Słaby finał

"Cudowne morderczynie" - reż. Katarzyna Raduszyńska - Bałtycki Teatr Dramatyczny

Ostatnia premiera Bałtyckiego Teatru Dramatycznego nie była udanym deserem. To raczej budyń z grudkami po dobrej uczcie

Prawda jest taka, że teatromani zostali nieźle dopieszczeni intelektualnie, aktorsko i dramaturgicznie podczas II Koszalińskich Konfrontacji Młodych "m-Teatr". W pamięci mam wciąż mocne, drapiące pod czaszką spektakle śmietanki młodych polskich reżyserów. Poprzeczka dla Katarzyny Raduszyńskiej, która wyreżyserowała ostatnią w tym sezonie artystycznym premierę BTD, czyli "Cudowne morderczynie" była zawieszona wysoko. Do mistrzostwa Moniki Pyrek, która z lekkością skacze o tyczce, było tu bardzo daleko.

Zaczęło się jednak całkiem nieźle. Scenograf Paweł Walicki zaprosił nas do ciekawego pokoju z niby balkonowym tarasem. Ciepłe żółte światło, fotele żywcem wyjęte z muzeum PRL-u - podobało mi się tu. Mocnym uderzeniem był sam początek sztuki - pięć pań świętuje urodziny jednej z nich - Haliny. W pierwszej minucie dowiadujemy się, że obecna na imprezie jubilatka... nie żyje od pięciu lat. Pozostałe kobiety, by uczcić pamięć zamordowanej, same mordują i są z tego zadowolone. Energetyczny monolog Małgorzaty Wiercioch, która do rytmu wyznaczanego przez grzechotki opowiada o marzeniu znalezienia się na pierwszej stronie gazety, która donosiłaby o Jej Morderstwie, rozbudza mózgowe kubki smakowe widza. Potem jednak pozostaje on głodny.

Spektakl to pasmo dłużyzn (na przykład scena tańca), kiepskich historii z policyjnych raportów czy zwierzeń gości Ewy Drzyzgi. Okazuje się, że morderczynie wcale się nie mszczą, a popełniają zbrodnie każdą z innego powodu. Niekochane dziecko, niekochający mąż - to argument wystarczający. Na koniec autor tekstu, który chciał, żebyśmy polubili morderczynie, pokazał, że sam ich nie lubi. Słyszymy, że bohaterki tak naprawdę nie zabijają i zaserwowanych jest kilka faktów z życia aktorek, grających w spektaklu. Jakby to miało udowodnić fikcyjność historii. Moim zdaniem to brak odwagi. Twórcy serialu ,JJexter" przedstawili widzom seryjnego mordercę, którego można pokochać. Nie bali się oskarżeń o budzenie niezdrowej miłości. Twórcom sztuki tej odwagi zabrakło.

Szukając w całości głęboko ukrytego sensu zajrzałam do programu spektaklu, w którym jest tekst o nim. Cóż, jeśli do wyjaśnienia dzieła potrzebna jest broszura z pseudointelektualnym bełkotem (cytat: "męski fallocentryczny heteropatriarchat"), która tłumaczy, że spektakl pokazuje przestępczość kobiet, jako chęć bycia na równi z mężczyznami, to ja tego nie kupuję. Dlaczego? Otóż tego w teatrze niestety nie zobaczyłam. Choć chciałam. I nie przekona mnie tym razem, jak zawsze rewelacyjna Małgorzata Wiercioch, czy zdolna Beata Niedziela. Choć panie mają przeogromny talent i absolutnie uwielbiam je na scenie, to ich charyzma to za mało, by z niczego zrobić coś.

Joanna Krężelewska
Głos Koszaliński
22 czerwca 2011

Książka tygodnia

Tamara Łempicka. Sztuka i skandal
Wydawnictwo Marginesy
Laura Claridge

Trailer tygodnia

Artyści w spocie przec...
Andrzej Seweryn, Magdalena Boczarska,...