Smacznego

"Więcej niż możesz zjeść " - reż. Marcin Nowak - Teatr Nowy w Łodzi

To, co robi na scenie Monika Buchowiec, z całą pewnością można uznać za arcydzieło aktorstwa imitacyjnego. W ciemnych dżinsach i bluzie, z wielkim jednostronnym lokiem blond włosów spływających spod kaptura aż po pępek, zda się Dorotą Masłowską wprost zdjętą z clipa Mistera D. Głosowo też jest nie do odróżnienia. Do złudzenia naśladuje nie tylko wadę wymowy pisarki i tembr jej głosu, ale też i charakterystyczną melodię mówienia, akcentowania, pointowania zdań. Można powiedzieć, że na obrotówce łódzkiego Teatru Nowego kręci się światek przez samą Masłowską (w aktorskim wcieleniu) podglądany, ujmowany w obrazy i w słowa. Ogarniany, jak to się dziś chętnie mówi.

Wszystko w porządku, tylko ilu widzów rozpoznaje portret pisarki? Na premierze pewnie sto procent. Na zwykłym spektaklu, który oglądałem, kilka par siedzących obok kręciło się niespokojnie, ewidentnie nie rozumiejąc, dlaczego aktorka tak dziwnie mówi. Kolega na własne uszy słyszał sarknięcie zdegustowanych starszych państwa, że taka straszna dykcja, panie dzieju, za Dejmka nie do pomyślenia. Spektakl generalnie odbierany był i słuchany dość chłodno, najzabawniejsze językowe pomysły przechodziły przy paru ledwie chichocikach. O co w pierwszej chwili chciało się oskarżyć teatr: znów zrobili sobie widowisko dla wtajemniczonych, dla tych, co już obejrzeli właściwe clipy, filmiki na youtubie, galerie zdjęć. Aliści byłoby to obwinienie chyba jednak chybione. Bo do ciężkiego diabła, jeśli publika pomykająca na spektakl w dużym mieście nie rozpoznaje wyrazistego portretu jednej z najpopularniejszych dziś pisarek, artystki nie stroniącej przy tym od pop-kulturowych form istnienia, piszącej swoje "parakulinarne felietony" nie w elitarnym piśmie, tylko w wielkonakładowym "Zwierciadle" - to pytanie, jak się w ogóle do owej widowni przebijać z treściami bardziej skomplikowanymi niż ukrywanie kochanki przed żoną w szafie.

Nie, nie mam pretensji do twórców widowiska "Więcej niż możesz zjeść" o igranie na scenie wizerunkiem Doroty Masłowskiej: robią to błyskotliwie i pomysłowo. Gorzej, że zlekceważyli inne niebezpieczeństwo. Nie dostrzegli, jak nieporęcznym, zdradliwym, pozornie tylko atrakcyjnym w teatrze tworzywem literackim jest felietonistyka.

Przez szereg miesięcy Masłowska pisała w "Zwierciadle" krótkie tekściki rzekomo poświęcone jedzeniu, w rzeczywistości stanowiące kapitalne obrazki obyczajowe. I językowe, bo w fenomenalnym uchu pisarki obyczajowość en bloc mieściła się w języku. Tania garkuchnia wakacyjna nad morzem, kinder-party, sushi po polsku, dzieciństwo zaklęte we wspomnieniach żarcia (głównie tego niezdrowego i zakazanego), legenda "wiejskich ziemniaczków" -były to skondensowane jak do odgrzania w mikrofali, rozpoznania mentalne nas dzisiejszych w procesie jedzenia, więc w procesie życia. Nas rozrywanych między aspiracjami a przaśnością, światowością a wstydem, rzewnymi wspomnieniami a koniecznością bycia "do przodu", kołtunerią a bezsilną autoironią. Masłowska potrafiła te sprzeczne smaki zebrać na talerzu, doprawić i, jak mawia Maciej Nowak, "podkręcić" odpowiednimi sosami retoryki. Członkowie Komisji Artystycznej Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej, włóczący się od Suwałk po Bogatynię i od Szczecina po Przemyśl z rozkoszą łykną opis "może nie najlepszego, ale niepowtarzalnego" smaku potraw w kolejowym Warsie. "Tych napojów Tarczyn, kaw z ekspresu o smaku bólu brzucha za dziesięć minut, naleśników z keczupem nadrabiających swoje nieskomplikowanie obcojęzyczną nazwą piada, strzępów sałaty o brązowawych brzeżkach, biedamakaronów, gliniastych, lekko zmrożonych w środku serniczków, słonecznożółtych mazów margaryny w wilgotnej, białej bułce".

No ale jak wepchnąć na scenę prozę, na którą składa się takie właśnie obrazowanie, ściskanie, koncentrowanie słów, smaczek na smaczku w każdym zdaniu? Wszystko obliczone na króciutką formę felietonu - nie na wielominutowe widowisko?

Marcin Nowak, jak słyszę, jeden z istotnych współautorów clipów Mistera D., użył właśnie clipowej formy przy inscenizacji. Wymyślił rodzinkę rodaków z matką, ojcem, siostrą, bratem, przerośniętym dzieckiem - i drapował ich w obrazki ilustrujące poszczególne felietony. Bardzo efektowne: zakręcenie obrotówką zmieniało scenki jak w kalejdoskopie, wspomagane bardzo efektownymi projekcjami: wszystko się ruszało, było dynamiczne, można by rzec: komplet zalet tej formy. Tyle że z bycia ilustracją do obrazka aktor nie zrobi roli. Każde zakręcenie obrotówką wywoływało uśmiech, ale potem już przychodziło obserwować kłopoty wykonawców nie wiedzących, co z sobą w danej sytuacji na scenie zrobić. Dotyczyło to nawet aktorki tak wszechstronnej i doświadczonej jak Dominika Biernat. Większość narracji wzięła na siebie viceMasłowska czyli Monika Buchowiec. Czasami cedowała fragmenty tekstów na pozostałych kolegów, ale nieoczekiwanie w ich wykonaniu - nie obciążonym już koniecznością parodiowania mowy pisarki - monologi brzmiały dziwnie monotonnie, jakoś beznamiętnie. Przy całej swojej błyskotliwości.

Bo felieton chce mieć popis, błysk w każdym zdaniu, frazie, akapicie. Nic nie odpuszcza, bo i tak za mgnienie ma pointę. A aktor musi wiedzieć, ku czemu idzie w swej roli, jaki chce mieć akcent czy akcenty główne, reszta jest drogą dojścia. Nie może akcentować każdego błysku, bo zatrze cel. W zasobach telewizji są gdzieś - rzadko puszczane - pochodzące sprzed mniej więcej półwiecza monologi Sławomira Mrożka, w których specjalizował się Edward Dziewoński. Warto się im, gdy się je znajdzie, przyjrzeć; widać, jak aktor rozpisuje sobie felieton na akcenty, pół akcenty, ćwierć akcenty i słówka, przez które się tylko prześlizguje. Tylko tak ma szansę dotrzeć do widza z sensem tekstu, nie z jego pięknościami. Aktorzy Nowego nie wykonali tej roboty. Być może dali się uwieść autorce; wcale bym im się nie dziwił. Ale płacą za to: króciutkie, ledwie siedemdziesięcio minutowe widowisko ma tu i ówdzie miejsca zwyczajnie nudne. Widz jest zmuszany wyłączyć uwagę, ponieważ kolejne fioritury autorki przytłaczają go nadmiarem gadaniny już trochę nie do wytrzymania.

To jednak chwile tylko. A kunszt językowy, talent obserwacyjny i dowcip Doroty Masłowskiej, plus atrakcyjność widowiskowa obrotówkowej karuzeli Marcina Nowaka plus rozsądny rozmiar - tak, z każdymi kolejnymi minutami byłoby gorzej! - skłaniają by przy wszystkich uwagach, jednak namawiać Łodzian do odwiedzenia sceny na Więckowskiego. I życzyć im smacznego, bo tym to słówkiem autorka kończyła każdy ze swoich felietonów.

Jacek Sieradzki
e-teatr.pl
11 grudnia 2015

Książka tygodnia

Tamara Łempicka. Sztuka i skandal
Wydawnictwo Marginesy
Laura Claridge

Trailer tygodnia