Śmierć jak wodewil

"Nietoperz" - reż. Kornél Mundruczó - TR Warszawa

Po wejściu na widownię oczom ukazują się dwa rzędy białych kotar. Nietrudno domyślić się, że znajdujemy się w szpitalu. Mundruczo znajduje jednak inny sposób na opowiedzenie o eutanazji niż stwarzanie duszącej atmosfery. Chociaż rozpoczynająca przedstawienie projekcja filmowa może sugerować coś innego. Spektakl w TR Warszawa bardzo luźno nawiązuje do niektórych motywów z operetki Straussa. Można powiedzieć, że tylko scena balu znajduje tu swój odpowiednik.

Mundruczo szybko odnajduje kontrapunkt dla pokazanego umierającego człowieka. Po chwili ten sam mężczyzna wybiega na scenę i śpiewa pierwszą z wykonywanych w spektaklu piosenek (,,Moja Rosalinko!"). Prezentowane songi są sparafrazowanymi partiami z oryginalnego libretta. Na samym początku zaznacza się więc, że unikać się będzie tonacji serio. Po odsłonięciu kotar oczom widzów ukazuje się gustownie zaaranżowany pokoik kliniki dyrektora Ryszarda (Adam Woronowicz).

Od tego momentu narracja toczy się od jednego gagu do kolejnego. Mundruczo udaje się zrobić komedię, która sięga po elementy farsy. Dużo tu czarnego humoru, który mogliśmy zobaczyć choćby w ,,Małej Brytanii". Pozwala to na oswajanie tematu śmierci przez śmiech, zresztą w myśl znanej powszechnie reguły. W ,,Nietoperzu" nie ma też wyraźnego opowiedzenia się ,,za", bądź ,,przeciw" dokonywaniu eutanazji. Gdyby miało to związek z brakiem konsekwencji we własnej argumentacji, spektakl stałby się wydmuszką. Twórcy przedstawiają jednak ludzi osadzonych w konkretnej sytuacji, co na pewno wzmaga wiarygodność i podnosi rangę przedstawionego problemu.

Były dyrygent Gustaw (Sebastian Pawlak) żąda, by przeprowadzono na nim zabieg eutanazji. Stan ciężko chorego mężczyzny jest łatwo dostrzegalny - częściowy paraliż ust, sztywna noga, drgające w lekkich, choć nieustępliwych spazmach ciało. Sama postawa mężczyzny wskazuje na to, że życie jest mu całkowicie obojętne. Gustaw żartuje z samego siebie, choć i niejako szantażuje swoim stanem ludzi dookoła niego. Pielęgniarce Marcie (Małgorzata Buczkowska) każe się rozebrać i ,,pieścić" go dymem z papierosa. Kobieta wykonuje jego polecenia, choć zdaje się robić to zarówno z litości, jak i z nudy. Można dostrzec w bywalcach kliniki eutanazyjnej postaci z Witkacego. A zatem ludzi wypranych z emocji, zmęczonych własną egzystencją, nienawidzących siebie i innych.

Postawa żony Gustawa, Iris (Agnieszka Podsiadlik), wskazuje na jej zależność od męża. Całkowicie zdrowa kobieta chce by i na niej wykonano zabieg ,,śmierci na życzenie". Czy kobieta boi się, że nie da sobie sama rady w życiu? Że jako wdowa po słynnym muzyku zniknie z pierwszych stron gazet? Ukazane motywacje są niejednoznaczne, co na pewno podnosi wartość przedstawienia. Ofiarą decyzji rodziców staje się ich córka Jaśmina (Roma Gąsiorowska). Zaniedbywana w młodości dziewczynka w wieku dojrzałym rozpaczliwie szuka miłości, nawet w przygodnym seksie z głównym lekarzem kliniki, Piotrem (Rafał Maćkowiak).

Prywatny szpital znajduje się w stanie likwidacji, co sprawia, że zabieg wykonywany na Gustawie jest ostatnim w historii instytucji. Dyrektor Ryszard przypomina mistrza PR, który przedstawia uśmiercenie dyrygenta jako ,,wzorcowe" ułatwienie ludziom życia Woronowicz z wirtuozerią ukrywa prawdziwą twarz kierownika interesu (nieprzypadkowo użyłem tego słowa), który frustrację chowa za gestami kurtuazji. Mundruczo obnaża całą hipokryzję klinik dokonujących eutanazji. Iris jest niepewna swojej decyzji o śmierci, ale lekarze ułatwiają jej rozstrzygnięcie tego dylematu. Wystarczy ,,udowodnienie" istnienia śmiertelnej choroby, by pomanipulować człowiekiem. Scena wykonania zabiegu jest całkowicie pozbawiona emocji. Jedynie Jaśmina popłakuje na boku. Całą operację filmuje kamera. Ale nie tylko ona rejestruje moment śmierci. Przecież obserwatorem jest także widz - świadek. Na ironię zakrawa fakt, że do całej sytuacji dochodzimy dzięki temu, że złożono parę podpisów na papierze. Mundruczo stara się równoważyć racje zwolenników i przeciwników eutanazji, ale widać że sam staje raczej po stronie tych drugich.

Upadek kliniki wiąże się z wyrzutami sumienia Marty. W pewnym momencie odnosi się wrażenie, że cała akcja ,,Nietoperza" może być projekcją umysłu pielęgniarki, głosem jej daimonionu. ,,Niech umarli grzebią umarłe swoje", to na żywych spoczywa teraz odpowiedzialność. Użyte w widowisku światła stroboskopowe wprowadzają w świat marzenia (koszmaru?) sennego, gdzie powracają głosy i obrazy z przeszłości, a komedia staje się horrorem.

Mundruczo wprowadza jeszcze postać Łukasza (Dawid Ogrodnik). Generalnie jestem przeciwko kreowaniu przez aktorów ról niepełnosprawnych. Żadna technika nie pomoże przed stworzeniem pewnego rodzaju karykatury. Inna sprawa, że młody aktor kreuje sylwetkę kaleki, który nie wzbudza tylko współczucia. Jego Łukasz jest nachalny, żartuje, nie stara się być wyłącznie obiektem cudzej litości. Nieporadność postaci zostaje skontrapunktowana przez jej mistrzostwo w robieniu origami. Udaje się uniknąć tym samym szantażu emocjonalnego w stosunku do niepełnosprawnego. Wprowadzenie Łukasza wskazuje jednak na to, że twórcy nie mieli pomysłu na dociągnięcie widowiska do końca. Gdy tylko wewnętrzne rozterki Marty dobiegły końca, spektakl stracił swoje tempo. Chory żąda eutanazji, ale w końcu z niej rezygnuje. Opieka nad niepełnosprawnym jest być może dla kobiety rodzajem odkupienia. Tylko że tym samym ,,Nietoperz" kończy się nachalnym morałem, wzmocnionym w dodatku odśpiewaniem ,,D'amore".

Strona muzyczna spektaklu jest jednym z jego mocniejszych punktów. Wiodącymi solistami są Buczkowska i Pawlak, chociaż aranżuje się także chórki. Songi o szampanie i chęci ,,pofrunięcia niczym ptak" wprowadzają nastrój rozluźnienia atmosfery, która kilkakrotnie dąży do groźnego zagęszczenia. Zespołowa gra aktorów pozwala z kolei na aranżowanie interakcji, kończących się ciekawymi starciami osobowości. Przewijające się animacje ,,Wilka i zająca" mogą przypominać o tym, że w kreskówkach bohaterowie często są poddawani różnego rodzaju wypadkom, z których wychodzą jednak cało. W przypadku ludzi takie zdarzenia mają jednak charakter ostateczny. ,,Nietoperz" z powodzeniem podejmuje temat tej kruchości istnienia. Robi to z poczuciem humoru, które osłabia jednak wymowę spektaklu w jego zakończeniu.

Szymon Spichalski
Teatr dla Was
5 grudnia 2012
Teatry
TR Warszawa

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia