Show must go on

Czwarty Dzień Wałbrzyskich Fanaberii Teatralnych upłynął w klimacie pożegnań i wspomnień.

W pierwszej części mieliśmy przyjemność obejrzenia bardzo popularnego już przedstawienia : „ Sceny niemalże małżeńskie" , z niezwykłym duetem Grażyny Barszczewskiej i Grzegorza Damięckiego. Inteligentne gry słowne, damsko – męskie zaczepki w najlepszym stylu kabaretu literackiego spod pióra Stefanii Grodzieńskiej.

Ryzykowny, wydawałoby się pomysł, połączenia w parę, aktorów, reprezentujących inne pokolenia, nadaje sztuce pikanterii, no i nie da się ukryć, ale między nimi po prostu iskrzy. Aktorka demonstruje prawie wszystkie oblicza kobiety, zazdrosne, złośliwe, zaczepne, słodkie, jest damą i starym zawadiackim kumplem jednocześnie. Damięcki natomiast nie da się zawładnąć jej niewątpliwemu urokowi, udaje potulnego, robi maślane oczy, po to, by i tak móc spokojnie czytać gazetę i założyć stare kapcie. Czujemy jednak miłą nostalgię retro, kiedy zarówno On, jak Ona przemieniają się w parę lirycznych kochanków, wykonując nieśmiertelne piosenki Jerzego Jurandota. Myślę, że wałbrzyscy widzowie są spragnieni tej formuły teatru, będącego jednocześnie rozrywką .

Żegnaliśmy także po kilku latach sztukę pt: „Szoa show. Parodia makabryczna". Rzecz o tolerancji, ksenofobii i przestrzegająca przed nacjonalizmem, który, zarówno na małej, wschodniej wiosce, jak i w metropolii, może zapukać do naszych drzwi. Kanwą sztuki jest „Skrzypek na dachu" w konwencji horroru. Prosta, siermiężna scenografia, „obrzydliwe" kreacje aktorskie wywołują salwy śmiechu i budzą wstręt jednocześnie. Niesamowity jest zespół wałbrzyskich aktorów, zgrany i ile oni mają dystansu do siebie, lekkości transformacji. Szczególnie wbija się w pamięć główna rola Włodzimierza Dyły, jako Tewji Mleczarza, budzi w nas litość, współczucie losem biednego, zagubionego Żyda, który ma tylko jedno marzenie, by wydać własne córki dobrze za mąż. Wykreował postać takiego every – Żyda, cierpiącego, pełnego winy i miłości do swego narodu. W spektaklu obecna jest jednak nadzieja w formie tańca, wykonywanego przez młodych i starszych Żydów do piosenki „Survive" czyli ocalony.

Spektakl był okazją do pożegnania ze sceną, nestora wałbrzyskiej, ale nie tylko, sceny Adama Wolańczyka. Niezwykle barwna, wyrazista postać, której biografia posłużyłaby jako materiał do niejednej książki, na swoim koncie ma wiele niezapomnianych ról. Aktor uniwersalny, który grał u Wajdy w „Panu Tadeuszu", jak i u Strzępki i Demirskiego psa Szarika. Aktor, który nie boi się wcielać w postacie kobiece, tworzy jakieś pozapłciowe, genderowe kreacje, ale był też gwiazdą teatru klasycznego, szekspirowskiego.

Ostatni spektakl z udziałem pana Adama Wolańczyka był okazją do dyskusji na temat efemeryczności teatru, czy wraz z końcem przedstawienia, znika jego sens. Wiadomo, że teatr wywodzi się z misterium, polega na byciu „tu i teatr", wzajemnym przekazie między widzami a aktorami. Najważniejsza jest więc ich wzajemna relacja , to, co pozostanie w pamięci, co wpłynie na zmianę postrzegania świata, prawdy o nim. I na pewno „Shoa show. Parodia makabryczna" do takich należy.

A jeśli chodzi o fanaberyjną nostalgię, to następuje po niej słowo „koniec", jednak bez kropki, więc zyskuje nowe znaczenie jako otwarcie na coś nowego.

Justyna Nawrocka
Dziennik Teatralny Wałbrzych
14 grudnia 2018

Książka tygodnia

Tamara Łempicka. Sztuka i skandal
Wydawnictwo Marginesy
Laura Claridge

Trailer tygodnia