Śląski Sergio Leone

"Western" - reż. Robert Talarczyk - Teatr Śląski w Katowicach

Trudnego zadania przeniesienia iście filmowej konwencji na deski teatru podjęli się twórcy śląskiego „Westernu". Nie było pościgów konnych, wirtuozerskiego spędzania bydła, ujeżdżania dzikich mustangów, rozległych pejzaży prerii, ani spektakularnych walk białych kolonizatorów z Indianami. Była za to szukająca zemsty czarnoskóra kobieta-rewolwerowiec i Ślązacy walczący między sobą – bohaterowie westernu jakich nie spotka się nigdzie indziej – jedynie w wyobraźni autora sztuki, Artura Pałygi, który obraca w dłoniach konwencją niemalże jak Sergio Leone czy Quentin Tarantino.

Ocierający się niemal o absurd scenariusz napisało jednak samo życie – prawdziwa historia exodusu XIX-wiecznych Ślązaków-emigrantów do lepszego świata, do ziemi obiecanej za oceanem. Historia, którą dramaturg postanowił wysłuchać z ust potomków osadników podczas reporterskiej podróży do Teksasu, odwiedzając założoną przez nich osadę Pannę Marię, by następnie opowiedzieć – po raz pierwszy na deskach Teatru. Na ile udana więc była próba adaptacji gatunku, któremu sceniczne możliwości nie są w stanie podołać i który najlepiej sprawdza się na wielkim ekranie?

Autorska sztuka Pałygi ma w sobie coś z filmowego mistycyzmu Sergio Leone: ten sam gest łamania konwencji bliski postmodernistycznym grom, momentami tak mocno nasączony surrealizmem, że odkrywający zarazem głębię tragizmu absurdu ludzkiego losu, jego głębokiej metafizyki. Uczynił bowiem Pałyga rewolwerowcem – o ironio – kobietę – w dodatku – czarnoskórą o imieniu niewolnym od Szekspirowskich konotacji. Szok i skandal obyczajowy, jaki w owym czasie na patriarchalnym, niewolniczym południu Stanów Zjednoczonych wywołałaby taka postać może się równać jedynie z wizją „czarnego cowboya" Quentina Tarantino. Co więcej, w owej mieszance etnicznej teksaskiego tygla obok Meksykanów, Indian i czarnoskórych niewolników dramaturg wydobył mało znaną obecność Ślązaków na tych ziemiach. W sztuce roi się od dyskretnych analogii sytuacji naszych pobratymców za Oceanem i czarnoskórych. Publicystyczny dyskurs na temat dyskryminacji przechodzi jednak bocznym torem. W oczy –niespodziewanie za sprawą ostatnich wydarzeń – rzuca się natomiast zupełnie inna kwestia. Spektakl „Western" to zabrany mimochodem głos w – jakże aktualnej – kwestii migracji ludności. Z reporterskim zacięciem przedstawiono problem wielopłaszczyznowo. To z jednej strony perspektywa emigranta, który przeżywa rozczarowanie na swojej Ziemi Obiecanej, nie tego przecież oczekiwał. I tu stajemy po stronie oporu wobec asymilacji – łatwego dzięki odludziu, jakie wybrali na osiedlenie się amerykańscy Ślązacy – co pozwala na zachowanie wartości tradycyjnych, języka, pamięci. Z drugiej to również spojrzenie Ślązaków na swoich braci-emigrantów – spektakl wzbogacono bowiem o spojrzenie na Dziki Zachód z perspektywy Józefa Kłyka, śląskiego Don Kichota marzącego o bojszowickiej fabryce westernów.

Reportażowy charakter nadaje spektaklowi przede wszystkim wierna próba odwzorowania śląskiego dialektu w tzw. gwarze teksańskiej – bliskiej staropolszczyźnie, pełnej archaizmów, pozbawionej tak silnego jak na Śląsku wpływu germańskiego, natomiast silnie zapożyczonej z angielskiego. To właśnie język – dla którego granic nie ma – przewieziony przez Ocean i zachowany wśród dzisiejszych potomków osadników wydaje się być ekwiwalentem rzeczonej „tożsamości", wokół której toczy się opowieść. W dwóch światach, w których wszystko już niemal jest zupełnie inne – zdaje się, że tylko on pozostał jedynym bodaj łącznikiem między Nami tu, a Nimi tam.

Śląski „Western" udowadnia, że konwencja opowieści z Dzikiego Zachodu nie jest tak elastyczna jak by się marzyło autorowi. O wiele trudniej uwolnić ją od balastu nostalgii. Widać wyraźnie, że Artur Pałyga nie chciał się od tego odżegnywać i próbował potraktować rzecz poważnie. Do rozważań nad tożsamością, dyskryminacją dorzuca wątki elegijnej opowieści o schyłku Dzikiego Zachodu ujarzmionego przez zapoczątkowane stopniowo rządy kapitału symbolizowane przez żelazną kolej. Całość okraszona zostaje mądrością dość zużytych już maksym wyświetlanych nad głowami bohaterów, w których niestety nawet cytowany Wittgenstein zdaje się być zbanalizowany, brzmiąc raczej jak Paulo Coelho. Również poszukiwanie mistyki w wątkach tajemniczych szamanów tchnie zużytym już nieco tworzywem. A co jeśli klucz interpretacyjny tej historii narzuciło samo życie – klucz, jakim zdaje mi się być iście Hrabalowskie spojrzenie na los śląskich osadników, którzy znaleźli się w odbiegającej od wszelkich wyobrażeń i stereotypów o naszych braciach sytuacji – któż by bowiem przypuszczał, że to oni założyli w Nowym Świecie pierwszą polską osadę. Bliższe mi estetycznie byłoby zatem spojrzenie na ich los przez pryzmat groteski, absurdu, który wywołuje gorzki śmiech ujawniający tragizm. Widzę krok w tym kierunku w koncepcie niezwykłej postaci, jaką jest Ofelia – żałuję, że twórcy nie podążyli w ślad za nim. Na szczęście na scenie nie zabrakło pierwszorzędnych kreacji pozostałych ról.

Zdaje się, że reżyser, dyrektor Teatru Śląskiego Robert Talarczyk, podarował swoim aktorom piękny prezent, gest wdzięczności – uroczystą fetę na zakończenie cyklu „Śląsk święty/Śląsk przeklęty", podczas której mogli wydać łabędzi śpiew, rozkwitnąć, dając popis swoim najlepszym możliwościom na pożegnanie opowieści o Śląsku. W tym niełatwym zadaniu kierowania tak liczną obsadą spektaklu wybitne kreacje, jakie pomógł stworzyć, błyszczą światłem najlepszych holywoodzkich gwiazd kina westernowego (prym wiodła zwłaszcza Anna Kadulska). Popisowe aktorstwo czyni bowiem ową pompatyczną śląską fetę okraszoną wzniosłością muzyki, prawdziwą ucztą dla oka i ucha widza, a także świetną zabawą. Zachwycają wysmakowane, pozbawione seksistowskiego holywoodzkiego spojrzenia na ciało i strój kobiety, uszyte z maestrią detalu kostiumy pomysłu Adrianny Gołębiewskiej oraz majestatyczna i ładnie skomponowana, właściwa do poszczególnych scen muzyka Przemysława Sokoła. Widać również wyraźnie ślad pozostawiony przez współreżysera Rafała Urbackiego, choreografa i performera. Spektakl odznacza się przywiązaniem do precyzji ruchu scenicznego aktorów, co nadaje plastyczności i malarskości oglądanym scenom.

Być może klamra wieńcząca spektakl zapowiada nowy cykl teatralnych opowieści o Śląsku. Osiedleni w Gliwicach Kresowiacy, mieszkańcy Zagłębia pracujący i żyjący za Brynicą i wszyscy pozostali imigranci wewnętrzni – ich historie także zasługują na wysłuchanie. Śląsk to nie jedna, a wiele tożsamości i dlatego czeka nas zapewne jeszcze kilka cykli i kilka - jak "Westerm" - interesujących spektakli.

Paulina Tomaszewska
Dziennik Teatralny Katowice
23 września 2015

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia