Siostry, sołdaty i miękiszony

"Trzy siostry" - reż. Jan Englert - Teatr Narodowy

Głoszenie pandemii na poziomie globalnym sprawia, że żyjemy jakby w nieokreślonym, ponurym limbo, do którego dostaliśmy się, choć niczym nie zawiniliśmy. Niczego nie możemy zaplanować, każdy z nas za czymś tęskni. A literatura jak zwykle uczy nas, że to wszystko już było.

Jan Englert właśnie wyreżyserował w Teatrze Narodowym „Trzy siostry" Czechowa, z wielką brawurą i w doskonałej obsadzie. Klasyka rosyjskiego dramatu przenosi nas w miejsce, w którym z teraźniejszością nie da się nic zrobić – można tylko wspominać przeszłość albo marzyć o tym, co będzie. Tak żyją tytułowe siostry. W scenie otwarcia najstarsza z nich, Olga, przypomina dawne dzieje, najmłodsza, Irina, planuje świetlaną przyszłość, a środkowa, Masza, żyje w zawieszeniu, w ciągłym niespełnieniu i oczekiwaniu na zmianę.

Englert bardzo wiernie trzyma się literackiego oryginału, i chwała mu za to. Czechow pokazał ludzi zagubionych, samotnych, nieszczęśliwych, nieadekwatnych do sytuacji. Miotają się oni między wspomnieniami, marzeniami, a własną indolencją. Życie toczy się jakby bez nich, obok nich, pomimo nich. Co jakiś czas ktoś zrywa się i próbuje nadać sens, odnaleźć istotę, ale to nie trwa długo, po chwili wszyscy wracają do swoich ról. Które to role reżyser powierzył w przedstawieniu doskonałym aktorom.Dominika Kluźniak jako Olga jest fenomenalnie wyrazista. Pogodzona z losem starej panny (w wieku dwudziestu ośmiu lat) sumiennie wykonuje swoje obowiązki jako nauczycielka, a później dyrektorka szkoły. Stara się panować nad rodziną i uszanować brata jako głowę domu, nawet gdy Andriej usuwa się w cień jako mąż-pantoflarz oraz hazardzista, powoli zaprzepaszczając rodzinny majątek. Kluźniak potrafi stworzyć atmosferę całego spektaklu swoją powagą i... ogromnym poczuciem humoru.

W roli Maszy występuje zmysłowa i emocjonalna Wiktoria Gorodeckaja. Smukła, wrażliwa, pozornie rozkapryszona Masza, jest głęboko rozczarowaną żoną fajtłapy, który miał być mądry, a okazał się głupkiem, w dodatku bez honoru. Fiodor Kułygin – w doskonałej interpretacji Grzegorza Małeckiego – uważa się za inteligenta i naprawdę świetnie zrozumiał był na lekcjach łaciny, co znaczy ut consecutivum, ale nie rozumie, że jego niezłomne wielbienie żony, nawet przyłapanej z Wierszyninem in flagranti, skutkuje jeszcze większą pogardą i znudzeniem z jej strony.

Kwestia romansu Maszy z podstarzałym podpułkownikiem to chyba jedyny obszar, w którym reżyser pozwolił sobie na więcej niż autor dramatu – namiętności zawiedzionej mężatki do kochanka nie musimy się domyślać. Gorodeckaja odsłania piękne uda, całuje jego twarz, pada mu do nóg w rozpaczy. W roli Wierszynina, zaskakująco, obsadzono Jana Frycza, o wiele starszego niż czterdziestoparolatek z oryginału Czechowa. Oczywiście aktor doskonale zagrał mężczyznę zagubionego, niezdolnego do bycia mężem i jednocześnie niezdolnego do opuszczenia rodziny. Jedyne, co się Wierszyninowi udaje, to filozofowanie, że za dwieście, trzysta lat, świat będzie zupełnie inny i wszyscy ludzie będą z pewnością mądrzejsi oraz szczęśliwsi niż teraz.

Polemizuje z nim baron Mikołaj Tuzenbach, który twierdzi, że natura ludzka i pragnienia ludzkiej duszy pozostają niezmienne, i że za trzysta lat będzie tak samo, jak było i jak jest. Baron wmawia sobie, że jest szczęśliwy, bo zakochany w Irinie, jednak brak wzajemności z jej strony przeszkadza mu. Martwi się też, że nie wszyscy go lubią, że nie jest dosyć przystojny, ani dość bogaty. W ciągłym pragnieniu spodobania się ukochanej zapewnia ją, że będą razem nawet pracować! Rolę zakompleksionego arystokraty bardzo przekonująco odegrał bardzo przystojny Piotr Kramer.

Michalina Łabacz, która mimo młodego wieku może się już poszczycić nagrodą za najlepszy debiut aktorski na festiwalu w Gdyni za rolę w „Wołyniu", bardzo dojrzale pokazała metamorfozę Iriny. Śmiejący się, beztroski podlotek staje się powoli zgorzkniałą kobietą, która rozważa nawet samobójstwo. Najmłodsza z trzech sióstr marzyła o miłości, o „tym jedynym", o powrocie do Moskwy, o wielkim świecie. Konfrontując swoje ideały z rzeczywistością odkrywa z przerażeniem, że praca nie daje jej satysfakcji ani radości. Gardzi Baronem-miękiszonem, który nuży ja swoją stałością, wyznaniami, komplementami. Męskość Solonego pociąga ją, ale przede wszystkim przeraża. I słusznie, bo wojskowy Wasilij Solony to brutalny prymityw, nieokrzesany w mowie i sposobie bycia, to używający tanich perfum zbir, gotów raczej zabijać niż komukolwiek ustąpić. Jako ucieleśnienie męskiej siły i pasji wystąpił zabójczo seksowny Karol Pocheć, i była to jedyna osłoda tej mało subtelnej postaci.

Trzy siostry muszą się jeszcze mierzyć ze straszną bratową Natalią – w tej roli wyjątkowo przekonująca Milena Suszyńska – straszną, bo śmieszną, pretensjonalną, wioskową pięknością, która w żaden sposób nie pasuje do ich arystokratycznej rodziny. A jednak Andriej żeni się z nią i prostaczka stopniowo przejmuje rządy w majątku zaskakując czwórkę rodzeństwa swoją głupotą, butą i chamstwem, z którym żadne z nich nie potrafi sobie poradzić. Bo, choć ojciec „ciemiężył ich wykształceniem" – to przykład świetnego tłumaczenia Agnieszki Lubomiry Piotrowskiej – , wobec bezczelnej arogancji pozostają zupełnie bezradni, jak dzieci. Miarą ich błękitnej krwi jest nie znajomość języków obcych, oczytanie czy majątek, lecz prawdziwa wrażliwość i dobro. Prostak może być pięknie odziany, rządzić wszystkimi i szczycić się mówieniem po francusku, ale pogardzając czyjąś starością, słabością i ubóstwem, pozostaje chamem.

Najciekawszą chyba postacią w tej historii jest Andriej Prozorow, którego gra charyzmatyczny Marcin Przybylski. Jedyny brat, głowa rodziny, wielka szansa sióstr na powrót do stolicy, utalentowany i zdolny, nie dźwiga pokładanych w nim nadziei. Bojąc się, że wykształconym siostrom nie sprosta, powierza się dziewczynie o pięknym ciele, która nie jest w stanie go zrozumieć, a stopniowo coraz bardziej cynicznie go wykorzystuje i otwarcie zdradza. Andriej znieczula rzeczywistość hazardem i zakłamuje ją, powtarza, że żona jest dobra, szlachetna i godna szacunku, że on sam pracuje i osiąga sukcesy. Ale w chwili szczerości wyznaje siostrom, żeby mu nie wierzyły, żeby nie pokładały w nim żadnej nadziei. Jakie to prawdziwe i typowe dla uzależnionych.

Wstrząsający w swym smutku jest Mariusz Benoit jako doktor Iwan Czebutykin. Pokpiwając, doradzając innym ucieczkę, godząc się z kresem własnego życia staje się gorzkim komentatorem wydarzeń. Pełna godności w roli niańki Anfisy jest Anna Chodakowska.

Oprócz wspaniałej obsady wielkim atutem przedstawienia jest muzyka autorstwa Piotra Mossa, w dużej mierze wykonywana przez aktorów na żywo. Andriej gra na skrzypcach, słyszymy akordeon, harfę, a Masza gwiżdże. Doktor Iwan śpiewa, między innymi słynny fragment z opery Ruggera Leoncavallo Ridi, pagliaccio – Śmiej się, pajacu! Dopełnieniem spójnej wizji reżysera i tej stającej się na scenie muzyki jest scenografia i kostiumy Andrzeja Witkowskiego. Jedynym dziwnym elementem przedstawienia był gwałtowny błysk i grzmot burzy w finale – było to prawdziwe zaskoczenie i przerażenie, w dodatku bez sensu.

Na zakończenie trzy siostry śpiewają razem. Przejmująco rzewnie, po słowiańsku, tak jakby w muzyce mogły znaleźć ukojenie, skoro nie da się wiedzieć, po co lecą żurawie, po co żyjemy, po co cierpimy.

Lecz my, widzowie, zaznaliśmy ukojenia. Brawa na stojąco trwały przez długie minuty. Obyśmy częściej mogli obcować z prawdziwym teatrem.

Agnieszka Kledzik
Dziennik Teatralny Warszawa
3 marca 2021
Portrety
Jan Englert

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

Gdziekolwiek - wibracj...
Mariusz Kiljan
Wszędzie na świecie rodzimy się i umi...