Śmierć w nowych dekoracjach

"Śmierć i dziewczyna" - reż. Ewelina Marciniak - Teatr Polski we Wrocławiu

Ewelinie Marciniak w "Śmierci i dziewczynie" udało się nie tylko lubieżnie obmacać drażliwe tematy, ale też z wyuzdaną prostotą zapłodnić umysły tych, którzy podjęli kontrowersyjną dyskusję o "granicach w sztuce".

Spektakl w początkowej fazie miał opierać się na powieści "Pianistka" Elfride Jelinek, jednak ze względu na problemy z uzyskaniem praw autorskich do wystawienia w teatrze tego, chyba najbardziej autobiograficznego, utworu, zespół pod wodzą Eweliny Marciniak zdecydował się na sceniczną adaptację "Śmierci i dziewczyny I-V. Dramatów księżniczek". Inspirujące, że wizja reżyserska nie zakładała inscenizacji całego materiału tekstowego, wybrano jedynie 3 pierwsze utwory ze zbioru, czyli: "Królewna Śnieżka" (Schneewittchen), "Śpiąca Królewna" (Dornröschen) i "Rosamunde", nie zrezygnowano też z odniesień do "Pianistki" (tak w warstwie słownej, jak i obrazowej), bo pewne sceny wzorowane są na pierwowzorze filmowym Michaela Hanekego. Jednak kanwą całego spektaklu jest historia Eriki Kohut i otoczenie konserwatorium muzycznego, a historie trzech księżniczek są umiejętnie wplecione w warstwę dramaturgiczną - Erika przeistacza się również w księżniczki, co dodatkowo rozwija obszar semantyczny spektaklu. Miejscami powoduje to małe dziury dramaturgiczne, które bombardowane są po chwili zdwojoną dawką wszystkich środków artystycznego wyrazu.

W "Dramatach księżniczek" Jelinek zaprezentowała skrajnie różne postaci z baśni, literatury i popkultury, łącząc je w kontekście tragicznej śmierci. Uwolniwszy długie monologi postaci, autorka stworzyła zbiorowy manifest przeciw patriarchalnemu porządkowi świata, o czym świadczy też przewrotny tytuł, zainspirowany nazwą kwartetu smyczkowego Franza Schuberta, który wprost przeciwstawia się dramatom królewskim Szekspira. Jednak Ewelina Marciniak nie porwała się na proste skontrowanie hierarchicznej relacji między "męskim" a "kobiecym" i nie otworzyła sceny dla feministycznej tyrady.

Razem z całym zespołem stworzyła widowisko bezbłędnie ukazujące cierpienie, metaforyczne samookaleczanie się w dążeniu do bycia perfekcyjną matką, córką oraz pianistką. Na szczególną uwagę zasługuje Dominika Knapik, którą, po zobaczeniu spektaklu, śmiało można nazwać współreżyserką. Najbardziej sugestywne sceny spektaklu opierają się zdecydowanie na genialnie skonstruowanym ruchu scenicznym - zaryzykować można stwierdzenie, że cały spektakl więcej "mówi" ruchem, aniżeli słowem. Zabieg ten, tak jak i całe odważne przedsięwzięcie, możliwy był chyba jedynie z udziałem zespołu aktorskiego Teatru Polskiego we Wrocławiu, który zaufał reżyserce i wspólnie z nią oraz resztą artystów stworzył doskonale naoliwioną maszynę teatralną. Przede wszystkim wielką siłą emanują sceny zbiorowe - od początkowych, aż do ostatniej, w której wszyscy bohaterowie symulują przy krawędzi sceny grę na fortepianie, kierując się, wybijanym na trójkącie przez najmłodszego pianistę, rytmem i instrukcjami dyrygenta (w tej roli Michał Opaliński). Jedną z najbardziej subtelnych scen jest wspólna scena wszystkich aktorów, która rozpoczyna się od ustawienia w pozycje przypominające lekcję jogi. Jest to tzw. scena "ślimaków", które próbują połknąć główną bohaterkę, wijąc się dookoła niej w spazmatycznej konstelacji nagich ciał. Tak piękne, tworzące bardzo uteatralizowany sztafaż, sceny, reżyserka skontrastowała z mechanicznymi partiami, wywodzącymi się z filmów dla dorosłych po to, żeby pobudzić refleksję nad istotą wstydu i poniżenia, które towarzyszą głównej bohaterce zarówno w życiu prywatnym, jak i w karierze muzycznej. Reżyserka, łącząc umiejętnie sceny, jednym obrazem ogranicza naszą wyobraźnię, drugim doskonale ją poszerza.

Co rzadko spotykane w praktyce teatralnej - każda postać, konsekwentnie, od początku do końca utrzymuje swój wyznaczony zakres choreograficzny, wykorzystuje dobrze określone narzędzia, którymi posługuje się, prezentując swoją postać. Na szczególną uwagę zasługują sceny przesłuchań w szkole muzycznej, w wykonaniu Katarzyny Strączek i Andrzeja Kłaka, których plastyczność, także w innych scenach, nie pozwala oderwać od nich wzroku. Prawie jedynie pantomimicznie komunikuje się Ojciec, a później Kransoludek (obie postaci grane przez Pawła Smagałę), który prezentuje dynamiczny układ, odgrywany w zupełnej ciszy i zasłuchaniu innych postaci. Iście akrobatyczny układ grają również Małgorzata Gorol i Andrzej Kłak, którzy w relacji uczeń - nauczycielka najbardziej zbliżają się do literackiego i filmowego pierwowzoru (próbując w sferze seksualności odwrócić hierarchię ze szkoły), co podkreśla scena z odczytaniem fantazji seksualnych pianistki (pragnienia gwałtu), kończąca się rozstaniem. Oprócz tej sceny reżyserka bardzo umiejętnie poprowadziła całą kwestię przemocy seksualnej i samounicestwienia, ukazując np. pozorowany gwałt.

Obrazując sceny seksu, zagrane przez zawodowych aktorów filmów pornograficznych, reżyserka chciała postawić widzów w sytuacji aktywnych uczestników opowieści w sposób, w jaki robi to Jelinek w swojej twórczości literackiej. "Pianistka" jest powieścią, która bezlitośnie angażuje czytelnika, przyciąga jego uwagę sączącą się akcją i nie pozwala przerwać zagłębiania się w opis metafizycznej rany, jaką zadaje sobie Erika. Marciniak doskonale wykorzystała ten sam mechanizm - chciała unaocznić sytuację i sadomasochistyczne uzależnienie, w które uwikłała się główna bohaterka, zmusiła nas do salonowej, zimnej reakcji na coś, co w innym anturażu ma rozpalać do czerwoności. Reżyserka w kilku scenach ukazała, jak łatwo pornografii można przypisać nudę, powtarzalność, skandaliczność, kicz i brak wartości artystycznych. Zdecydowanie większość widzów mogła się poczuć wmanewrowana w pewien rodzaj emocjonalnej gry. "Dla większości zasadniczy urok sztuki polega na rozpoznawaniu w niej czegoś, co wydaje im się, że znają" - ten fragment z "Pianistki" może być idealnym komentarzem do całego zamieszania medialnego, wywołanego przez żądne sensacji media, podsycające w gruncie rzeczy cały przedpremierowy spór. Wydarzenia okołoteatralne doskonale obrazują też słowa, wypowiadane przez matkę w jednej z ostatnich scen spektaklu. Matka (Ewa Skibińska) wyglądająca jak Sara Goldfarb z "Requiem dla snu", patrząc na poczynania córki, operuje pilotem do telewizora i kieruje go w centrum wydarzeń, ciągle powtarzając: "głośniej, głośniej, głośniej ciszej, ciszej, ciszej".

Chyba nikomu nie trzeba już wyjaśniać różnicy między pornografią a zabiegiem artystycznego użycia pornografii - użyciem tej stylistyki dla potrzeb spektaklu, zastosowaniem go jako jednego ze środków wyrazu - wycyzelowanego i ukazanego w konwencji. Niezaspokojonym ciągłą wizją prawdziwego aktu seksualnego na scenie, warto przytoczyć definicję "Słownika Języka Polskiego", który tłumaczy, że "pornografia obejmuje wszelkie wytwory kultury ukazujące akt seksualny z zamiarem wywołania pobudzenia seksualnego, PODNIECENIA u osób oglądających". Spektakl "Śmierć i dziewczyna" powstał jedynie po to, aby pobudzić umysły, podniecić, szczególnie te szare komórki, które zgnuśniały, zdulszczyły się i straciły do reszty libido.

Spektakl polaryzuje skrajne podejścia do postawionych tematów, nie przedstawia ich jednak jedynie na dwóch biegunach. Nie każdy element czy scena opiera się na tym zabiegu. Zdominowane przez, katorżniczo kontrolującą wszystko, matkę życie prywatne Eriki, poza bezbłędnie urządzonym, mieszczańskim mieszkaniem, sprowadza się do podziemi - kabin pornograficznych, podglądactwa i praktyk sado-maso. Spektakl umiejętnie sprowadza te dwa światy na scenę, w subtelnym towarzystwie trzeciego żywiołu, jakim jest muzyka, zawierająca w sobie obie skrajności - sadomasochistyczny pierwiastek, niezbędny do wypracowania precyzji grania na fortepianie i efekt publicznego pokazu, który ma być esencją delikatności, skłaniającą słuchaczy do przeniesienia się w pozaziemskie rejestry. Muzyka towarzyszy spektaklowi od początku jako czynnik spalający wszystkie wątki. Fortepiany, przesuwane z pierwszego na drugi plan rzeczywiście mają w spektaklu kluczową rolę, a zatrudnienie profesjonalnych pianistów, grających w czasie spektaklu muzykę na żywo, było niezbędne, żeby osiągnąć efekt realności. Trudno też byłoby ukazać toksyczną atmosferę szkoły muzycznej, zmaganie z własnymi ograniczeniami i konkurencję wśród muzyków bez towarzyszenia profesjonalistów. Podobnie udział Tima i Rossy (ubranych na końcu w stricte mieszczańskim stylu) był niezbędny, po to, by rzetelnie i prawdziwie zarysować wymiar przedstawienia.

Spektakl Marciniak bawi się pojęciem sensualności, doskonale igra z rzeczywistą seksualnością i powszechną cielesnością, ale możliwe jest to jedynie dzięki spójnemu połączeniu stylistyki ruchu, scenografii i światła. Tytaniczna praca Dominiki Knapik nie zaistniałaby tak dobitnie, gdyby nie równie orzeźwiający efekt pracy Katarzyny Borkowskiej, odpowiedzialnej za scenografię, kostiumy i reżyserię światła. Jedna ze scen, z sypiącym się z góry piaskiem podczas fizjologicznej czynności, chyba wprost koresponduje z podobną sceną z "Oczyszczonych" Krzysztofa Warlikowskiego - jej wymiar dzisiaj znacząco ukazuje, w jakim miejscu wobec nowego brutalizmu jesteśmy po prawie 15 latach od premiery tamtego dzieła.

Praca nad wystawieniem "Śmierci i dziewczyny" w Teatrze Polskim we Wrocławiu ukazała, jak świetnym materiałem do zrozumienia wielu kwestii społeczno-politycznych, wizjerem podglądającym reformy społeczne, możliwości rozwoju i pozycji władzy jest twórczość Jelinek w rękach reżyserki tak otwartej na poszerzanie pola wrażliwości. I to niezamierzenie - w warstwie dramaturgicznej bowiem spektakl nie odnosi się wprost do sytuacji "na zewnątrz", skupia się raczej na postaciach i poszukiwaniu przez nie tożsamości, sposobu na przetrwanie i zerwanie wdzianego gorsetu. Austriacka noblistka najczęściej ukazuje zastane struktury społeczne jako struktury władzy. Są one wg niej próchnem, w którym może plenić się zło, są też przyczyną instrumentalizacji ciała w relacji kat i ofiara, która trywializuje temat cielesności i zmusza do pytania o to, kto tak naprawdę jest ofiarą. Zagadnienie śmierci pornografii w opozycji do - pojawiającego się zwłaszcza w latach rewolucji seksualnej - pojęcia pornografii śmierci (tabu fascynacji śmiercią), to niestety nadal aktualne kwestie, na polskim gruncie wciąż nieprzepracowane i wymagające częstszej obecności w sztuce. Ewelina Marciniak uchyliła okno i wpuściła więcej świeżego powietrza do zarzuconej dawno dyskusji na ten temat.

Jakub Węgrzyn
www.wywrota.pl
17 grudnia 2015

Książka tygodnia

Rzecz w teatrze Jana Klaty
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Michalina Lubaszewska

Trailer tygodnia