Śmiercionośny wirus prawdy

"Dzika kaczka" - Teatr im. Wilama Horzycy w Toruniu

"Dzika kaczka" Ibsena to mroczny dramat opowiadający o niszczycielskiej sile prawdy, która bynajmniej nie prowadzi do oczyszczenia. Inscenizacja Agnieszki Lipiec-Wróblewskiej, którą możemy oglądać na deskach toruńskiego Teatru im. Wilama Horzycy to sprawnie wyreżyserowany spektakl z oszczędną, utrzymaną w jednej tonacji kolorystycznej scenografią - umiejętność syntezy, odrzucania zbędnych elementów zaowocowała spektaklem o czystej strukturze i jasnym, czytelnym przesłaniu.

Na początku spektaklu oczom widzów ukazują się trzy długie, białe, prostokątne kawałki materiału zwisające z sufitu, tworzące coś w rodzaju trzech ścian, z których środkowa znajduje się nieco z tyłu - akcja rozgrywa się między nimi a widownią, w bardzo wąskim pasie sceny. Chwilę później biała materia znika - przed nami pojawia się wnętrze mieszkania Ekdalów, w którym Gina (Maria Kierzkowska) stara się dorabiać retuszowaniem zdjęć, całymi dniami ślęcząc z lupą nad fotografiami. Jej córce Hedvig (Mirosława Sobik) grozi ślepota, jednak to nie jedyne zmartwienie kobiety. Czekając na męża zastanawia się, w jakim humorze wróci dziś głowa rodziny - Hjalmar Ekdal (Sławomir Maciejewski), dlatego zawsze ma przygotowane w lodówce piwo, które pomaga w utrzymaniu w domu przyjemnego nastroju. Mimo drobnych trosk dnia codziennego rodzina funkcjonuje całkiem normalnie - do czasu, kiedy w domu państwa Ekdalów nie pojawi się sublokator, wynajmujący jeden z pokoi syn bogatego fabrykanta Gregers Werle (Tomasz Mycan) - orędownik prawdy i bezgranicznej szczerości, bez względu na cenę, jaką przychodzi za nią zapłacić. Jego metody - choć z założenia miały prowadzić do oczyszczenia atmosfery rodzinnej i ulepszenia stosunków między domownikami - w rzeczywistości prowadzą do tragedii. Rozpad rodziny przypieczętowany samobójstwem nastoletniej Hedvig to proces, który zachodzi błyskawicznie - nie można go ani zatrzymać, ani odwrócić. Rodzi się pytanie - czy prawda sama w sobie jest wartością, dla której warto poświęcić szczęście rodzinne, wypracowany przez lata ład, będący synonimem bezpieczeństwa? Czy mamy prawo wtrącać się w życie drugiego człowieka w imię propagowania swoich ideałów? Czy naprawianie świata na siłę jest zabiegiem, który usprawiedliwia nawet najgorsze konsekwencje podjętych działań? Odpowiedź, jakiej udzielają twórcy przedstawienia jest jasna i jednoznaczna: Nie. 

Reżyserka zrezygnowała z postaci gospodyni, lokai, buchaltera, studenta teologii oraz kilkorga innych bohaterów, zawężając dramat do ścisłego grona rodzinnego państwa Ekdalów. Dzięki zabiegowi „pozbycia się” służby oraz białej, uniwersalnej scenografii (kilka ścianek działowych rozsianych po całej scenie, dzięki czemu powstał pokój Hedvig, strych, na którym znajduje się dzika kaczka oraz salon, w którym rozgrywa się akcja) uzyskano efekt bezczasowości - trudno patrząc na spektakl określić, w jakiej epoce rozgrywa się dramat. Białe ściany, białe meble, na które składają się stół, krzesła oraz kanapa mogą z powodzeniem zostać uznane za wyposażenie współczesnego wnętrza - dzięki temu udało się dodatkowo podkreślić uniwersalność ibsenowskiego dramatu, jego największą siłę. Uwagę zwracał powściągliwy sposób gry całego zespołu, który po obejrzeniu spektaklu wydaje się być jedynym właściwym sposobem grania dramatów Ibsena - mrocznych, pełnych tajemnic, a przecież tak głęboko osadzonych w codzienności, w prostych międzyludzkich relacjach. Bardzo efektowną rolę stworzył Niko Niakas jako stary Ekdal - zbudował postać zamkniętego w swoim świecie, drobiącego małymi kroczkami starca, który całą energię wkłada w tworzenie wizji wyimaginowanych polowań. Kiedy pojawia się na scenie - odziany w rozciągnięty sweter i wełnianą czapkę - i nerwowo rozglądając się skubie kawałek chleba, wydaje się nierealną postacią, kimś z innego świata. Dzięki tej roli wizja stworzonego na scenie realnego-nierealnego świata zyskała niezwykłą siłę wyrazu.

Toruńskiemu zespołowi udało się stworzyć przedstawienie o klarownej strukturze - zarówno w warstwie wizualnej, jak i znaczeniowej. Charakteryzuje się ono jasnością przekazu oraz harmonijnym współistnieniem wszystkich elementów, które pracują na wydobycie sensu inscenizowanego dramatu. Historia utraconych marzeń, zburzonego porządku, upadku ideałów przybrała tu formę specyficznego eksperymentu - do białej, sterylnej przestrzeni wrzucono śmiercionośnego wirusa, która sieje spustoszenie obejmując swym zasięgiem kolejne organizmy. To śmiercionośny wirus prawdy, który zabija z szybkością światła.

Olga Ptak
Dziennik Teatralny Łódź
5 maja 2010

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia