Sęp zwycięża tytana

"Prometeusz" - reż. Kamil J. Przyboś - Biuro Festiwalowe Impart

Taneczno-akrobatyczny „Prometeusz" w reżyserii Kamila Przybosia zjednuje sobie widzów w szerokim przedziale wiekowym. Bogaty w motywy mit o tytanie, który przedłożył rozwój ludzi nad przychylność bogów okazał się znakomitym materiałem na widowisko zarówno dla widza dojrzałego jak i młodego, o świeżym, pozbawionym schematów spojrzeniu.

Pierwsza scena o charakterze muzycznego preludium przedstawia widzowi dwie siły: pulsującą w jednym rytmie, zespoloną, bezkształtną grupę ludzkich ciał poruszającą się zgodnie z władczą, górującą nad nimi ręką tytana - stwarzającego Prometeusza. Nietrudno odnaleźć tu nawiązania do fresków z Kaplicy Sykstyńskiej, na których mocarny Bóg wyciąga rękę do ukształtowanego na swoje podobieństwo Adama.

Muzyka tworzy tu rodzaj narracji. Każda fraza o odmiennym charakterze zapowiada kolejną część historii. I tak po ulepieniu istot z gliny, Prometeusz waży, ogląda i ocenia to, co stworzył. Dwie postaci w skomplikowanych układach akrobatycznych zlewają się tu w jedno ciało, którego części tak podobne, a zarazem tak różne od siebie należą do demiurga i jego dzieła. Stworzenie o dwóch twarzach, czterech rękach i dwóch parach nóg fascynuje i odpycha. Nie przypomina żadnego ze znanych, ziemskich ciał. Jest istotą zrobioną na podobieństwo bogów lecz wybrakowaną.

Wspaniałomyślny Prometeusz kradnie więc iskry z rydwanu Heliosa, by tchnąć w człowieka duszę. W niezwykle dynamicznym, utrzymanym w charakterze akrobatyczno-tanecznym układzie pojawia się olbrzymia, jaśniejąca niczym słońce flaga, która momentami wypełnia całą przestrzeń sceny. Połyskujące złoto przenika sprężyste ludzkie sylwetki pozostające w nieustannym ruchu, przecina je, wypełnia, ożywia. Prometeusz, który wedle mitu ulepił człowieka z gliny daje mu teraz duszę, wypełniając bezmyślne ciała boskim ogniem.

Widowisko stworzone przez Przybosia jest zarówno popisem performerskim jak i scenograficznym. Oprócz peletonu uzdolnionych akrobatów, tancerzy i ekwilibrystów, prezentujących różnorodne umiejętności na wybornym poziomie, znajdziemy tu również niezwykle pomysłową grę świateł, kolorów, tkanin i samych form teatralnych. I tak: obok żywoplanowego teatru pojawia się tak rzadko wykorzystywany w spektaklach dla dorosłych teatr cieni, bywa, że miejsca siedzące dla publiczności są równie dobrze doświetlone jak scena, aktorzy wnoszący na scenę ogień wyłaniają się spomiędzy widzów, a popisy akrobatyczne nieraz wykonywane są niemal nad ich głowami.

Pełna niebezpieczeństw, symboliczna droga Prometeusza na Olimp przedstawiona została w postaci teatru cieni. Sprytny zabieg techniczny pozwolił na wprowadzenie do widowiska dziwacznych stworów o wielu głowach i rękach, olbrzymich bestii, z którymi mierzy się tytan, ale też licznych scen walki, które bez perspektywy uzyskanej dzięki grze światłocieni okazałyby się mniej efektowne. Epizod rozgrywający się w siedzibie bogów wieńczy wykradzenie ognia przez Prometeusza. Na scenę z widowni zostają wniesione płonące pochodnie. Mitologiczny człowiek poznaje ciepło i ból, który niesie ze sobą żywioł ofiarowany ludziom przez najbardziej hojnego z tytanów.

Po taneczno-akrobatycznym fragmencie obrazującym beztroską zabawę obdarowanych ludzi, muzyczno-scenograficzna atmosfera spektaklu zmienia się. Widowisko wykorzystuje tu dwie nowe formy. Obok imponującego złoto-czerwonego tronu, na którym z godnością siedzi górujący nad sceną Zeus, tańczą do wschodniej muzyki trzy kobiety. Ich wielkie, falujące czarne skrzydła zwiastują czające się w cieniu zło. Z góry, miotająca się w czarnej siatce, opada uczepiona pod sufitem Pandora i w rytm ciężkich rockowych brzmień po raz pierwszy uwolniona z pęt, wychodzi na świat.

W kolejnej, nieco naiwnej muzycznie odsłonie na scenie pojawia się mało rozgarnięty brat Prometeusza, Epimeteusz. Człapiąc niezdarnie po scenie natrafia na pustą sieć, w której na świat przyszła Pandora. Ogląda ją z zaciekawieniem, bada, przypatruje się, eksponując przy tym w całej okazałości swą gamoniowatość. Kuszony odgłosami dochodzącymi z boku sceny, wabiony zalotnym tańcem dłoni eksponowanych w niebieskawym, metalicznym świetle, nierozumny Epimeteusz stanowi łatwy łup dla wchodzących na scenę przy zmianie świateł, ponętnych wysłanniczek Pandory. Postaci w skórzanych kostiumach rzucają go na kolana, pętają, podporządkowują. Fragment wieńczy akrobatyczno-taneczny układ prowadzony przez pięć wampirycznych, ucieleśniejących całe zło tego świata kobiet i pięciu ulegających ich władczej, wabiącej mocy mężczyzn. Brat tytana zakochuje się bez pamięci w uwodzicielskiej, mało rozumnej femme fatale. Następujące po godowym tańcu Pandory i Epimeteusza tableau niczym z obrazów Boscha przecinają wirujące wstęgi, atrybuty wysłanniczek Pandory, symbolizujące nieszczęścia wypuszczone na świat z mitycznej puszki.

Po zemście wszechmogącego Zeusa, który zesłał na świat ponętną Pandorę, Prometeusz wraca na Olimp. Wędrówka po raz kolejny jest zobrazowana za pomocą teatru cieni, a czające się na tytana stwory pokonywane są w widowiskowych starciach z pogranicza tańca i sztuk walki lub po prostu rodem z capoeiry.

Sceną, która najlepiej demonstruje różnorodność form performatywnych, kolorów oraz materiałów jest bez wątpienia bankiet u Zeusa. Monstrualna maska wieńcząca sylwetkę boga zasiadającego na olbrzymim tronie ponad wszystkimi biesiadnikami podkreśla jego posągowość. W tłumie są wysłanniczki Pandory o wielkich, czarnych, falujących skrzydłach, kobiety zjeżdżające wprost z zawieszonych pod sufitem szarf i pozostali goście przybywający wśród okrzyków zadowolenia wprost z widowni. Półnagi Prometeusz stający przed Zeusowym tronem wcale nie wydaje się słaby i pozbawiony woli. Mszcząc się za swojego brata i świat nękany nieszczęściami, ofiarowuje Gromowładnemu dwa rogi, z których nieświadomy podstępu bóg wybiera ten pusty. Epizod kończy się dzikimi tańcami Zeusowych gości, licznymi popisami akrobatycznymi oraz układami tanecznymi ilustrującymi pojawiające się w tle wschodnie brzmienia, w których nieraz pojawia się wielorękie postaci, będące bezpośrednim nawiązaniem do wizerunków hinduistycznych bóstw.

W kolejnej odsłonie spętany, półnagi Prometeusz stoi zamknięty w sześciennej bryle na arenie. Pomysłowa w swojej prostocie, widowiskowa i bogata w znaczenia scena nabiera rozpędu gdy zdesperowany, rozwścieczony tytan próbuje oswobodzić się z niewoli. Żonglerka w rytm walca rozpędzonym, połyskującym w złotym świetle sześcianem to kolejna z efektownych, prezentowanych w spektaklu umiejętności ekwilibrystycznych. Ostatecznie zmiażdżony przez boski gniew, spętany Prometeusz pada pokonany pod Zeusowym jarzmem.
Mit o tytanie, który ofiarował ludziom ogień przeniesiony na scenę przez Kamila Przybosia kończy się spektakularną, powietrzną walką z sępem. Aktor w posępnym, czarnym kostiumie przybranym piórami i połowicznej masce przedstawiającej głowę ptaka rozpoczyna starcie z muskularnym Prometeuszem. Powietrzne zmagania między zajadłymi wrogami, pełne zmian tempa oraz zapierających dech w piersiach akrobatycznych figur toczą się linach zataczających kręgi tuż nad głowami widzów. Sęp zwycięża tytana, by ten aż do wyswobodzenia przez Heraklesa cierpiał zasłużone męki przykuty do skał Kaukazu.

Pięciokrotna owacja po spektaklu „Prometeusz" wystawianym na deskach wrocławskiego Impartu bezsprzecznie wystarczyłby za kompletny komentarz. Mimo to warto ochoczo przyklasnąć niespotykanej w dzisiejszym teatrze wierności pierwowzorowi, którym był tutaj grecki mit oraz pokusić się o gromkie brawa dla całej, dwudziestoosobowej ekipy składającej się z wyjątkowo uzdolnionych, nieustraszonych w scenicznej ekwilibrystyce artystów różnorodnej maści i gatunku.

Marta Tomaszek
Dziennik Teatralny Wrocław
23 kwietnia 2019

Książka tygodnia

Tamara Łempicka. Sztuka i skandal
Wydawnictwo Marginesy
Laura Claridge

Trailer tygodnia

12. Festiwal Sztuk Alt...
Paweł Wrona
Odkrywanie świata sztuk alternatywnyc...