Ślady Grotowskiego i Szajny, słabszy Kantora

10. Festiwal Źródła Pamięci w Rzeszowie

W Teatrach Maska i Przedmieście w Rzeszowie zakończył się przegląd spektakli inspirowanych twórczością pochodzących z Rzeszowa Jerzego Grotowskiego i Józefa Szajny oraz Tadeusza Kantora, którego korzenie są w pobliskim Wielopolu Skrzyńskim.

Na 10. Festiwal Źródła Pamięci. Grotowski - Kantor - Szajna, którego edycje programuje i prowadzi jako dyrektor artystyczna Aneta Adamska - Szukała, dyrektor Teatru Przedmieście w Rzeszowie, wespół z Moniką Szelą, dyrektor Teatru Maska, ponownie zaproszono artystów, których twórczość oscyluje wokół Grotowskiego, Kantora i Szajny.

W tym roku mocno zaznaczyły się teatr i metoda Grotowskiego. Szczególnie w spektaklu „Camille", aktorki, scenarzystki i reżyserki Kamili Klamut, granym na co dzień w przestrzeni dawnego Teatru Laboratorium w Instytucie Jerzego Grotowskiego we Wrocławiu. Dobitnie też w performance poetyckim „Chcę wypowiedzieć wszystko", aktorki i pedagog Joanny Pawelczyk, działającej w Paryżu.

Szajna był w plastyce (poprzez lalki, nawiązujące do słynnych kukieł, kreatywnie animowane przez Ewę Mrówczyńską, Natalię Zduń i Maćka Owczarka) sztuki „Arszenik", z Teatru Maska, którą z talentem odświeżyli scenarzysta Marcin Bartnikowski i reżyser i scenograf Marcin Bikowski. Był także, już w samej intencji realizacji „Śmierci na gruszy" Wandurskiego, sztuce kilkakrotnie przez Szajnę branej na warsztat, teraz w Teatrze Przedmieście pokazanej w plenerowej inscenizacji Anety Adamskiej - Szukały. Był też pośrednio w oryginalnie uwspółcześnionej wersji w spektaklu „Don Kichot" Studia Teatralnego Koło z Warszawy (poprzez sam motyw, ulubiony Szajny, mitu błędnego rycerza z La Manchy).

Kantora było widać w "Śmierci na gruszy", w ludycznym, "chocholim" tańcu, którym Adamska - Szukała wysmakowanie obdarzała swą inscenizację w formie leitmotivu.

Rzeźbiarka Camille Claudel, którą Kamila Klamut ucieleśnia w „Camille", była jedną z tych utalentowanych postaci, których format społeczeństwo dostrzega, ale mimo to im nie sprzyja. Wtrącona do zakładu dla obłąkanych, spędziła tam pół życia. Cierpiała i wspominała miłość, przeżytą z Augustem Rodinem. Lata wyznaczone ciążą, poronieniem, depresją, porzuceniem i rozpaczą.

Klamut rozpoczyna swą grę od oszczędnych środków, prawie bezruchu. By sięgać po coraz większą ekspresję. Tracimy wiarę, gdzie kończy się jej aktorstwo, a zaczyna coś, nad czym może stracić kontrolę. Przejmująco, nie wprost, w sumie jednak oskarżą nas o to, że za sprawą fałszywej moralności skazujemy jednych z nas na taki los, jakim był los Camille. Rezygnacja z chronologii zdarzeń, nawet emocjonalnego porządku, daje tu piorunujący efekt. Jesteśmy na niespełna godzinę wrzuceni w świat tak intensywnych przeżyć, że trudno potem ochłonąć. Półmrok i światło rzucane punktowo, często z góry, wyostrza rosnące napięcie.

Klamut całą sobą oddaje plejadę kontrastujących z sobą uczuć. Od zachwytu, po żal, od rozczulenia, po złość. Pokazuje kobietę skrzywdzoną, cierpiącą, rozgoryczoną, ale świadomą swej wartości i domagającą się swoich praw. Mistrzowsko oscyluje pomiędzy bezruchem i milczeniem, typowymi dla depresji, a atakami furii. W technice gry, ekstremalnym wykorzystaniu ciała, twarzy, dozowaniu emocji, „nie przegadywaniu" tekstem, dostrzegamy metodę Grotowskiego. W jakimiś sensie jego duch unosi się w powietrzu.

Ważnego wsparcia udziela tu Ewa Pasikowska, która gra na pianinie, skrzypcach, kieliszku wina, używa swego głosu do śpiewu, melorecytacji i wokalizacji.

Adamska - Szukała, w Teatrze Przedmieście, w plenerze, w widowisku „Śmierć na gruszy", po części przywołuje „ducha Szajny", który kilkakrotnie „odkurzał" zapoznany utwór Wandurskiego, na kilku scenach. Ale kto wie, czy nie bezpośrednim powodem inscenizacji Adamskiej - Szukały było od dłuższego czasu zauważalne jej sceniczne urzeczenie prostotą ludowej opowieści, takiej między przaśnością zabawy wiejskiej i misterium. Taka też jest jej „Śmierć na gruszy", osadzona właśnie w takiej przestrzeni, nieco liryczna, trochę groteskowa, z której chwilami wieje grozą, bo cała rzecz dotyczy życia, jego istoty i treści, w wymiarze ponadczasowym, w którym śmierć niszczy, ale też wybawia od udręczenia.

Adamska - Szukała nie nawiązuje tu do poszukiwań Szajny, idzie własną drogą. Dla niej śmierć, która ma różne oblicza, jest w sumie łagodna i nawet trochę przyjazna, chociaż władcza (Adamska - Szukała gra w swoim przedstawieniu tę postać właśnie tak). Towarzysząc nam od początku życia, po jego kres. Adamska - Szukała stawia nam tu pytanie: czy ingerując w „porządek rzeczy", „oszukując" i oddalając śmierć, będziemy szczęśliwsi?

Iwona Błądzińska, Paulina Grys, Kinga Szuberla, Kinga Waleń, Natalia Zachwieja, Jakub Adamski, Krzysztof Adamski, Paweł Sroka, Maciej Szukała i Maksymilian Waleń grają ludzi wiejskich, zewnętrznie z przeszłości, charakterologicznie ponadczasowych. Na scenie tętni życie emocjami zwyczajnych spraw, ciężką pracą, która przygniata do ziemi, co widać wprost w kantorowskim, „chocholim" korowodzie - ale nie daje za wiele chleba. Jest dramatem i jest radością. Częścią prawdy o każdej egzystencji, w której „oszukujemy" śmierć, przedłużając życie na różne sposoby, ale też podobno jest taki moment, że jej pragniemy.

Ciężko zrozumieć śmierć. Skoro tak łatwo, za łatwo, zabiera starych, młodych i dzieci. Być może to zrozumiemy w chwili przechodzenia do innego świata? A może nigdy. Może dlatego Szajna tak konsekwentnie i aż pięciokrotnie sięgał po „Śmierć na gruszy". Gdyż nie znajdował na to pytanie odpowiedzi. Nie znalazł, i po raz szósty, już nie sięgnął.

Adamska – Szukała mówi o tym prosto i czytelnie. Oszczędna scenografia jest tu dobrym tłem. Muzyka klimatycznym dopełnieniem.

- Człowiek sam siebie zaniedbuje, dlatego okrucieństwo i głupota rządzą światem - twierdził Szajna. - W Meksyku, w mieście Guanajuato, gdzie stoi pomnik Don Kichota i Sancho Pansy, trzeba koniecznie pogłaskać brzuszek Sancho, bo to przynosi szczęście. Sancho stoi niżej, łatwiej go sięgnąć. To Sancho, zapobiegliwy i pragmatyczny, znacznie bardziej od Don Kichota, zapatrzonego w gwiazdy, jest bliższy nam, niewolonym przez samych siebie życiem konsumpcyjnym - Szajna chętnie przytaczał tę opowieść.

Uniwersalizm mitu błędnego rycerza z La Manchy, dzisiaj pozwala na szerszy kontekst tej opowieści. W spektaklu „Don Kichot" Igora Gorzkowskiego, w kreacjach Aleksandry Batko, Macieja Cymorka, Igora Kowalunasa, Wiktora Korzeniewskiego i Bartosza Mazura, z Studia Teatralnego Koło w Warszawie, jest mowa o marzeniach, ale także okolicznościach, w jakich ludzie się rodzą i umierają, uporze w dążeniu do celu, rozpaczy, kiedy życie rozwiewa przyziemna codzienność. Jest także o aktorze, który wciela się w postać i gra nie swoje życie, korzystając z wielkiej szansy możliwości odbycia marzycielskiej podróży także w głąb siebie. Z pytaniem zasadniczym: czy współczesny marzyciel, to ciągle niepoprawny romantyk?

Tę opowieść Gorzkowski snuje z wdziękiem i bezpretensjonalnie. O lepszym świecie, w który wierzy romantycznie natchniony Don Kichot - Bartosz Mazur bardzo wysmakowanie osadza te cechy w skorupie pozornej „kanciastości" współczesnego, młodego człowieka. Realizacyjnie Gorzkowski z wyczuciem miesza komedię dell'arte ze stylizacją flamenco i kunsztownie bawi się nimi, przez co spektakl zyskuje poetycki wymiar.

Tak powstaje urocze przedstawienie, w duchu absolutnie współczesnym, z którego Cervantes, jeśli gdzieś patrzy na nie z oddalenia, z pewnością jest szczęśliwy.

Andrzej Piątek
Dziennik Teatralny Rzeszów
16 sierpnia 2022

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia

Faust
Tobias Kratzer
Nowy "Faust" z Opery Paryskiej 29 lis...