Śmierć we Wrocławiu

"Grotowski - Flaszen" - reż. Małgorzata Dziewulska - Narodowy Instytut Audiowizualny

W swoim dokumencie "Grotowski - Flaszen" Dziewulska postawiła sobie za cel rzecz właściwie niemożliwą: zrewidować dyskurs narosły wokół Grotowskiego przy pomocy, a może nawet ustami głównego rzecznika tego dyskursu - Ludwika Flaszena

Jest w dokumencie „Grotowski ← Flaszen” Małgorzaty Dziewulskiej scena, w której Flaszen, w kapeluszu ze wstążką, marynarce i białych spodniach w kant, spaceruje po mostach na wrocławskich kanałach jak Aschenbach ze „Śmierci w Wenecji” Viscontiego. Wcześniej mówi o Wrocławiu: mgławym, wilgotnym – jak Wenecja u Tomasza Manna.

Zresztą, śmierć, przemijanie, ale i zapomnienie w nierozłącznym splocie z niezrozumieniem, pojawiają się tu już w pierwszej – nieco zbyt natrętnej – scenie, gdzie mechanizm zegara na kościelnej dzwonnicy (niczym mechanizm kinowego projektora) odmierza takt legendarnej rejestracji „Księcia Niezłomnego” – tu niemej, pozbawionej ścieżki dźwiękowej. Powidoki, strzępy dyskursów, tropy, ale także legendy i domysły, spekulacje zawieszone w najbardziej elektryzującym, niekanonicznym momencie – z tego Dziewulska komponuje swój obraz. Tak o Grotowskim mało kto mówi, potrafi powiedzieć; dotychczas recepcja tej twórczości polegała na rekonstrukcji jego myśli, syntezie jego sztuki. Dziewulska – wręcz przeciwnie – mnoży sprzeczności, tropi pęknięcia, oboczności w języku, jakim mówi się o Grotowskim.

Reżyser teatralny pozostający blisko ciała, konkretu, struktury, ale i wielbiciel ezoteryki, chcący być magiem („Bo któż nie chciałby być magiem?” – pyta Flaszen). Teatr poszukujący kontaktu z ludźmi, a jednocześnie brzydzący się tłumem, zarezerwowany dla tych szczególnych („przedsięwzięcie elitarne” – powie Flaszen). Ezoteryka, magia, elitaryzm – to są słowa we współczesnym teatrze skompromitowane, dekonstruowane na wszelkie możliwe sposoby. Pytanie o komunikatywność Teatru Laboratorium jest zresztą w dokumencie wielopiętrowe – wysubtelnia się, przynajmniej intelektualnie, bo Dziewulska błądzi obrazową nachalnością, inscenizacyjnością (scena z zadawaniem pytania Flaszenowi przez sprzęt wideokonferencyjny, wspomniany zegar); komunikatywność dotyczy także podstawowej cechy medium teatralnego: jego ulotności, incydentalności, wpisanej w to medium śmiertelnej choroby (dlatego teatr uwielbia mówić o śmierci).

Po Grotowskim zostały archiwa, po jego teatrze mniej czy bardziej udane opisy przedstawień i niedoskonałe technicznie rejestracje, garść zdjęć. „Jesteśmy przywaleni przez martwe głosy płynące z głośników” – ta diagnoza współczesnego, audiowizualnego świata wygłoszona przez Flaszena i w jego intencji skontrastowana z uczestniczącym, czynnym, żywym teatrem Grotowskiego, opisuje także dziedzictwo Teatru Laboratorium (na tym polega uwypuklony przez Dziewulską paradoks). Gdy Flaszen opowiada o Wielkim Dialogu Światowego Teatru (tak właśnie mówi, z wielkiej litery), który toczył się między nim i Grotem w dworcowej knajpce – mówi jednocześnie o dialogu martwych głosów, bo dla nas te głosy są właśnie martwe, są jak szumy zbierane przez spirytystów z pustych sal i opuszczonych dawno temu domów.

Grotowski straszy – nawet dość dosłownie w tym filmie. Jego duch sprzeciwia się powstaniu dokumentu, zakłóca obraz kamery, zagłusza – wcielając się (czemu nie?) w wiertarkę – opowieść Flaszena. To oczywiście nawiązanie do środowiskowej legendy o klątwie Grotowskiego, która grozi odszczepieńcom, a dokument Dziewulskiej z pewnością Grotowskiemu by się nie spodobał (przynajmniej temu Grotowskiemu, który – jak dżin – został złapany i uwięziony w kanonicznym dyskursie). Prawda jest taka – tak rozumiem, tak oglądam ten film – że słynna Sala Apokalipsy przy wrocławskim rynku, cały Instytut Grotowskiego, który powstał wokół tej „świętej” sali, jest niczym innym niż stoiskiem z dewocjonaliami – tym groźniej, że są to dewocjonalia teoretyczne i intelektualne.

W ostatniej scenie dokumentu Flaszen patrzy na „Księcia Niezłomnego” wyświetlonego na wielkim ekranie na wrocławskim rynku, kilkadziesiąt metrów od dawnej siedziby teatru. Nie kryje oburzenia, pewnie nie tylko on. Dla mnie tak samo jest to widok przykry. Po odruchowej przykrości nadchodzi jednak moment opamiętania. Ten elitarny teatr – zdaje się przypominać Dziewulska – albo zostanie zinterpretowany w ramach współczesnych dyskursów, albo (a niestety na to się zanosi) umrze, wzdychając do fantazmatycznego Tadzia, w którym Ashenbach widział, bliskie również interpretatorom Grotowskiego, „zwiastowanie poetów o narodzinach bogów”.

Paweł Soszyński
Dwutygodnik
14 kwietnia 2011

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia

Ballady i romanse
Gabriel Gietzky
Cóż może być bardziej romantycznego, ...