Skurw się za grosze

Rozmowa z Krzysztofem Majchrzakiem

- Kiedy mówię o sobie, że jestem 'człowiekiem z ulicy', to nie oznacza przecież, że mam jakiś gang. Przeciwnie, jestem chyba dosyć wykształconym mężczy­zną, ale nie stronię od tzw. pro­stych ludzi. Nigdy nie stroni­łem. Lubię ich i cieszę się ich sympatią. Mówią, że dla nich 'nie jestem frajerem'. A prze­cież nie gram ról facetów, któ­rzy gonią ze spluwą i rozbijają banki, nie robię głupich kome­diowych wykrętasów. A jednak mnie akceptują. To radość i za­szczyt, że jestem dla nich wiary­godny. Ale już dla reżyserów raczej groźny.

Z Krzysztofem Majchrzakiem, który mówi o tym, jak wielu "artystów" prostytuuje się za chwile sławy - rozmawia Łukasz Maciejewski z serwisu internetowego Machina.

Łukasz Maciejewski: – Głośno mówisz rzeczy niepopularne, politycznie niepoprawne. Po co Ci to?

Krzysztof Majchrzak: – Wyspiański, w 'Wyzwoleniu' powiedział: 'Musimy zrobić coś, co by od nas zależało. Zważywszy, że dzieje się tak dużo, co nie zależy od nikogo'. Po prostu chcę, żeby cokolwiek zależało ode mnie.

Aktorzy opowiadają często, że są tylko rzemieślnikami, że tak zarabiają... – Tych, którzy tak mówią, uważam za kompletnych idiotów. To zresztą niejedynie polska specjalność.

A oni Ciebie za kogo uważają?

– Pewnie vice versa. Zresztą pieprzyć ich. Nasłuchałem się wiele razy od kolegów – aktorów, że pewnie jestem taki, eufemistycznie rzecz ujmując, 'dynamiczny', żeby być wyrazistszy. Żeby się wyróżniać!

Wyróżniasz się.

– Tylko że w moim poczuciu ob­ciachu nie ma miejsca na tego typu autopromocję. I ciągle po­wtarzam: jeżeli chcecie być popularni w taki sam sposób, nic prostszego, przyłączcie się, wy­ciągam rękę. Ale jakoś przez te wszystkie lata nie poczułem uścisku drugiej dłoni. Wygod­nie gadać, że Majchrzak świruje, bo chce być wyraźny. Ale kiedy zachęcam: stwórzmy razem jakąś formację, jakiś punkt odniesienia, nie widzę chętnych. Bo w tym czasie trzeba czekać na telefony od producentów, które mówią: Skurw się! Skurw się za grosze!

Może nie za grosze?

– Pomijając już fakt, że nie ma ta­kich pieniędzy, za które warto by wyrzec się siebie, to płacenie za to skurwienie jest zdecydo­wanie za marne. Jestem prosty chłopak – gardzę kurwami, zwłaszcza tanimi.

Ale zostaw­my już tych stroskanych o swo­ją karierę misiów. Prześledźmy inny, bardziej toksyczny me­chanizm: Zmacdonaldyzowane korporacje medialne, szukające histerycznie, desperacko i go­rączkowo zysku i poklasku, na­chalnie i po chamsku podlizu­jąc się klientowi – wytworzyły m.in. sztuczne zapotrzebowanie na tzw. 'bycie kimś". BYĆ KIMŚ – oto nowa religia! (Nikt oczywiście nie daje recepty na to, co robić potem, będąc już kimś. Zresztą nie o to chodzi, by robić cokolwiek. Wystarczy być!). Ta chora sytuacja wyge­nerowała karierki tak śmiesz­nych indywiduów, jak np.: pro­wadzący głupie programy, mo­dele i modelki, twórcy reklamy, pogodynki i pogodyni, gotujący filozofowie, reżyserzy sitco­mów, zawodowi wyśmiewacze i podsumowywacze, dziennika­rze po polonistyce piszący np. o jazzie itd., itp.

Cała ta społecz­ność cwaniaków i cwaniar, nie odpowiadając za nic, nie produ­kując na dobrą sprawę niczego poza namiętną chęcią autopro­mocji – żąda dla siebie wszystkiego: wysokich zarobków, sła­wy, popularności i społecznego szacunku.

Zresztą często gęsto ci ludzie wykorzystują swoją popularność zapowiadając w powiatowej Polsce, za ok. 4000 PLN od imprezy, występy in­nych kolegów szmirusów! I na zdrowie!

Ale to nie wszystko, koło absurdu toczy się dalej. Wystarczy w tenże podejrzany sposób zaistnieć jako 'ktoś' – a już porywa cię cały system idiotycznych Konkursów i Za­wodów dla Ktosiów: wędkar­ski, żeglarski, koński, tenisowy, taneczny, golfowy, inny. W końcu lądujesz na Festiwalu Gwiazd, na którym byle medial­ny chłystek, od tygodnia lanso­wany w telewizyjnych tygodnikach jako gwiazda, czy panna wysmarowana samoopalaczem mówi w tajemnicy do sobie po­dobnych indywiduów: 'Nie chciałam(łem) specjalnie tu przyjeżdżać, ale mnie w końcu zmusili. A tu taka ciężka praca! Wywiady, autografy. Mam tego dość! Chyba z moim nowym chłopakiem (dziewczyną) – stosowna kaszaniarsko-obciacho­wa sesja w 'Gali' – wybiorę się na odjazdowe wakacje do aśra­mu w Indiach albo do buddyj­skiej samotni w Tybecie'.

Chciałoby się krzyczeć: Ludzie! Nie dajcie się wyleszczyć! Sprawdzajcie papiery swoich idoli! To w większości po pro­stu żądne rozgłosu typki.

Ty się nigdy nie skurwiłeś?

– Byłem parę razy w malinach, sezon czy dwa po szkole. Nie wie­działem jeszcze wtedy, kto na rynku jest pan, a kto leszcz. Za­grałem m.in. epizod w 'Brune­cie wieczorową porą' pana Ba­rei, czyli faceta, którego uwa­żam za ojca zbadziewienia polskiego kina, jakiś epizod w 'Czterdziestolatku' u pana Gruzy, czy w kabarecie, w dobo­rowym towarzystwie szmiru­sów warszawskich. Jedyna rzecz z tego okresu, do której nie mam odruchu wymiotnego, to praca z kolegami z kabaretu 'Kur'.

Przed naszym spotkaniem obejrzałem jeden z Twoich pierwszych filmów – 'Wolne chwile' Andrzeja Barańskiego. Grasz tam impetycznego re­żysera teatralnego zarażają­cego charyzmą leniwych stu­dentów. Trochę grafomana... Nawet na pewno grafomana. – Ale i faceta silnego, odważne­go, impulsywnego. To zdu­miewające, że ciągle, po tylu latach, jesteś dokładnie taki sam, jak w tamtym filmie.

– Ja to ja. A film to film. Cieszę się, że ciepło wspominasz 'Wolne chwile'.

Zafascynował mnie Twój bo­hater. On naprawdę chciał walczyć o swoje.

– Nie tyle chciał walczyć o swoje, co o przestrzeń, w której mógł­by, z całym poczuciem godno­ści, honoru i człowieczej blisko­ści, spotykać się z kolegami artystami i z widzem.

Kogoś mi przypomina.

– Jeśli mnie, to bardzo się cieszę. Aktorzy coraz częściej boją się mówić o sztuce. Co to znaczy? – Nie wiem. Nie wszystko można zgonić na tzw. złe czasy. To ja­kaś atrofia idei czy co?

Ale na przykład diabli wiedzą, jaką drogą podąża młody Piotr Głowacki, który zachwycił mnie ro­lą w 'Odzie do radości'. On już w tej chwili, na samym począt­ku, jest aktorem porywającym i żarliwym. Zatem nie ma posu­chy, jeśli chodzi o talenty, jest za to potężna gromadka kolegów idiotów, którzy na pewno ni­gdy nie będą mówić o sztuce.

Znowu się narażasz, jakiś ak­tor czytający nasz wywiad pomyśli: 'Co ten Majchrzak wygaduje, żadnej dyploma­cji'.

– Mam syndrom 'DD'. Wiesz, co to znaczy?

No, powiedz.

– Dymać Dyplomację.

Aha.

– Tak, dymać dyplomację, bo to wszystko, kurwa, naprawdę wreszcie źle się skończy! Osta­tecznie jesteśmy ludźmi, którzy powinni mądrze i pięknie opo­wiadać o ludzkim losie – co czy­ni artysta. Albo opowiedzieć o ludzkiej duchowości – co czyni duchowny i wreszcie opo­wiedzieć o świecie w ogóle – co czyni nauczyciel. Wpuść teraz w te trzy zajęcia kroplę cyni­zmu, owej 'dyplomacji', a uzy­skasz piekło. Nie chcę żyć w piekle.

To piekło już jest.

– Nie. Zdarzają się jedynie głupi i cyniczni nauczyciele, duchow­ni i artyści. Czego by jednak nie powiedzieć, to – włączając w to może jeszcze profesję lekarza – są to po prostu zawody tzw. wyższej użyteczności publicz­nej, w każdym z nich chodzi o najwyższe wartości. Więc sto­sowanie dyplomacji tam, gdzie chodzi o życie lub śmierć, cho­robę lub zdrowie, mądrość lub głupotę, jest jakąś czczą zagryw­ką czy nawet odbiera prawo do uprawiania tego zawodu.

A dy­plomacja?! Nie wiem zresztą, czy to jest aż takie niedyploma­tyczne powiedzieć komuś 'ko­cham' albo 'nienawidzę'. Rzecz w tym, żeby uczciwie wy­znać, dlaczego kocham i dlaczego nienawidzę. Ale przecież doskonale wiesz, że w znacznej części środowi­ska aktorskiego wzbudzasz po prostu agresję. Ja bym tak nie chciał.

– Też bym tak nie chciał. Po co mi to? Ale co mi w końcu zostaje? Tylko możliwość opowiedze­nia się po którejś stronie. Próba sprostania herbertowskiemu: 'Bądź wierny/ Idź'. Tyle. Nie chcę zwady, ale jeżeli jakichś paru aktorskich durniów wejdzie mi w drogę, będzie niedo­brze.

Dostaną w mordę?

– Nie. Moje wyzwanie nie doty­czy bitki czy nawet agresji. Na­mawiam tylko: spotkajmy się na ekranie, frajerze. Tam pokaż, ja­kim jesteś rycerzem. Są koszty i bonusy takiej po­stawy.

Domyślam się, że nie masz zbyt wielu przyjaciół z tzw. branży, nie przesiadu­jesz po 'Spatifach'...

– Weź przestań, to jest chore. Czy naprawdę chodzi nam o artystów wśród przyjaciół? Łukasz, wystrzegaj się tego.

Staram się. Ja również niespe­cjalnie przyjaźnię się z dzien­nikarzami. Kiedyś ktoś starał się mnie zniszczyć, rozsyłając paszkwil na mój temat, nie domyślał się, że tym samym wyświadczył mi przysługę, je­stem teraz silniejszy.

– Widzisz?! Ktoś tak bardzo chciał cię wystraszyć, że wyzby­łeś się strachu na zawsze. Do­myślam się, że cena – twoja cena – była wysoka, ale, wierz mi, warto było ją zapłacić.

O co w końcu chodzi?! Wokół nas krą­żą chmary złośliwych, cynicznych, nieutalentowanych i niedowcipnych ludzi. Trzeba się ich wystrzegać. Za to tych, któ­rzy chcą dialogu – czule przy­garnąć. Tyle.

Tutaj, w małym miasteczku, w Łagowie, na Twój widok ludzie życzliwie się uśmiecha­li. Jesteś dla nich wiarygodny.

– Kiedy mówię o sobie, że jestem 'człowiekiem z ulicy', to nie oznacza przecież, że mam jakiś gang. Przeciwnie, jestem chyba dosyć wykształconym mężczy­zną, ale nie stronię od tzw. pro­stych ludzi. Nigdy nie stroni­łem. Lubię ich i cieszę się ich sympatią. Mówią, że dla nich 'nie jestem frajerem'. A prze­cież nie gram ról facetów, któ­rzy gonią ze spluwą i rozbijają banki, nie robię głupich kome­diowych wykrętasów. A jednak mnie akceptują. To radość i za­szczyt, że jestem dla nich wiary­godny. Ale już dla reżyserów raczej groźny.

Twoja filmografia, skądinąd imponująca, na pewno mogłaby być bogat­sza, ale podobno większość się Ciebie boi.

– Reżyserzy przeważnie są albo nieprzygotowani, albo niezdol­ni. Albo jedno i drugie. Już daw­no nie spotkałem reżysera, któ­rego zdolnościami byłbym zachwycony. Po Janku Kolskim jest jeszcze Bronka Nowicka, dziewczyna która dwa lata temu skończyła szkołę filmową w Łodzi. Imponuje mi talentem i nieprzepartą chęcią rozwoju. Jej wyobraźnia i biblioteka są prawdziwie imponujące.

A dlaczego inni nie chcą z To­bą pracować?

– Nie jest aż tak źle. Chcą. Ale rzadko mogę zaakceptować ich propozycje. A ci, co nie chcą, może boją się merytorycznych, pracowitych facetów, którzy przynoszą zbyt wiele własnego materiału do wspólnego mająt­ku? Materiału, który niestety trzeba ogarnąć i zarchiwizo­wać, bo rzuca inne, kuszące światło na całość filmu? Może są zbyt leniwi i za tchórzliwi na takie spotkanie? Może oczeku­ją służalczych postaw i misiów, którzy będą im tańczyć odgór­nie przyjęte założenia?

A gdybyś spotkał reżysera który zachwyciłby Cię osobowością, ale jego czytanie Two­jej roli byłoby krańcowo różne od Twojego, stać by Cię było na wycofanie, pełną pokorę?

– Na pokorę zawsze. Wycofanie nigdy. Zresztą nawet kiedy z Karolką Gruszką robiliśmy film Davida Lyncha, na każde pytanie z naszej strony David był w stanie precyzyjnie odpo­wiedzieć. A jeżeli w danej chwi­li nie potrafił, słuchał nas uważ­nie i wracał do tematu. Jakoś Lyncha było stać na pochylenie się nad kłopotami i uwagami aktorów.

Cenisz Lyncha?

– Trudno go nie cenić. Ilu, na do­brą sprawę, jest artystów filmo­wych w Ameryce? Lynch, Jar­musch, Scorsese... ...Altman, Allen. – Lubię też filmy Ferrary. 'Złego porucznika' oglądałem wiele razy. Nawiasem mówiąc, po la­tach sceny z Jezusem nie jadą. To jakaś skucha.

A jaki będzie 'Inland Empire' Lyncha?

– Nikt nie wie. Wszyscy aktorzy skrzętnie odmawiają wywia­dów, bo nie wiadomo, co z tych naszych działań znajdzie się w efekcie na ekranie. Dlatego są bardzo ostrożni w mówieniu o sobie. Ale – niezależnie od efektu – wspaniale było znaleźć się w Los Angeles i rozmawiać o kinie z człowiekiem stojącym, co tu ukrywać, w pewnej opo­zycji duchowej i mentalnej do swojego środowiska.

Na festiwalu w Łagowie za­atakowałeś ostro Przemka Wojcieszka po wygłoszonym przezeń referacie na forum dyskusyjnym. Nie wzruszyło Cię jego wyznanie miłości do 'Popiołu i diamentu' Wajdy?

– Nie chcę teraz mówić o 'Popiele i diamencie'. Na to trzeba sporej przestrzeni. A Wojcieszka nie lubię za jego cwaniactwo uprawiane w masce nonkonformisty. Za gene­rowanie takich bytów, które się aktualnie dobrze sprzedają. Jest zapotrzebowanie na kiboli – piszemy o tym sztuczkę! A dalej, co leci, jak na Stadionie Dziesię­ciolecia: dżinsy z Turcji, gry Nintendo, zaraz potem geje, mieszkańcy blokowisk, Radio Maryja. Nic, co modne, nie uj­dzie jego uwadze! Każdy może być oczywiście cwaniaczkiem, tylko błagam, niech ten średnio zdolny gość, piszący tautolo­giczne sztuki i scenariusze o wymowie typu: 'Tu zostanę, bo tu jest moja Ojczyzna', nie przybiera miny demiurga dekady. Zresztą niepokojąco często, z miną mędrca, wymawia z namaszczeniem: 'Moje pokolenie!'.

Wiem skądinąd, że kilka lat temu, tu w Łagowie, ostro stawiał sprawę twierdząc, że nie interesują go filmy o gejach. Po czym, kiedy okazało się, że to jednak chodliwy towar – napisał 'Cokolwiek się zdarzy, ko­cham cię' i 'Darkroom'. Nagle się tym zainteresował! No i dobrze. Szkoda tylko, że nie był to twórczy gest wynikający z cie­kawości i troski o bieg spraw i rzeczy, ale cwane działanie oportunisty i misia, który wie, gdzie konfitury stoją. Poza tym śmiertelnie zraniło mnie to, że kiedy żarliwie broniłem uczci­wości i szczerości w rozmowie z widzem, dostrzegłem z drugiej strony stołu prezydialnego cyniczne uśmieszki. Nie wyobrażasz sobie nawet, ile pracy włożyłem w to, żeby nie wci­snąć komuś takiego uśmieszku do gęby razem z zębami.

Lepiej tego nie rób. A właści­wie dlaczego rzuciłeś kiedyś szkołę muzyczna na rzecz aktorstwa?

– To zagadnienie fascynujące dla mnie samego. Nie mam pojęcia. Może dlatego, że wtedy w Akademii Muzycznej jakoś nic nie szło? Wiesz, miałem kiedyś taką etiudę w 'Kabarecie Starszych Panów'. Grałem gościa, który lubi bawić się sam. Nie lubi ba­wić się ze wszystkimi, woli sa­motnie. Ma mnóstwo zabawek: serpentyn, confetti, piszczałek. Wchodzi do mieszkania 'Star­szych Panów' i pyta: 'Przepraszam, czy mogę się tutaj zaba­wić? Pieniądze mam, humor mam, nie mam się tylko gdzie zabawić'. Po czym wchodzi po schodach i śpiewa: 'Na zabawach rożnych znam się, lecz najlepiej bawię sam się'. Kiedyś przed próbą usiadłem przy for­tepianie i zagrałem jakiś temat. Grałem dopóki wszyscy nie przyszli na próbę. 'Dlaczego pan został aktorem?' – zapytał mnie nagle Wasowski. Trochę się zmieszałem. Zacząłem się ją­kać, że zrobiłem już jakieś filmy, że uprawiam ten zawód z przy­jemnością, a nawet z miłością... Wasowski zamilkł, po czym od­powiedział: 'To było z Pana strony nieodpowiedzialne. Ab­solutnie nieodpowiedzialne'.

Nie zerwałeś z muzyką.

– Gram w zespole A-2. Frontma­nem zespołu jest saksofonista Janusz Brych, na perkusji gra Maciej Muraszko, Krzysztof Sa­mela na basie. Niestety, ostatnio nie koncertujemy, Krzysztof bardzo się pochorował. Wierzę, że szybko do nas wróci.

Poza tym cały czas szukam. Niedaw­no zaświtała mi myśl, że mógł­bym zostać psychoterapeutą. Myślę, że po zdobyciu licencji byłoby to zajęcie, które mógł­bym wykonywać z pasją i rado­ścią. Że mógłbym być przydatny.

'Na zabawach różnych znasz się / lecz najlepiej bawisz sam się'?

– Żebyś wiedział, że cały czas się bawię. Czekam aż pewnego dnia przyjdzie do mnie komisja, jak z Kafki, i powie mi: 'Pan całe ży­cie się tylko bawi, do więzienia!'. Do więzienia, a nie do kopalni, co by mnie nawet uradowało, bo lubię pracę fizyczną. Dlatego uważnie śledzę Dziennik Ustaw. Ale na razie nie ma takiego paragrafu, jeszcze moż­na się bawić. Korzystam z tego. Bawię się.

Twój syn, Maciek, bawi się podobnie: najpierw Akademia Muzyczna, pierwsze sukcesy, potem Szkoła Filmowa. Wi­działem jego studencki film 'Pętla', Potrafi mądrze opo­wiadać obrazem. Na starcie to bardzo dużo.

– Maciek w muzyce zabrnął dużo dalej. Występował w Sali Kame­ralnej Cornegie Hall, ma kilka liczących się nagród. W Szkole Filmowej też mu dobrze idzie. Zbiera kolejne nagrody, jest pra­cowity i bezkompromisowy. Je­stem z niego bardzo dumny.

Wracamy do punktu wyjścia. Uważasz, że bezkompromiso­wość jest cnotą? W tym kra­ju, w tych czasach?!

– Na bezkompromisowość nigdy nie było ani dobrej pogody, ani kraju, ani czasów. Nie ma zresz­tą powodu, żeby tak stawiać sprawę: albo bezkompromiso­wość albo służalczość wobec wszawej, cynicznej komercji! Zresztą generalnie nie widzimy nic poza skrajnościami: albo eu­roentuzjaści, albo Radio Mary­ja. Albo homo albo hetero. To bieda polskiej rozmowy, pol­skiego dialogu – polityków i in­telektualistów. Ta bieda polega także na tym, że wszyscy mówią jednocześnie i nikt nikogo nie słucha. Nie wiedzie się zatem polemiki zdolnej urodzić jakie­kolwiek rozwiązanie. Tylko ta­kie tam, pieprzenie o Szopenie.

Jestem przekonany, że nic się z tym już nie uda zrobić.

– Naprawdę tak sądzisz? Może jestem idealistą, ale marzy mi się skrzyknięcie formacji, którą nazwałbym, być może aroganc­ko: 'Formacją Ludzi Zdrowego Rozsądku' albo 'Towarzy­stwem Zabijaczy Kichy'. Dzia­łalibyśmy trochę na wzór 'Mło­dej Polski' albo grupy 'Die Brucke', albo 'Blaue Reiter'. Marzy mi się taka przestrzeń dla rzetelnych działań. To miej­sce trzeba sobie wywalczyć. Opowiedzieć się poprzez her­bertowskie: 'Niech nie opuszcza cię twoja siostra Pogarda dla szpiclów katów tchórzy'. Bez tego nie ma ani programu ani dzieła.

Krzysiek, a jak Ci się żyje?

– Świetnie.

Naprawdę jesteś szczęśli­wym człowiekiem?

– Wprawdzie mój świat wygląda inaczej niż trzy lata temu, kiedy odeszła moja mama. Ale na ciągle świeżym poczuciu bli­skości z nią na tamtym świecie, zbudowałem najpiękniejszą z rzeczy: udało mi się zatrzymać w sobie chłopca. I ten chłopiec we mnie się cieszy. Cieszy się z tego, co się dzieje i co będzie się działo. Nie zrobiłem się zgorzkniały, chociaż wszystko w tym kierunku zmierzało. Zbuntowałem się przeciw sytu­acji, w której człowiek tracą­cy kogoś bliskiego cierpi po­dwójnie: z powodu owej straty i z powodu poczucia gorszości wobec tych szczęśliwców, którzy takiej straty nie doznali. Pokochałem swój płacz za ma­mą i swoją do niej tęsknotę. I jestem z tego dumny. Dlatego jestem szczęśliwy.

__

Krzysztof Majchrzak - Outsider. Buntownik. Ryzykant. Trudny - mówiąc łagodnie. Dla niektórych jeden z najciekawszych aktorów polskiego kina. Na pewno jeden z największych jego krytyków. Mówi rzeczy, których wielu wolałoby nie usłyszeć. Nie z każdym chce pracować. I z nim nie każdy chce pracować. David Lynch chciał. Krzysztof Majchrzak zagrał w jego filmie 'Inland Empire', który miał swoją premierę na festiwalu w Wenecji. Charakterystyczny. Słynie z krwistych ról i krwistych wypowiedzi. Studiował wokalistykę, skończył aktorstwo. Gra w filmach, teatrze i w zespole jazzowym. Uważa, że przydatny byłby także jako psychoterapauta.

Łukasz Maciejewski
Machina 7/06
8 listopada 2006

Książka tygodnia

Pomarli
Wydawnictwo Czarne
Waldemar Bawołek

Trailer tygodnia

" frameborder="0" allowfullscreen>
20. Festiwal Teatru Po...
Ewa Wiśniewska
Spotkanie laureatów Wielkiej Nagrody ...