Śmierć podczas wesela?

"Łucja z Lamermoor" wróciła do Opery Śląskiej!

Dwa zwaśnione rody, potężna miłość, fałszywe listy i tragiczna śmierć – tak w skrócie można opisać fabułę najnowszej premiery, którą Opera Śląska zaserwowała.... Internautom. W całej Polsce nadal panuje kulturalny lockdown, ale to nie przeszkodziło bytomskiemu teatrowi w prezentacji „Łucji z Lammermoor" Gaetana Donizettiego. Spektakl można było zobaczyć 5 grudnia online, a bilety na wirtualną premierę zakupiło 5,5 tys. osób!

Grudniowy spektakl to wznowienie sceniczne w Operze Śląskiej w oparciu o premierę z 26 marca 2008 roku w wykonaniu Bogdana Desonia. Nad całością czuwał międzynarodowy zespół. Kierownictwo muzyczne objął Franck Chastrusse Colombier. Frapująca scenografia to z kolei zasługa Marca Thurowa, a kostiumy stworzyła Zana Bosnjak. Audiowizualna wersja, choć ma swoje minusy jak brak możliwości bezpośredniego kontaktu z artystami na żywo, ma jeden zasadniczy plus. Zbliżenia i kamery ukazujące mimikę twarzy i niuanse związane z mową ciała obnażyły umiejętności aktorskie artystów. Kiedy „król był nagi" okazało się, że to nie tylko fenomenalny zespół śpiewaków operowych, ale i utalentowanych aktorów.

„Łucja z Lammermoor" to dzieło wyjątkowe. Wiarosław Sandelewski, pisząc o niej, wskazywał, że stanowi „pieśń miłości i śmierci". To przykład wczesnoromantycznego bel canto. Trzyaktowa opera tragiczna z muzyką Gaetana Donizettiego i librettem Salvatora Cammarano, oparta została na powieści „Narzeczona z Lammermoor" autorstwa Waltera Scotta. Premiera opery miała miejsce 26 września 1835 roku w Teatro San Carlo w Neapolu. Z kolei jej polska odsłona miała miejsce zaledwie trzy lata później.

Fabuła opowiada o tragicznej, lecz jakże romantycznej miłości, która połączyła Łucję i Edgara - niczym Romeo i Julię. Nie dane było im jednak skonsumować łączącego ich uczucia. Na drodze do ich szczęściu stanął brat Łucji, lord Henryk. Uciekając się do podstępu, doprowadził do ślubu siostry z lordem Arturem Bucklawą. Szczęśliwy wybranek nie wiedział jednak, że jego dni są policzone, a ślubny kobierzec szybko zamieni się w grób. Od braterskiej intrygi rozpoczął się weselny taniec śmierci... Intensywność doznań wizualnych wzmacnia dramatyczna muzyka, która doskonale podkreśla tragizm rozgrywających się wydarzeń.

Postać Łucji grała m.in. „La Divina" - 29-letnia wówczas Maria Callas. Natomiast w Bytomiu rolę powierzono młodziutkiej, złotogłosej Gabrieli Gołaszewskiej, laureatce XIV Teatralnych Nagród Muzycznych im. Jana Kiepury – w kategorii najlepsza śpiewaczka operowa 2019, która udowodniła już, że dysponuje potężnym głosem. Wiele scenicznych Łucji pozostawiło po sobie wrażenie szorstkości i mroczności. Łucja Gołaszewskiej jest jednak zupełnie inna. Świeża, delikatna... właśnie zbyt subtelna, aby bytować w okrutnym świecie. Jest niczym eteryczna bohaterka romantycznych ballad. Nierzeczywista. Gołaszewska wykreowała postać poruszającą się na granicy snu i jawy. Rzeczywistość sprawia, że odchodzi od zmysłów, posuwa się do morderstwa przyrzeczonego jej mężczyzny, po czym traci zmysły. Jej Łucja to nadwrażliwa kobieta egzystująca w orbicie męskich wpływów, w opresyjnym świecie. Obłęd dostrzegalny w oczach Gołaszewskiej to absolutne mistrzostwo – możliwe do dostrzeżenia właśnie dzięki odpowiedniej reżyserii i technologii, będącej protezą symboliczną pozwalającą nam na śledzenie spektaklu pomimo lockdownu.

To trudna postać do odegrania, lecz daje odtwórczyniom olbrzymie pole do popisu. Może sprowadzić na manowce, ale i wywindować. I tak też się stało w przypadku Gołaszewskiej. Łucja sprawiła, że zajaśniała na operowym firmamencie. Opera Śląska ma szczęście do odtwórczyń Łucji. W 2008 roku Karina Skrzeszewska została uhonorowana za tę rolę Złotą Maską. Gabriela Gołaszewska z pewnością ma olbrzymie szanse na powtórzenie tego sukcesu. Idealnie śpiewa koloratury, uderzając w najczulsze dźwięki poruszające do głębi duszę widza. Wyśpiewując kolejne partie, czyni to z niezwykłą gracją i lekkością. Choć poziom trudności wykonania rośnie z każdą minutą, ona nie ustaje ani na sekundę. Pokonując maraton, nie okazuje zmęczenia. Śpiewa niczym słowik. Absolutnie zjawiskowa 25-letnia sopranistka lśni niczym diament, przyćmiewając swym blaskiem inne gwiazdy śląskiej sceny operowej, które przyczyniły się do sukcesu nowego odczytania dzieła Donizettiego. Bo przecież doskonale wypadł także niezwykle zdeterminowany i pełen buty Stanislav Kuflyuk, wcielający się w rolę podstępnego brata Henryka. Nie ustępował mu też pola Łukasz Załęski – sceniczny Edgar. Wielkie brawa należą się także dyrektorowi Opery Śląskiej Łukaszowi Goikowi, który nie tylko odkrył niezwykły talent, ale po raz kolejny, po Adinie w „Napoju miłosnym", powierzył Gołaszewskiej wiodącą rolę. Efekt? Zachwycający.

Uwagę przykuwają także kostiumy. Trochę przypominają stroje z epoki, lecz posiadają też elementy współczesne. Są eklektyczne, uzupełnione o nutkę geometrycznej pikanterii. Damskie spódnice przywodzą na myśl stylistykę rodem z „Alicji w krainie czarów". Z kolei oprawa plastyczna przypomina nieco tę stosowaną w dziełach filmowych typowych dla ekspresjonizmu w kinematografii niemieckiej (np. „Gabinet doktora Caligari"). Płaszczyzny są stylizowane, deformują rzeczywistość nadając jej metaforycznego wymiaru, pojawiają się też krzywizny i załamania perspektywy. Scenografia Marca Thurowa jest minimalistyczne, bazuje na geometrycznych elementach. Ich konfiguracja jest tak przemyślana, że z łatwością zyskuje wymiar metaforyczny. Za pomocą prostych elementów udało się stworzyć zarówno stół, który przemienia się w wybieg, po którym przemieszczają się artyści, a po chwili zamienia się w grób czy bramę prowadzącą do zaświatów. Wszystkie połączone ze sobą tropy tworzą urzekające, dopieszczone scenograficznie dzieło.

Opera Śląska przypomniała też o dawno niewykorzystanym instrumencie. To harmonika szklana. Co ciekawe, zgodnie z zamysłem kompozytora właśnie ona powinna być wykorzystywana w scenie obłędu Łucji. Tymczasem najczęściej zastępuje ją flet. Mówi się, że nieprzypadkowo, bowiem zgodnie z czarną legendą, przypisuje się jej wywoływanie zaburzeń umysłowych, co niewątpliwie spójne jest z faktem, że Łucja popada w obłęd. Niesamowite dźwięki harmoniki można było usłyszeć za sprawą Christy Schoenfeldinger z Wiednia.

Jednym słowem, „Łucja z Lamermoor" po bytomsku to świetny spektakl, który należy obejrzeć.

 

Magdalena Mikrut-Majeranek
Dziennik Teatralny Katowice
7 stycznia 2021
Portrety
Bert Bijnen

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia