Sen mara...

"Peleas i Melizanda" - reż. Katie Mitchell - Teatr Wielki - Opera Narodowa

Opera Peleas i Melizanda w reżyserii Katie Mitchell w Teatrze Wielkim Operze Narodowej w Warszawie, koprodukcja z Festival d'Aix-en-Provence

Naga kobieta na oszalałym, karym koniu stojącym dęba, nastrój niesamowitości, fantastyki, erotyki i grozy to skrótowy opis najbardziej znanego, malarskiego dzieła polskiego symbolizmu - Szału uniesień Władysława Podkowińskiego. Maeterlinck pisząc symboliczną tragedię Peleas i Melizanda także odrealnił świat swoich bohaterów. Ukazał w swoim dziele doznania ludzi podporządkowanych nieodgadnionej naturze. Claude Debussy dostosował się do tej atmosfery komponując muzykę do operował wersji tragedii używając wysublimowanego, oryginalnego brzmienia. Nastrój zbudował wirującą falą dźwięków, ale również umiejętnie dozując ciszę!

Jakby tych ulotnych znaczeń, zmysłowych doznań, barw i brzmień było mało, to reżyserka opery, Angielka Katie Mitchell uwspółcześniła akcję i przeniosła ją do snu głównej bohaterki. Widzowie, którzy przeczytali przynajmniej początek programu (znakomite wydawnictwo) i wiedzieli o tym chwycie reżyserskim nie dziwili się więc, że artyści na scenie chodzili w dziwaczny sposób po krętych schodach, bądź że tajemnicze źródła ilustrowane przepięknym brzmieniem harf wybijały tuż przy łóżku Melizandy, a dziewczyna mogła oglądać samą siebie w scenie miłosnej z kochankiem. Sen to sen, wszystko było w nim możliwe.

Wspomniałem o harfach, ale ich przepiękny dźwięk była jedynie częścią fantastycznego wykonania dzieła Debussego przez orkiestrę Teatru Wielkiego Opery Narodowej. Od wielu miesięcy, po każdej premierze piszę o orkiestrze tylko w superlatywach. Tym razem wsparł tę opinię dyrygent premierowego spektaklu maestro Patrick Fournillier, który po premierze bardzo chwalił artystów z Warszawy za znakomite wykonanie muzyki francuskiego mistrza.

Artyści śpiewający także stanęli na wysokości zadania, nikt nie zszedł poniżej wysokiego lub bardzo wysokiego poziomu wykonania. Największe wrażenie wywarł na widzach śpiew i gra aktorska Laurenta Alvaro (Golaud, bas-baryton). Francuski artysta wiarygodnie pokazał wątpliwości, ale też nienawiść zdradzonego męża, która doprowadziła do końcowego dramatu.

Opera jest koprodukcją z Festival d'Aix-en-Provence, gdzie spotkała się z dobrym przyjęciem. Widzowie i artyści francuscy szczególnie zwrócili uwagę na wspaniałe dekoracje wykonane przez rzemieślników Teatru Wielkiego Opery Narodowej i wywołali ich przedstawicieli do ukłonów po spektaklu. Sytuacja powtórzyła się w Warszawie. Scenografia Lizzie Clachan, modernistyczne, mieszczańskie domy, w tym jeden nawet z ogrodowym basenem wykonała perfekcyjnie ekipa techniczna TWON. Polacy przygotowali bardzo efektowną kompozycję przesuwających się ekranów, które odsłaniały poszczególne plany akcji scenicznej.

Interesująca muzyka w świetnym wykonaniu, przepiękna warstwa plastyczna, jednym słowem dobra, solidna premiera

Dionizy Kurz
www.kurzawka.blogspot.com
2 lutego 2018
Portrety
Katie Mitchell

Książka tygodnia

Szekspir bez cenzury. Erotyczny żart na scenie elżbietańskiej
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria Sp. z o.o.
Jerzy Limon

Trailer tygodnia