Sensacyjna premiera

"Romanca" - reż. Edward Żentara - Nowy Teatr w Słupsku

Nowy Teatr w Słupsku nie kazał długo czekać na kolejną premierę. Choć do spektaklu podchodziłam dosyć sceptycznie, zrażona wcześniejszą "Galaktyką Szekspir", dałam się wciągnąć w szytą grubymi, teatralnymi nićmi "aferę". Co więcej - śmiałam się z siebie, że po latach obserwacji rozmaitych scen, nabrałam się na przezabawny trick, który bez cienia wątpliwości był wręcz mistrzowskim dokonaniem aktorów.

23 maja, wieczór premierowy, pełna sala. Spektakl w reżyserii Edwarda Żentary rozpoczyna się patetycznymi peanami Lorenza (Marcel Wiercichowski) na cześć pięknej Bianki (Izabela Czajkowska). Młody szlachcic pragnie rozkochać w sobie dziewczynę, oczerniając obiekt jej uczuć - Euzebia. Po takim wstępie coraz głębiej zapadałam się w fotelu, myśląc, że ten spektakl przebił wszystkie najsłabsze inscenizacje słupskiego teatru (typu "Okno na parlament" czy "Romeo i Julia"). W pewnym momencie, z publiczności zaczynają padać głośne i dosadne uwagi w stylu "co to za chała!" i "Co to ma być?!" Aktorom początkowo udaje się wybrnąć z tej trudnej sytuacji, jednak uporczywe docinki nie ustają, a napięcie rośnie zarówno wśród aktorów, jak i widzów.

W końcu Marcel Wiercichowski nie wytrzymuje, ku zaskoczeniu wszystkich przerywa spektakl, by wyprosić krytycznego "komentatora" z sali. Wyraźnie zdenerwowany prosi o ponowne rozpoczęcie sztuki. Wyznam szczerze, że takiej sensacji na deskach słupskiego teatru jeszcze nie było, choć byłam zaskoczona, że tak doświadczony aktor jak Wiercichowski dał ponieść się emocjom. Cała publika zaangażowała się w sprawę - ludzie głośno skandowali o wyproszenie niegodziwca z sali, przewodniczący Związku Seniorów Harcerstwa przepraszał w imieniu wszystkich, bogu ducha winnych, harcerzy, widownia wznosiła owacje, by dodać otuchy aktorom. W teatrze zawrzało od głośnych dyskusji i słów dezaprobaty dla szerzącego się w społeczeństwie chamstwa. Podjęto decyzje, by spektakl zacząć raz jeszcze.

I od nowa ten sam patos i nuda, a ja już na dobre zapadam się miękką otulinę fotela, odliczając minuty do końca. I zapewne bez pamięci pogrążyłabym się w tak nijakim stanie, gdyby nie powrót owego hałaśliwego widza, który w sposób pretensjonalny domagał się zwrotu kosztów za bilet. Wówczas Wiercichowski nie wytrzymuje i z niecenzuralnymi obelgami rzuca się na prowokatora. Trwa szamotanina, przerażona Bianka lamentuje na scenie, w tle przewijają się ludzie z obsługi. Wszystko wskazuje na to, że sytuacja wymknęła się spod kontroli. I nagle... o zgrozo...nieposłuszny widz pada ze sztyletem Lorenza w plecach! Wówczas zaczęłam się śmiać, czułam, że to prowokacja, że sprawa posunęła się za daleko. Jednak akcja toczy się dalej - obsługa podaje ręczniki, by zatamować krew poszkodowanego, ktoś apeluje o wezwanie karetki. Uśmiech spełzł z mojej twarzy i znów pojawiła się wątpliwość czy to element sztuki, czy nieprzewidziana wpadka, która zakończyła się tragicznie.

Na szczęście wszelakie wątpliwości zniknęły, gdy ranny widz "ożył" i rozpoczął dialog z aktorem, dając do zrozumienia, że całe zajście było zamierzone i upozorowane. Spektakl zmienił swój wydźwięk, porzucając na szczęście wcześniejszy patos wprost z brazylijskiej telenoweli. Do klasycznego dzieła wpleciono współczesne motywy, co dodało do całokształtu widowiska sporą dawkę humoru i nietuzinkowej rozrywki.

Życzyłabym sobie i słupskiej publiczności więcej takich spektakli, które budzą kontrowersyjne emocje, szokują i angażują publikę. W związku z tym, trudno się nie zgodzić z pointą przedstawienia, że teatr to prawda. A przecież prawda, to pojęcie względne.

Joanna Gutral
Dziennik Teatralny Słupsk
17 czerwca 2008

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia