Śląsko-londyńska Eliza Doolittle

"My Fair Lady" - reż. Robert Talarczyk - Opera Śląska w Bytomiu

Jest w bytomskiej "My Fair Lady" kilka zachwycających scen - chociażby ta rozgrywająca się na wyścigach konnych w Ascot czy bal w ambasadzie. Czym urzekają? Przede wszystkim niebywałymi pomysłami choreograficznymi Jakuba Lewandowskiego i wyszukanymi kostiumami autorstwa Ilony Binarsch. Kiedy bomba idzie w górę ruszają w szalonym pędzie ogniste rumaki z pięknymi dżokejkami na ramionach, spowalniają, unoszą się i uskrzydlają. Są nieco perwersyjne, ale piękne, muskularne, wywołujące dreszcz emocji. A bal - kiedy pojawia się królowa Transylwanii - smukła, koścista władczyni ze złotym szkieletorem na ramieniu, lub kiedy każda z postaci - uczestników balu- przyodziana jest w cudownie zaprojektowane kostiumy, a potem kiedy taniec przemienia się w bal manekinów, wszystko wiruje nie tak, nieprawdziwie, ułudnie. Magia widowiska trwa...

A jak w tym entourage'u odnajduje się Eliza Doolittle? Prosta dziewczyna przemieniona - jak się okazuje - na chwilę w bóstwo? Czy to w ogóle możliwe czy tylko ułuda tych, którzy chcą ją taką widzieć. Anna Noworzyn kreująca postać Elizy miała przed sobą nie lada trudne zadanie. Artystka operowa ma w tym przedstawieniu stać się znakomitą aktorką, potrafiącą swobodnie wyśpiewywać tak znane i popularne, wykonywane przez największe światowe gwiazdy melodie. Czy da się pogodzić w sferze wokalnej i aktorskiej te z gruntu odmienne gatunki - operę i musical? Jakby tego było mało, na odtwórczynię głównej roli spada ciężar posługiwania się gwarą śląską. Bardzo trudne to zadanie. Jak Anna Noworzyn uporała się z tą wielką odpowiedzialnością? Czy spełniła oczekiwania publiczności? Zapewne i tak, i nie. Oczywiste jest, że trudność leży przede wszystkim w przestawieniu się ze śpiewu operowego na musicalowy, w dodatku z zaczepionym mikroportem, który nie zawsze działał jak powinien.

Jaka jest Eliza Doolittle Anny Noworzyn i reżysera spektaklu Roberta Talarczyka? Prostą londyńską dziewczyną, kwiaciarką, wychowaną w skromnych warunkach, przez żadnego pieniędzy ojca, przepuszczającego każdy grosz przy barze z kompanami, który uśmiech losu widzi w "karierze" córki. W tej roli bardzo dobrze odnalazł się Tomasz Lorek - rubaszny, zadziorny, nieobliczalny mieszkaniec londyńskich, przemysłowych slumsów. Eliza ze swoją gwarą, nieobyciem towarzyskim, zachowaniami "prosto z mostu" wzbudza fascynację naukową u profesora Henry'ego Higginsa - specjalizującego się w dziedzinie fonetyki i dialektologii. To on postanawia, za sprawą swoich metod naukowych, perswazji a często prawdziwych tortur dokonać prawdziwego cudu: przeobrazić Elizę w prawdziwą księżniczkę, bywalczynię salonów, posługującą się nienaganną angielszczyzną i posiadającą nienaganne maniery. Chce przy pomocy naukowych sztuczek zmienić nie tylko powierzchowność Elizy ale i jej duszę. A to, doprawdy, sztuka raczej niemożliwa. Ale poszło przecież o zakład profesora Higginsa z jego przyjacielem, znawcą narzeczy indyjskich - pułkownikiem Pickeringiem. Toż to chodząca wytwomość. Dżentelmen w każdym calu. Ten duet w bytomskiej premierze stworzyli Artus Święs - śpiewający aktor i Feliks Widera - śpiewak operowy, którego właściwością jest wrodzona vis comica, która dała o sobie znać w niejednym już spektaklu operowym. Znakomicie się uzupełniali: w partiach mówionych zdecydowanie górą był Święs, chociaż Pinckerton - Widera posiadł wysoki kunszt aktorski, zaś w partiach śpiewanych to głos Feliksa Widery - choć zaprawiony w dziełach operowych, był tą lepszą stroną tego duetu.

Z pewnością uwagę publiczności przyciągnęła swoją ekscentryczną osobowością, temperamentna pani Higgins czyli Joanna Kściuczyk-Jędrusik.

W tym obcym dla swej w gruncie rzeczy prostej, lecz nie pozbawionej wrażliwości natury, środowisku, Eliza Doolittle przeżywa prawdziwy dramat. Zachwiany zostaje jej świat wartości, a język, którym posługuje się na co dzień staje się źródłem upokorzeń. Tak więc gładka powierzchowność i giętki język są-jak się okazuje - miarą atrakcyjności i przynależności do społecznej elity.

Profesor Higgins próbując uformować Elizę na własną modłę wprawdzie osiąga chwilowy sukces, ale koszt tego sukcesu jest z pewnością zbyt wielki. Robert Talarczyk - autor przedstawienia tworzy własną wizję "My Fair Lady" - owianego niejedną legendą musicalu napisanego przez Fredericka Loewe w oparciu o "Pigmaliona" Bernarda Show. Tworzy własny mit postaci - Elizy - dziewczyny ze Śląska, która w londyńskiej rzeczywistości stara się nie tylko przetrwać, ale także realizować własne ambicje. Stąd pewnie gwara, którą każe posługiwać się odtwórczyni głównej roli. Gwara na salonach nie uchodzi, nie tylko w Londynie. Jest powodem do kpin i drwin. Eliza Doolitle - ma być pewnie potomkinią jakiejś emigracyjnej rodziny, żyjącej w swej dawnej, śląskiej - polskiej enklawie.

W propozycji reżyserskiej Roberta Talarczyka nie ma konkretnego czasu, wszystko staje się umowne, a zakręcony świat nie wie dokąd zmierza. Pozbywając się własnej osobowości pozbywamy się siebie, stajemy się manekinami, przeinaczonymi w obce nam postaci. Tę bezczasowość podkreśla też scenografia autorstwa Marcela Sławińskiego i Katarzyny Sobańskiej - dwójki wysokiej klasy artystów, odczytujących wizje reżysera także po swojemu, interpretując i nad-dając muzycznemu widowisku dodatkowych znaczeń. Pracownia profesora Higginsa to istne cybernetyczne laboratorium, a pokój - salon, w którym jakże często spędza wiele godzin na dysputach z Pickeringiem to taki Londyn a rebours. Do tego projekcje multimedialne, obrazy tworzące trzeci wymiar spektaklu, z filmowym "The end" zaczerpniętym z archiwalnej produkcji wkłada przedstawienie w cudzysłów. Umowny świat, trochę prawdziwy, trochę wirtualny, trochę wymyślony, celuloidowy, ale sięgający najdrażliwszych pokładów ludzkiej wrażliwości. Dziś, wczoraj, jutro, może nigdy - nasze marzenia się nie zmieniają, zawsze chcemy być inni, lepsi, chcemy podążać za nieuchwytnym. Ot, natura człowiecza. Kopciuszek od wieków marzy o złotym pantofelku i księciu z bajki.

Chociaż nie zawsze w spektaklu czytelne są zamierzenia reżysera, nie zawsze też nowy przekład libretta dokonany przez Tomasza Domagałę może przypaść do gustu wielbicielom tradycyjnej "My Fair Lady", to premierę w Operze Śląskiej należy zaliczyć do udanych, dobrze wróżących popularności tej cieszącej się od dziesiątków lat popularnością opowieścią o Pigmalionie.

Wiesława Konopelska
Śląsk
27 czerwca 2013

Książka tygodnia

Gilliamesque
Wydawnictwo Planeta
Terry Gilliam

Trailer tygodnia