Seksowny pop w szpitalu psychiatrycznym

rozmowa z Markiem Weiss-Grzesińskim

"Ariadna na Naxos" - ten spektakl nie udaje się nawet najlepszym, mówi się, że jest obłożony klątwą. Opera Bałtycka reklamuje premierę tej sztuki plakatem z ludzkim sercem. O tym, jak poradzić sobie z niemożliwym, opowiada reżyser Marek Weiss-Grzesiński.

"Ariadna na Naxos" to jedna z najrzadziej granych i najtrudniejszych oper Richarda Straussa. Zapowiadaliście, że to prapremiera... 

Marek Weiss-Grzesiński: Byliśmy pewni, że to prapremiera, ale zostaliśmy skarceni przez internautę z Poznania, który poinformował nas o spektaklu "Ariadna na Naxos" w latach 20. w Poznaniu. Nasza produkcja jest więc "prawie" prapremierą. Rzecz jest arcytrudna, ponieważ już w trakcie komponowania, kiedy to dzieło powstawało, jego losy były trudne i zawiłe. "Ariadna..." składa się praktycznie z dwóch oper, które pozornie niewiele mają ze sobą wspólnego - pierwsza opowiada o tej drugiej, ale jeśli starannie się wszystko połączy ze sobą to wyjdzie przejmująca prawda o dzisiejszym świecie artystycznym. O tym, co się dzisiaj dzieje ze sztuką i do czego prowadzi fakt, że tzw. sztuka wysoka spychana jest na margines, staje się skansenem, a cała reszta przechodzi w ręce ludzi, którzy handlują jej uproszczonymi substytutami. 

Spektakl reklamujecie za pomocą kontrowersyjnego plakatu. 

- Plakat jest pierwszym zwiastunem spektaklu - to ma być nie tylko informacja kiedy i co ma się odbyć. To także opowieść o inscenizacji, pierwszy znak rozpoznawczy spektaklu - czy jest on brutalny czy łagodny, czy odwołuje się do nowoczesności, czy jest staroświecki. Plakat do "Ariadny..." jest wynikiem konkursu, ogłoszonego na niemieckich akademiach sztuk pięknych. W większości prace były straszliwe - bełkot, głupoty, byle co - ale była wśród nich ta praca, którą początkowo odrzuciłem, jak każdy, kto widzi kawałek ludzkiego mięsa. Później jednak pojąłem, że ten plakat ma pewną urodę, unikalną czystość. Zrozumiałem, że doskonale opowiada on o tym dziele i jak bogata i wieloznaczna jest ta metafora. Odwrócony kieliszek oznacza negację - więcej nie piję, odrzucam serce, miłość. Przecież treścią "Ariadny" jest uwięzienie życia w sztucznej konstrukcji, jaką jest cała historia Ariadny oraz uwięzienie człowieka w muzyce, która jest bezlitosna, zimna, zdyscyplinowana. To opozycja pomiędzy sztuką muzyczną a życiem, pomiędzy ciałem a dyscypliną wszelkiej formy... W tej opozycji natury z kulturą jest coś pięknego. 

To kolejny spektakl, przygotowywany przez Operę na konkurs solistów w węgierskim Szeged. 

- Do konkursu zgłaszają się teatry z całej Europy. Wszyscy spotykają się podczas międzynarodowego finału, przy okazji którego Węgrzy prezentują w Mezzo TV opery w wykonaniu swoich realizatorów. W ubiegłym roku Peter Telihay zdecydował się pracować u nas nad "Gwałtem na Lukrecji" - ten spektakl bardzo dobrze na Węgrzech przyjęto, a Janja Vuletić, śpiewająca Lukrecję, wygrała konkurs solistów. Sukces Opery Bałtyckiej spowodował rzecz niesłychaną - organizatorzy zaprosili nas po raz drugi z rzędu. Okazało się, że do tytułu, który zaproponowaliśmy, Węgrzy nie mają chętnego inscenizatora i wyjątkowo zgodzili się na to, abym sam wyreżyserował konkursową produkcję. 

Do konkursu wyznaczono trzy role - Kompozytor, Zerbinetta i Bachus - to wręcz arcytrudne partie. Kompozytora zaśpiewa solistka New York City Opera i opery w Toronto, kanadyjska mezzosopranistka Ariana Chris; Bachusem będzie tenor z Francji, o dalekich polskich korzeniach - Patrick Bladek; Zerbinettę zaśpiewać miała jedna z najważniejszych gwiazd koloraturowych na Węgrzech - Rita Ratz. Niestety, okazało się, że węgierska sopranistka jest bardzo chora. Zastąpi ją dublująca Zerbinettę Aleksandra Buczek, znana trójmiejskiej publiczności jako Donna Anna w "Don Giovannim". Nie wiemy jeszcze, czy weźmie ona udział w konkursie, zadecyduje o tym jury konkursu. 

Panuje opinia, że wystawianie "Ariadny..." wiąże się z wielkim ryzykiem... 

- Już sama muzyka Straussa jest dość trudna w odbiorze, a trzeba przygotować inscenizację w taki sposób, aby publiczność składająca się nie tylko ze znawców muzyki, się nią, mówiąc kolokwialnie, "nakarmiła". To często prowadzi do uproszczeń - gra się z lekkim dystansem w operetkowym tle i właśnie ten dystans, w połączeniu z ironią, prowadzą bardzo często do katastrofy nawet na wielkich, wspaniałych scenach. Większość wystawień "Ariadny..." jest kompletną porażką. Przy całym szacunku dla poszczególnych artystów, jak Natalie Dessay, która śpiewała Zerbinettę chyba najlepiej na świecie, ale spektakl jako całość na ogół kończy się klapą. Wszystko dlatego, że to jest utwór, który poprzez zabawę, humor, wygłupy i farsową atmosferę musi doprowadzić do wielkiego wagnerowskiego patosu. Jak to utrzymać, jak obronić ten patos, żeby nie wylać dziecka z kąpielą? 

W mojej realizacji druga część "Ariadny..." dzieje się w szpitalu psychiatrycznym, ponieważ uznaliśmy, że wszelkie idiotyzmy, gierki, zabawy i seksowny pop, grane równocześnie z najwyższymi operowymi, przepełnionymi patosem uniesieniami, możliwe są tylko na oddziale zamkniętym. Jesteśmy świadomi tego, że jak się robi jakiś potężny klucz inscenizacyjny, to może być nadzwyczaj pomocne dla zrozumienia dzieła, a zarazem wytrych, który połamie zamek i zniweczy cały wysiłek. Tego nigdy do końca nie da się przewidzieć. Tak jest np. u Mozarta - jak się go otwiera jednym kluczem, to gdzieś na końcu okazuje się, że założył on pułapkę i się śmieje, że chciało się go przechytrzyć...

Łukasz Rudziński
www.trojmiasto.pl
28 października 2009

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia