Śmieszy, tumani, przestrasza

"Duchy. Musical Spirytystyczny" - reż. Michał Walczak - Pożar w Burdelu

W tym samym dniu w Warszawie pojawiały się dwa spektakle, które na swój sposób recenzują wątpliwy urok międzywojnia, a zwłaszcza sanacji.

Pożar w Burdelu wystąpił na deskach Teatru Polskiego z musicalem "Duchy" Michała Walczaka, Teatr Ateneum zaś dał premierę "Trans-Atlantyku" Witolda Gombrowicza w adaptacji i reżyserii Artura Tyszkiewicza [na zdjęciu]. Pierwszy językiem właściwym kabaretowi, drugi w groteskowej, Gombrowiczowskiej formie poniekąd uprzedzili ceremonie kadzidlane, jakich możemy się spodziewać ku uczczeniu dawnych bohaterów, i ich niewysłowionego męstwa i mądrości. Walczak teraz z ekipą z "Pożaru w Burdelu", wzmocnioną o aktorów Polskiego (na czele z Grażyną Barszczewską) i paru innych występujących gościnnie (Julia Wyszyńska i Mirosław Zbrojewicz) tak naprawdę swoje zagony kabaretowe wypuszcza na grząski grunt Mabemy.

Jak wiadomo, Mabema to wynalazek profesora Andrzeja Zybertowicza, który tą dziwaczną, pseudonaukową nazwą (Maszyna Bezpieczeństwa Narracyjnego) próbuje zastąpić mniej już uroczo brzmiące słowo "propaganda". Musical spirytystyczny "Duchy" istotę tego chwytu rozkłada na czynniki pierwsze przed oczyma publiczności.

Obcujemy z postaciami nie tylko dobrze znanymi bywalcom spektakli kabaretu "Pożar w Burdelu", a więc budowniczymi metra czy niejakim Zgliszczakiem, sławnym ekshumatorem-kreatorem Fabryki Patriotów i jego nieprzejednaną krytyczną Marią Janion (tak, tak, panią profesor). Tym razem rzecz idzie o rocznicę odzyskania niepodległości, pojawi się zatem wiele nowych postaci. Tak tedy Teatralny IPN bierze na warsztat odrodzenie Rzeczypospolitej, ekshumując dziesiątki bohaterów znamiennych dla międzywojnia z samym marszałkiem Piłsudskim (w tej roli Andrzej Konopka, czyli lubiany Burdel-tata), Boyem, Szyfmanem (jakże by go mogło zabraknąć w teatrze jego imienia!), Witkacym czy Krzywicką. Wszyscy oni (i wielu innych, w tym zamachowiec Eligiusz Niewiadomski, który tym razem zamiast prezydenta Narutowicza ubije samego Marszałka) spotykają się na salonach Burdel-mamy, niezwyciężonej przez historię i kolejne ustroje (Grażyna Barszczewska rządzi), gdzie krążą też roje chiromantów, wróżów i przepowiadaczy przyszłości. Ale nie przyszłość tu idzie, ale o przeszłość i jej odzyskanie.

Ekshumator Zgliszczak prokuruje odpowiedni proszek (z prochów przodków) i zmienia bohaterom poglądy - łączy na przykład Boya z Dmowskim, a na dodatek z Hallerem. Nade wszystko jednak oferuje Park Rozrywki Narodowej, na którego niezmierzonych terenach każdy będzie mógł się pławić w swojej ulubionej epoce, od Rzepichy, przez Gierka aż do naszego dzisiaj. Sprzyja temu pan prezydent z Ameryki, który obiecuje, że pokaże Polakom największy na świecie guzik...

Świat międzywojnia, samych początków i sanacji nie uwodzi nadmiernym urokiem. Choć zdarzały się i dobre pomysły, to jednak zapach Polaka-wojaka niezwyciężonego, zakutego katolika, który liczy na cud, niechętnego obcym unosi się nad tym ekshumowanym czasem. Kabaret to jeszcze czy reportaż?

W Polskim kabaretowo, jako się rzekło, a w Ateneum groteskowo. Przyglądamy się spektaklowi Artura Tyszkiewicza, odkrywając, że mentalnie Polska niebezpiecznie przybliża się do Towarzystwa Ostrogi z "Trans-Atlantyku" Witolda Gombrowicza. Trwa napinanie mięśni, strojenie min, licytacja na wzniosłe okrzyki, kto głupiej zapieje na hiper patriotyczną nutę. Idealnie to mentalne zaczadzenie narodem oddaje Artur Barciś jako Poseł Najjaśniejszej, niemal tracący dech, gdy rozpływa się nad bezprzykładnym pięknem rodaków. Nawet pojedyncze pasemko włosów wtedy mu się kłębi. Wielka rola, tchnąca zapaszkiem tromtadracji.

Po ponad 30 latach od premiery sławnego spektaklu Andrzeja Pawłowskiego w Teatrze Ateneum (z niezapomnianym Jerzym Kamasem jako Gonzalem, 1984) i 37 latach po prapremierze w łódzkim Jaraczu w reżyserii Mikołaja Grabowskiego (z Janem Peszkiem w roli Gonzala) w Ateneum znowu zjawia się "Trans-Atlantyk". Tym razem niemal dosłownie, bo na scenie widzimy fragment pokładu transatlantyckiego liniowca, ożebrowanie statku i luki bagażowe, jest nawet ruchoma taśma bagażowa. Wszystko to na tej malutkiej scenie, wykorzystanej nad podziw przez scenografkę Justynę Elminowską.

Wszystkie te techniczne cuda (zwłaszcza taśma bagażowa, która chodzi bez zarzutu) używane są bardzo pomysłowo - na taśmie co jakiś czas przejeżdżają upozowane jak cepeliowskie lalki dziewczęta w strojach ludowych (Julia Konarska i Katarzyna Ucherska), symbolizujące rumianą polskość, przejeżdżają pasażerowie, świta ministra pełnomocnego.

Na scenie pałęta się wiele walizek, w głębi widać kufry i skrzynie, w pewnym momencie z luków wysypują się roje walizek, a ich mnogość przywodzi skojarzenia z czasem zagłady. Tak czy owak, walizki są na miejscu, bo sytuacja jest tymczasowa, wszyscy bohaterowie są na walizkach, wyjąwszy Argentyńczyka Gonzala, który jest u siebie. To on wprowadza zamieszanie swoimi umizgami do Ignaca i upodobaniem do przesytu. Krzysztof Dracz tworzy postać trudnego do uchwycenia kameleona, który zmienia stroje i ruchy z równą łatwością jak obiekty swego zainteresowania. Jego finezyjne, wystudiowane ruchy, kontrolowane szaleństwo budzą niepokój. Ale dziwni są ci rodacy

z którymi spotyka się Gombrowicz. Nie tylko Poseł, ukrywający się przed petentami w walizce, a potem traktujący ją jak mównicę i tron, i jego przypochlebny sekretarz (Rafał Fudalej). Również zadomowieni w Argentynie Polacy. Popisową rolę Ciciszowskiego tworzy Tomasz Schuchardt (jego wysmakowane kwestie, kiedy radzi i nie radzi Gombrowiczowi, aby coś uczynił albo i nie uczynił, trafiają w sedno). Zachwyca trafnością ujęcia major, stary wiarus, niedostosowany do powiewów Nowego Świata (Krzysztof Gosztyła), klimat budują przystrojeni w swoje towary biznesmeni, Baron Bartłomieja Nowosielskiego, Pyckal Dariusza Wnuka, Ciumkała Artura Janusiaka, Pułkownik Tadeusza Borowskiego, którego charakterystyczny epizod tajniaka niechaj się kojarzy komu jak chce, no i Ignac (Mateusz Łapka), eteryczny wybranek Gonzala, malowany na naiwnego chłopaka, odkrywającego uroki życia pod dyktando Horacego (Wojciech Michalak). I wreszcie sam Gombrowicz Przemysława Bluszcza, piekielnie inteligentny bohater, który próbuje się znaleźć w tej menażerii ludzkiej, zdobyć własną przestrzeń, wolny od zbiorowych obowiązków i zbiorowych iluzji. Przybiera cudze pozy i błazeńską czapkę, przedrzeźniając ten świat z rosnącą goryczą.

Artur Tyszkiewicz w teatralnym programie deklaruje, że interesował go wymiar egzystencjalny "Trans-Atlantyku". Badał, czy jest możliwe wybicie się Polaka na niepodległość, czyli zwycięstwo człowieka w Polaku, który nie będzie uzależniony od stereotypowych ról wyznaczanych mu przez zbiorowość. Wyszło jednak tak, że na czoło wybija się marsz dziarskich chłopaków z Towarzystwa Ostrogi, którzy maszerują, aby podporządkować sobie innych. Trzeba więc - opowiada tym spektaklem Tyszkiewicz - nie lada hartu ducha, aby nie zatruć się nacjonalistycznymi oparami.

Dosłownie dwa dni wcześniej przed premierami "Duchów" i "Trans-Atlantyku", 15 lutego w Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku z ponad 100 dziennikarzami i specjalistami w dziedzinie wolności mediów z całej Europy spotkał się Lech Wałęsa. Było to podczas konferencji "Wolne media europejskie", zwołanej przez Europejską Federację Dziennikarzy. Lech Wałęsa zagrzewa dziennikarzy do poszukiwania i popularyzowania nowych rozwiązań na nowe czasy, uznając, że odbudowa tego, co kiedyś było, nie spełnia oczekiwań. Sam nie potrafi (ale też i nie chce) powiedzieć, jak budować świat przyszłości, ale jednego jest pewien - nie powinien być taki jak dawniej. A poza tym powtarza, że tylko Europa, z Europą i w Europie trzeba sobie z tym dylematem poradzić. Na próżno się stara -większość woli żyć z głową do tyłu.

Tymczasem tamtą dawną, ukochaną kartą przeszłości bawią nas teatry. Psują szyki "politykom historycznym", uprzedzając do czego taka zabawa - już poza teatrem - może prowadzić. Gorzej, że nie brakuje wcale zwolenników Najjaśniejszej Rzeczypospolitej modelowanej na wzór i podobieństwo nieboszczki sanacji. Mogę im polecić "Duchy" albo "Trans-Atlantyk" jako łagodną metodę terapii.

Tomasz Miłkowski
Dziennik Trybuna
24 lutego 2018

Książka tygodnia

Aktorki. Odkrycia
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia