Skur*vjenie świata totalne

"Ucho, gardło, nóż" - reż. Krystyna Janda - Teatr Polonia w Warszawie

Słów kilka o tym, jak Krystyna Janda po raz kolejny przyciągnęła tłumy i chwyciła za gardła, czyli Teatr Polonia w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim w odsłonie premierowej a bardzo nietypowej, kiedy zderzymy ją z codziennością pierwszej prywatnej - offowej? z Warszawy.

Co jakiś czas zdarza się, że pewne teksty, najczęściej literackie, odciskają na nas piętno w sposób trwały i niezapomniany. Krystynie Jandzie wielokrotnie udawało się nie tylko stworzyć wielkie kreacje filmowe czy teatralne, okazywało się także, że potrafi wybierać na scenę teksty ważne. Piszę w dużym skrócie, pozostawiając malkontentom, krytykom, fanom urodzajne pole do zagospodarowania w temacie aktywności artystki. Absolutnym objawieniem dla mnie, prawie dziesięć lat po premierze w Warszawie, stał się monodram "Ucho, gardło, nóż", pokazany w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim w ramach spotkań z polskim teatrem. Pozostałe, "typowe" spektakle Teatru Polonia, przy tym właśnie, przestały nosić znamiona sztuki potrzebnej komukolwiek, poza oczywiście snobującymi, aspirującymi do snobowania i pogrążonymi w materii pieniądza oraz mody. Oddać trzeba rację jedynie Wojciechowi Malajkatowi, który wyśmienicie brylował na scenie, wcielając się w rolę perfidnego urzędnika i władcy formy w spektaklu "Zbrodnia z premedytacją" według wczesnego opowiadania Witolda Gombrowicza. Zestawienie otwierającego działalność Teatru Polonia monodramu "Ucho, gardło, nóż" z charakterystycznymi dla tej sceny spektaklami mieszczańskiego teatru opartego na gwiazdach i niskich kosztach pozostałych, dramatycznie wyostrzyło historię tej sceny, co warte jest osobnego potraktowania.

Czułam, że ogarniała mnie złość, zmęczenie, zachwyt i niedowierzanie. Złość na wrodzoną, ludzką głupotę, objawiającą się nienawiścią narodów do siebie, żołnierzy do cywilów, silnych wobec slabszych. Złość wyrastała z niemocy zaradzenia jej upiornej trwalości. Męczył mnie nadmiar wulgaryzmów w skali niespotykanej na scenie. Zachwyciłam się globalnym tekstem, odsłaniającym nie tylko arkana konfliktu po rozpadzie Jugosławii, głównie serbsko-chorwackiego, ale również dotkliwie obnażającym małość człowieka, systemy władzy, drogę ku szaleństwu. Z niedowierzaniem przyglądałam się Jandzie, która dla wielu w teatrze jest strażniczką pewnej estetycznej poprawności, rzekłabym umownego, artystycznego porządku (znowu skrótowo). Aż do tego spektaklu. Pokazała także mnie środkowy palec i ... pokochałam ją na nowo. Krystyna Janda poważyła się "skalać" scenę monolitowymi przekleństwami w ilościach niespotykanych, odważyła się tekstem Verdany Rudan bagatelizować wielkości, nadawać nowe proporcje i sprowadzać widza do parteru, aby jego śmiechem jego właśnie zdyskontować.

Wielkość tekstu zasadzała się na konstrukcji prawd. Mała prawda mieszała się z wielką, tajemnica z banałem, dramat narodów ze złotymi myślami o mężczyznach, sperma z nabojami, tabletki z telewizyjnymi reklamami, żałość z pożądaniem, śmiech ze śmiercią. Nic nie zostało na swoim miejscu. Janda "rozniosła" mieszczańską publiczność na strzępy. Nie żałowała nikogo i niczego. Dotknęła do żywego bufoniarską wygodę, pokoleniową wazeliniarskość, odwieczne dylematy i poczucie przyzwoitości. Tonka Babić, w którą wcieliła się aktorka, ogołociła także siebie, pozbawiając sensu każdą chwilę, w jakiej odważyła się być. Teraźniejszość sprowadzona została do strachu i schizofrenii, przeszłość do chaotycznych dygresji. Pięćdziesięcioletnia kobieta zaprzeczała prawom logiki o sensie życia.

W momencie, kiedy znaleźliśmy się niemal na skraju totalnej paranoi związanej z uchodźcami, obłudy państw tworzących wspólnotę Starego Kontynentu, realnym zagrożeniem ze strony fanatyków, tekst Verdany Rudan może być jak cyngiel pistoletu, może być również bodźcem do zdumiewającego, nie znoszącego sprzeciwu buntu na brak miłości. Tonka Babić nie miała wpływu na rozgrywki polityków, na systemy, kochała męża, który nie wrócił z braterskiej wojny. Czuła transparentną pustkę wszystkiego. Grabież futryny za życie kobiety i dziecka, rzeź dzieci na oczach matek, egzekucja obnażonego starca zmuszonego do uprawiania seksu z umierająca starowinką, doprowadzenie człowieka do stanu niekontrolowania wydalania kału - zasypywała widza obrazami piekła. Ile mamy jeszcze czasu na uratowanie ludzkości przed samozagładą?

Krystynie Jandzie wybacza się sceniczne "wbijanie gwoździ", wybacza się wcielanie w żywego trupa, pozbawionego wyrafinowania i niezbędnego piękna, który jednak jeszcze czuje. Nikomu innemu, jak mistrzyni sceny, nie uszłoby płazem komunikowanie się z widzem za pomocą wulgaryzmów służących za przecinki (przez cały spektakl), gromadzenia wizualizowanego cierpienia, poniżenia i upodlenia. Konfabulowała z widzem, "spółkowała" z nim werbalnie, nawet płakała z nim ze śmiechu, dając mu jednoczesnie do zrozumienia, że nic w wygodnym słuchaczu się nie zmieni, pozostanie sam dla siebie, ułożony, bezpiecznie zdystansowany. Bierny.

Wielkość wyboru, jakiego repertuarowo dokonała Krystyna Janda, obrazoburczość i uniwersalizm tekstu, założony cynizm dramatu scenicznego zostały zmącone, niestety, przez wielokrotne pomyłki w podawanym tekście, pomijanie kwestii, rażące szczególnie w drugim akcie. Chylę jednak czoło przed znakomitą aktorką, silną kobietą powołaną do rozliczania publiczności z lubieżnej skłonności do okaleczania świata z piękna i miłości.

Katarzyna Wysocka
Gazeta Świętojańska
7 października 2015

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia