odpowiedział ogólnikowo, że klasykę. Z kolei radni z Jeleniej Góry ubolewali, że do miejscowego teatru nie przychodzą szkoły.

Samorządowcy nie dostrzegają w teatrze instytucji modernizacyjnej, która inicjuje zmiany poprzez podejmowanie ryzykownych tematów i eksperymenty z nowymi formami. Powtarzają za ultrasami liberalizmu, że eksperymenty artyści mogą sobie uprawiać za prywatne pieniądze. Zaprzeczają w ten sposób misji publicznej kultury polegającej właśnie na ochronie zjawisk niekomercyjnych, trudnych, wymagających. Gdyby radni Wiklik, Lenard i Papaj rządzili w Jeleniej Górze w latach 70., nie byłoby fenomenu Krystiana Lupy, który właśnie w jeleniogórskim teatrze z grupą aktorów tworzył swoje pierwsze przedstawienia.

Zamiast myśleć kategoriami społecznymi, lokalni politycy traktują teatry jak przedsiębiorstwa. Ich bożkiem jest frekwencja, jakby chodziło o prywatne teatry na Broadwayu, a nie o jedyne często instytucje wysokiej kultury w mieście. Najchętniej w roli dyrektorów widzieliby gwiazdy znane z telewizji i filmu. Alternatywą dla Mieszkowskiego miał być Zbigniew Zapasiewicz, wcześniej dyrekcję Teatru Polskiego proponowano Wojciechowi Pszoniakowi i Andrzejowi Sewerynowi. Na dodatek urzędnicy nie znają specyfiki pracy teatralnej, o czym świadczą próby usuwania dyrektorów w połowie sezonu lub powoływanie nowych we wrześniu, kiedy reżyserzy mają zapełnione kalendarze. Wszystko to powoduje paraliż i chaos w zespołach, którego byliśmy świadkami w Gdańsku, Legnicy, we Wrocławiu, a wcześniej w Łodzi.

Traci na tym nie tylko teatr, traci też wizerunek miast budowany dzisiaj w dużej mierze na kulturze. Jelenia Góra dzięki dyrekcji Wojtka Klemma przypomniała o swoim istnieniu na kulturalnej mapie kraju. Legnica dzięki teatrowi Jacka Głomba awansowała na jeden z najważniejszych ośrodków teatralnych, z własnym festiwalem i transmisjami spektakli w TVP Kultura. We Wrocławiu, który całą swoją strategię promocyjną buduje na kulturze, awantura o Teatr Polski rozpętana przez wojewódzkich urzędników psuje robotę, jaką wykonuje prezydent miasta Rafał Dutkiewicz.

Oczywiście są wyjątki. Kiedy niedawno Paweł Łysak, dyrektor bydgoskiego teatru, zdobył Paszport "Polityki" za swoją innowacyjną działalność teatralną, prezydent Bydgoszczy Konstanty Dombrowicz opublikował w największych dziennikach ogłoszenia z gratulacjami. Wicemarszałek Piotr Borys odpowiedzialny za kulturę na Dolnym Śląsku milczał, kiedy Teatr Polski zdobywał kolejne nagrody. Dopiero kiedy "Danton" Jana Klaty został spektaklem roku 2008, a wrocławska scena znalazła się w czołówce rankingów, wydusił z siebie, że... dobrze ocenia teatr Mieszkowskiego.

Awantury wokół teatrów są argumentem przeciwko decentralizacji państwa. Pojawiają się głosy, że oddanie samorządom teatrów w latach 90. było błędem. To powinien być dzwonek alarmowy, szczególnie dla Platformy Obywatelskiej, która swój program opiera przecież na idei decentralizacji. Tymczasem to właśnie lokalni politycy Platformy psują kolejne teatry w Gdańsku, Jeleniej Górze, we Wrocławiu, dając przykład innym. To paradoks, że partia, która wygrała ostatnie wybory dzięki głosom młodych, wykształconych Polaków, zwalcza teraz teatr, który jest głosem tej generacji.

Roman Pawłowski
Gazeta Wyborcza
23 lutego 2009

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia