Słońce rosyjskiej dramaturgii

"Maskarada" - reż. Nikołaj Kolada - Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

To była długa droga. Długa i trudna. Zaczęła się na końcu świata, w kazachskiej wiosce Priesnogorkowka, zagubionej gdzieś w bezkresnym Związku Radzieckim.

Tam, na początku grudnia 1957 roku, urodził się Nikołaj Kolada ("kolada" znaczy "kolęda"). Oboje rodzice pracowali w tamtejszym sowchozie czyli Pegieerze i oboje byli kierowcami. Ojciec, Władymir, dowoził do pracy kobiety, które doiły krowy. Matka, Zoja, była traktorzystką. Orała i obsiewała pola, a mały Kola jeździł razem z nią. Była jeszcze czwórka rodzeństwa, dwie siostry i dwóch braci: Nadia (umarła w wieku 7 lat na zapalenie opon mózgowych) i Wiera oraz Andriej i Wołodia. W domu było wesoło.

Rodzina żyła skromnie, więc dorastający Kolada marzył o tym, żeby być bogatym, bardzo bogatym. I sławnym. W czarno-białym telewizorze - jedynym we wsi - oglądał z podziwem i zazdrością wielkich aktorów. Też chciał tak żyć.

Kiedy skończył 15 lat znalazł najbliższą szkołę teatralną, która mieściła się w Swierdłowsku, stolicy Uralu, "zaledwie" 500 kilometrów od Priesnogorkowki. Miasto od czasu swojego założenia nosiło nazwę Jekaterynburg, na cześć carycy Jekatieriny czyli Katarzyny, ale w latach 20. ubiegłego wieku podzieliło los innych radzieckich metropolii i dostało nową nazwę. Jekatierinę zastąpił Jakow Swierdłow, bolszewik odpowiedzialny za zorganizowanie morderstwa ostatniego cara Rosji Mikołaja II i jego całej rodziny. Pomnik Swierdłowa stoi do dzisiaj przy jednej z głównych ulic miasta - Prospekcie (nomen omen) Lenina.

Po szkole aktorskiej Kolada dostał od razu pracę w Swierdłowskim Akademickim Teatrze Dramatycznym, w którym spędził (z dwuletnią przerwą na służbę wojskową) niemal dekadę. Grał w sztukach Bułhakowa, Gogola, Tołstoja. I grałby może do dzisiaj, ale z miłością do teatru wygrała miłość do wódki. Wyrzucono go za pijaństwo. Jest rok 1983, rok osobistej katastrofy.

Kiedy był już - jak sam mówi - na dnie, dostał list. Napisali do niego z prestiżowego Instytutu Literackiego im. Maksyma Gorkiego w Moskwie, że jest przyjęty, że zapraszają, że niech przyjeżdża. Kolada zupełnie zapomniał o wysłanych do Moskwy kilka miesięcy wcześniej opowiadaniach. Pisał od kilku lat i nawet publikował. Jego twórczość drukowały od czasu do czas "Wieczernij Swierdłowsk" i "Uralskij Raboczij". W magazynie "Ural" go nie chcieli. Po latach zostanie jego redaktorem naczelnym.

Strzał z procy

Wyjechał do Moskwy. Studiował wieczorami, a w dzień pracował w kombinacie budowlanym. - Byłem wtedy tak biedny, że nawet nie zamykałem drzwi do domu, bo nie było co z niego ukraść - wspomina dzisiaj.

Pisze, coraz więcej pisze. Ale spokoju nie daje mu teatr. Próbuje więc sił jako dramatopisarz. Pierwszą sztukę, "Igrajem w fanty" ("Grę w fanty"), opublikował w 1986 roku. Wystawiają ją teatry w Moskwie i Leningradzie (dziś Sankt Petersburg). To brutalna historia o Rosji, o której nikt nie chce głośno mówić: wulgarnej, zapijaczonej, szemranej. Za sztukę dostał 2 tysiące rubli i wydawało mu się, że został milionerem. Kupił sobie pierwsze dżinsy, od razu kilka par.

Ale światowy rozgłos przyniosła mu napisana trzy lata później "Rogatka" ("Proca") - pierwsza w Rosji sztuka o homoseksualizmie, opowiadająca historię starszego mężczyzny na wózku inwalidzkim, który zakochuje się w młodym chłopcu. To historia, jak często u Kolady, bez happy endu. Mężczyzna popełnia samobójstwo.

Sztuka swoją światową prapremierę miała w San Diego, a wystawił ją jeden z najsłynniejszych rosyjskich reżyserów Roman Wiktiuk. Potem trafiła na deski rosyjskich teatrów. - Gromy sypały na mnie w Rosji ze wszystkich storn - mówi Kolada. - Ludzie buczeli, wychodzili z teatru, mówili, że to rynsztok i gówno, a nie teatr. Krytycy pisali, że jak się to ogląda, to chce się rzygać. Miałem się smażyć w ogniach piekielnych.

Oberwał bardzo, nawet za bardzo, ale marzenie małego Koli siedzącego przed telewizorem w Priesnogorkowce, marzącego o sławie i pieniądzach zaczęło się spełniać. Był tuż po trzydziestce.

Pełne ręce roboty

Kolada nie spoczywa na laurach, zaczyna jeszcze więcej pracować. Nadal gra, ale przede wszystkim pisze kolejne sztuki, 5-6 rocznie, jak fabryka. - Potrzebowałem pieniędzy, więc pisałem jak oszalały. Jedną sztukę odrzucano, inną grano. A jak grano, to były diengi, znaczy się pieniądze.

To wtedy powstają jego największe dzieła, grane do dzisiaj w dziesiątkach teatrów na całym świecie: "Skazka o miortwoj cariewnie" ("Martwa królewna"), "Baba Chanel" czy "Merlin Murło" ("Merlin Mongoł"), którą moskiewski Teatr Sowriemiennik gra nieprzerwanie od 22 lat! Oczywiście przy pełnej widowni.

Dramatopisarz zaczyna dostawać coraz więcej zaproszeń za granicę. Zostaje stypendystą Akademie Schloss Solitude w Stuttgarcie, występuje na deskach Deutsches Schauspielhaus w Hamburgu, reżyseruje w całych Niemczech. Ale bardzo tęskni za rodzinnym krajem. Do Rosji dzwoni niemal codziennie, zostało mu to do dzisiaj. Ciągle go gdzieś jednak chcą. Na Uniwersytecie w Oxfordzie prowadzi zajęcia z uralskiej literatury.

Jednak w końcu wraca do domu i w 1994 roku zaczyna prowadzić seminarium dramaturgiczne w Państwowym Instytucie Teatralnym w Jekaterynburgu. Uwielbia pracować z młodymi, co nie zmieni się przez całe jego życie. Zakłada przy Teatrze Akademickim Centrum Dramaturgii Współczesnej, do którego nieustannie przychodzą pocztą sztuki początkujących dramatopisarzy z całej Rosji. Organizuje niezliczone czytania, warsztaty, wykłady. W czasie wolnym (- Kiedyś pojechałem na wakacje do Turcji i na plaży wytrzymałem dwa dni.) kieruje wspomnianym już czasopismem "Ural", które promuje młodych-zdolnych, prowadzi program w telewizji i żeby tego było mało, wymyśla i finansuje z prywatnych pieniędzy konkurs dramaturgiczny Eurazja, dzisiaj największy w kraju. Co roku młodzi twórcy wysyłają mu na Eurazję 600 sztuk. Czyta wszystkie.

Tymczasem spływają na niego kolejne nagrody i wyróżnienia, w tym niezwykle prestiżowa Międzynarodowa Nagroda im. Konstantego Stanisławskiego. Jest rok 1999.

Wierzcie, wierzcie, wierzcie w teatr!

Ale spełnienie największego marzenia jest jeszcze przed nim. W końcu się udaje i za zaoszczędzone z tantiem pieniądze otwiera w Jekaterynburgu, na początku lat dwutysięcznych, swoją własną scenę - Teatr Kolady. Wynajmuje pomieszczenie w samym centrum miasta, przy Prospekcie Lenina, tym z pomnikiem Swierdłowa.

Kompletuje zespół aktorski złożony oczywiście z własnych uczniów i zaczyna grać. - Było nam naprawdę ciężko. Płaciłem aktorom po 500 rubli (50 zł) za spektakl i cały czas powtarzałem: wierzcie, wierzcie, wierzcie w teatr! Wtedy nam się uda! I uwierzyli.

Niestety siedzibę Teatru Kolady upatrzyła sobie na swoją knajpę lokalna mafia, która za wszelką cenę chciała się pozbyć artystów. Ci bronili sceny jak mogli. W proteście leżeli nawet trzy dni na chodniku przed budynkiem. Nic to jednak nie dało. Którejś nocy smutni panowie włamali się do teatru i zniszczyli wszystko co w nim było. Scenografię porąbali siekierami na kawałki. Z teatru zostały wióry. Dosłownie.

Wówczas miejscy urzędnicy, przestraszeni całym zamieszaniem, dają Koladzie drewniany dom przy ulicy Turgieniewa, naprawdę piękny, ale w opłakanym stanie. Bez bieżącej wody i prądu. Zespół zabiera się do roboty. Remontuje i gra, gra i remontuje. Teatr zaczyna być coraz sławniejszy, przyciąga coraz więcej widzów, staje się ważnym adresem na kulturalnej mapie Jekaterynburga i Rosji.

Dzisiaj Nikołaj Kolada zatrudnia 35 aktorów, którzy często grają codziennie trzy spektakle: w południe bajki dla dzieci, a wieczorem sztuki dla dużych widzów. W repertuarze są dzieła Kolady i jego uczniów czyli sporo dramaturgii współczesnej, ale też klasyka - i "Wiśniowy sad" Czechowa, i "Tramwaj zwany pożądaniem" Williamsa, i "Hamlet" Szekspira.

Główne role w tych inscenizacjach gra ukochany aktor dramatopisarza - Oleg Jagodin. Człowiek tak skromny, że kiedy próbuję z nim porozmawiać po jednym ze spektakli, ledwo wydusza z siebie kilka zdań i szybko odjeżdża rowerem do domu. Nie czuje się gwiazdą i nie rozumie zamieszania wokół własnej osoby. - Bo gwiazdorzenie wypaliłem w moim teatrze rozpalonym żelazem! - krzyczy Kolada. - Akurat w przypadku Olega nie było co wypalać, bo to był od zawsze wielki aktor i skromny człowiek. Ale parę gwiazdeczek miałem, wszystkie wyleciały. Teatr to zespół, ciężka praca i wzajemny szacunek. Jak ktoś tego nie rozumie, to paszoł na chuj!

Do Kolady pasuje określenie ojciec-dyrektor, bo jest rzeczywiście szefem teatru i jednocześnie ojcem (- Surowym, ale sprawiedliwym - zaznacza.), który przytuli, pomoże w potrzebie, wysłucha. Za zarobione przez siebie pieniądze kupił w Jekaterynburgu kilka mieszkań, które przydzielił członkom zespołu (- Żeby mieli blisko do teatru.). Kiedy wyjeżdża za granicę zawsze przywozi swoim artystom podarki. Lubi dawać, dzielić się, gościć. Ma też ogromne, autoironiczne poczucie humoru. Któregoś razu w Jekaterynburgu powiedział do mnie: - Słońce Rosyjskiej Dramaturgii nie ma dzisiaj czasu, bo zmywa podłogę w teatrze.

Ma być śmiech i łzy

Zapytany o to, co myśli o tak zwanym nowym teatrze, szybko odpowiada z uśmiechem: - Chodzi o ten teatr z kamerami, ekranami i pozbawiony fabuły? To dla mnie nie teatr. Może jestem staromodny, ale uważam, że w teatrze musi być historia z początkiem, rozwinięciem i zakończeniem. Tak mnie zawsze uczono i tak ja uczę. Widz przychodzi do teatru, żeby się wzruszyć i pośmiać. Ot, cała filozofia! A nie po to, żeby oglądać zrozumiały tylko dla krytyków spektakl, który mówi najwyżej coś o skomplikowanym umyśle reżysera. Ale uważam, że teatr robiony przeze mnie jest nowoczesny. Widziałeś mój "Wiśniowy sad" w Jekaterynburgu? Widziałeś. I co? Był na scenie ktoś w przyklejonymi nosami i brodami? Nie było.

Rodzimi krytycy zarzucali mu przez lata, że ośmiesza Rosję, bo zamiast pięknych ludzi, pokazuje brzydkie mordy, stare baby i wszystkich ubiera w kostiumy z chińskiego targowiska. - Niech ci, co to piszą poczytają Gogola! Jemu też zarzucano, że gardził Rosją, a on ją bardzo kochał. I ja kocham Rosję, ale piszę o tym, co mnie boli, o moim życiu. Każda moja sztuka jest o mnie, o tym, w czym uczestniczyłem, co widziałem, co mi się przyśniło.

Pisze na swojej daczy w Łoginowie, zapadłej wsi 50 km od Jekaterynburga, to jego azyl. - Nie umiem pisać w domu, a na daczy mam spokój. Śpiewają tylko ptaki i czasami do chaty wleci mucha. Bardzo lubię to miejsce też dlatego, że przypomina mi mój rodzinny dom w Priesnogorkowce. W tym roku, po festiwalu (Kolada organizuje co roku Międzynarodowy Festiwal Teatralny "Kolada Plays"), napisałem na daczy już trzy jednoaktówki. Moi aktorzy byli na wakacjach, a ja pisałem. Nie boisz się, że umrzesz z przepracowania? - pytam. Nikołaj Kolada głośno się śmieje: - Nieustannie myślę o śmierci, szczególnie kiedy jestem w Krakowie.

Do Krakowa przyleciał, by w Teatrze im. Juliusza Słowackiego wystawić najwybitniejszą sztukę Michaiła Lermontowa "Maskarada". Jest w niej wszystko, co reżyser lubi: początek, rozwinięcie i zakończenie, pełnokrwiści bohaterowie i tragiczny finał, w którym Jewgienij Arbienin zabija z szaleńczej miłości swoją żonę Ninę. - Będzie i śmiech, i łzy, i taniec, i tragedia czyli wszystko, co w teatrze być powinno. Bo to jest spektakl dla normalnych ludzi, a nie dla krytyków, ale ty możesz przyjść.

Autor dziękuje Agnieszce Lubomirze Piotrowskiej za tłumaczenie rozmowy z Nikołajem Koladą.

Mike Urbaniak
Przekrój
13 września 2013
Portrety
Nikołaj Kolada

Książka tygodnia

Gilliamesque
Wydawnictwo Planeta
Terry Gilliam

Trailer tygodnia