Śmierć człowieka rodzinnego

"Kotka na gorącym blaszanym dachu" - reż. Grzegorz Chrapkiewicz - Teatr Narodowy w Warszawie

Cenię amerykańskich autorów za umiejętność opowiadania historii. Co więcej, zaskakująca jest w zamorskim społeczeństwie chęć do ich słuchania. Nieprzypadkowo tacy autorzy jak Tennessee Williams czy Eugene O'Neill są klasykami literatury Stanów Zjednoczonych.

Proszę nie zrozumieć mnie źle - powyższa opinia nie jest świadectwem jakiegoś bezkrytycznego zapatrzenia na Zachód. Rzecz w tym, że dramaty tych i innych amerykańskich twórców są same w sobie zarówno tekstami do czytania, jak wystawiania. Europejscy artyści, którzy literalnie wydziwiają z kategoriami ,,obecności", ,,postdramatyczności", zapomnieli o tak ważnym aspekcie, jak umiejętność wciągnięcia odbiorcy w pewien świat, a nie tylko w abstrakcyjny ,,konstrukt".

Być może dlatego inscenizacja w Teatrze Narodowym jest takim sukcesem. Grzegorz Chrapkiewicz skorzystał z tekstu, któremu jakiekolwiek skreślenia odebrałyby całą równowagę dramaturgiczną. Nie mówiąc już o przyjemności wynikającej z obejrzenia samej historii. Chrapkiewicz pozwala akcji, by rozwijała się stopniowo, bez zbędnego pośpiechu. Oczywiście w centrum pozostaje tekst Williamsa, choć realizatorzy dokonują też kilku modyfikacji.

Nadal jest to opowieść o fałszu i obłudzie, które wstrząsają bogatą amerykańską rodziną. Punktem wyjścia pozostaje sprawa spadku po Dużym Tacie (Janusz Gajos), który jest śmiertelnie chory na raka. Majątek ma zostać przepisany na jednego z dwóch braci. Fabuła jest wierna pierwowzorowi (strach pomyśleć, co by się stało, gdyby "Kotka" trafiła w ręce np. Warlikowskiego). Chrapkiewicz postanawia jednak uczynić dramat Williamsa jeszcze bardziej mrocznym, niż jego oryginalna wersja. Scenografia Borisa Kudlicki pokazuje schludny, stylowy pokój Maggie (Małgorzata Kożuchowska) i Bricka (Grzegorz Małecki). Dekoracje nie ulegają żadnym metamorfozom, jedynie na chwilę lokum skłóconego małżeństwa staje się salonem. Tym bardziej mogą zaskakiwać koleje losu fatalnej rodziny.

Na barkach aktorów spoczywa zadanie nadania swoim postaciom własnego charakteru. Ciekawe jest, że grający zostają w zasadzie osadzeni w rolach charakterystycznych dla swojego emploi. Janusz Gajos odtwarza postać starego nerwusa, Ewa Wiśniewska stroskanej matki, Beata Ścibakówna eleganckiej damy, etc. Ale może to wynikać nawet z fizycznych predyspozycji aktorów. Małgorzata Kożuchowska pokazuje postać zmanierowanej histeryczki. ,,Kotka" ma tradycyjnie pozyskać sympatię widzów, ale Chrapkiewicz daje nam również i inne sygnały. Szafki w pokoju są przepełnione butami na obcasie. Maggie zachwyca się własnym odbiciem w lustrze. Mówi, że podoba się wszystkim facetom - ale czy tak naprawdę nie próbuje dostrzec u siebie oznak starzenia się? Swój wygląd traktuje zaś jak kartę przetargową. Chwilami można odnieść wrażenie, że kobieta niepotrzebnie unosi się swoimi emocjami. Że jej nerwy stają się przeszkodą do osiągnięcia porozumienia. W pewien sposób bywa wręcz irytująca. Działa z miłości, ale trudno powiedzieć, czy z miłości do Bricka, czy własnej.

Jej małżonek pozostaje z kolei całkowicie bierny. Małecki przybiera charakterystyczny ton introwertyka. Totalnie lekceważy żonę. Co nie znaczy, że gra tylko chama. Jego obojętność ma raczej źródło we wspomnieniu. Maggie zdradziła go z jego przyjacielem, Skippersem. Sprawa homoseksualizmu Bricka jest tutaj wyraźnie kwestionowana. Z mężczyzny przebija raczej poczucie skrzywdzenia. W pełni ujawni się ono w rozmowie z ojcem. Duży Tata (notabene najlepsza kreacja przedstawienia) jest człowiekiem, który stoi już u kresu życia. Porzuca wszelkie złudzenia, i to on rozpoczyna wielki familijny rozrachunek. Gajos obdarza swoją postać specyficznym poczuciem empatii. Tata chce przekazać majątek Brickowi, a dostrzega że ten staje się stopniowo takim samym frustratem jak on. Jedyna różnica tkwi w tym, że potomek jest o wiele słabszy psychicznie. Obaj brzydzą się kłamstwem, ale tylko ten starszy nauczył się z nim żyć. Duży Tata dowiaduje się w końcu o swojej chorobie. Rodzi się w nim wtedy chęć swoistej zemsty. Wychodzi ze sceny, klnąc cicho pod nosem.

Duża Mama (Ewa Wiśniewska) ma z kolei wyraźne zapędy dyktatorskie. Stara się je przykrywać maską opiekuńczości, bo nie można jej odmówić pewnego poczucia troski. Co ciekawe, u Williamsa kobieta wierzy w pogłoskę o ciąży Maggie. Aktorka Narodowego komentuje słowa synowej bez żadnego przekonania, jakby przeczuwała kolejne kłamstwo. Kolejne - bo ostatnia scena ujawnia całą skalę rodzinnych napięć. Powiedzenie w tym momencie prawdy pozwoliłoby familii wyjść na prostą. Niestety, lekiem na jedno krzywoprzysięstwo okazuje się następne oszustwo. Czy pozostali członkowie rodziny nie potrafiliby rozwiązać impasu? Mae i Gooper są zorientowani wyłącznie na zysk. Dystyngowany mężczyzna jest całkowicie podporządkowany żonie. Gdy Oskar Hamerski stara się przekonać nas, że jest tym naprawdę poszkodowanym synem, nie za bardzo można mu wierzyć. Chyba, że jego wyznanie świadomie zostało zagrane tak sztucznie

Jak już wspominałem, warszawskie przedstawienie jest skazane na sukces. Głównie za sprawą sprawnej, warsztatowej wręcz realizacji, a także bardzo dobrej gry zespołu Narodowego. Ale w tym tryumfie widać pewną zadrę. Chrapkiewicz jest bardzo pesymistyczny w swojej inscenizacji. Już pod koniec zostaje dokonana kolejna modyfikacja oryginału: Brick podejmuje próbę stosunku z żoną. Nie pozwalają mu na to jednak bóle głowy. Praktycznie nie ma tu momentów, w których dano by nadzieję na poprawę sytuacji. Że na tym polega wymowa "Kotki"? Niekiedy zarzuca się pewnym utworom, że są czarno-białe. Tymczasem spektakl Chrapkiewicza jest zatrważająco mroczny (co nie znaczy, że nie brak tu komizmu). Mimo że żadna z postaci nie jest oceniona tylko negatywnie, każdemu wytyka się jego łajdactwo. Czy życie na pewno składa się tylko z takich elementów?

Czasem tylko, za pomocą gry świateł, pokazuje się nieliczne szanse na porozumienie. Jest tak chociażby w przypadku rozmowy Bricka z ojcem, warto zwrócić na to uwagę. Barwy stają się wtedy łagodne, po chwili przechodzą jednak w jaskrawość, która oznacza konflikt. Efekt ostateczny psuje także łzawa muzyka, wykonywana przez chór dziecięcy. Diagnoza dla rodziny Dużego Taty nie jest pozytywna. Chociaż i tak nie wiemy, jak się to wszystko dalej potoczy. I chyba wolelibyśmy się tego nawet nie domyślać.

Szymon Spichalski
Teatr dla Was
21 listopada 2013

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia