Śnić należy z umiarem, czyli limbo.

"Życie jest snem" - reż. Kuba Kowalski - Teatr Wybrzeże w Gdańsku

Wielkie nadzieje związane były z zapowiadaną, nową produkcją tandemu artystycznego Kuba Kowalski/Julia Holewińska. Sukces "Ciał obcych" rozbudził apetyty, młodzi twórcy sięgnęli po tekst, który jest wyzwaniem, ale i daje ogromne możliwości interpretacyjne.

"Życie jest snem" to jedno z niewielu dzieł o randze światowej, które traktują o Polsce. Alfred Jarry akcję "Ubu królem" umieścił w Polsce, czyli nigdzie, przedstawiciele polskiego dworu w "Aleksandrze Newskim" Siergieja Eisensteina na pewno nie mają nic wspólnego z naszymi wyobrażeniami o przodkach, Henryk Heine w swych pamiętnikach unieśmiertelnia plica polonica, wreszcie u Calderona Polska leży nad... Morzem Śródziemnym. Jak widać, kraj nadwiślański w oczach artystów to kraina fantastyczna, w której wszystko może się zdarzyć, o czym my wiemy dobitnie i boleśnie potwierdzamy na co dzień. Opowieść hiszpańskiego poety i dramatopisarza stawia najważniejsze pytania, daje się interpretować na wiele sposobów, ale zastawia też pułapki, w które najłatwiej wpaść, ulegając barokowej pokusie nadmiaru.

Główny wątek fabularny to tragedia rodziny królewskiej. Król Bazyli (Krzysztof Gordon), ulegając wyrokom gwiazd i snom żony, postanawia uwięzić syna Segismunda (Michał Jaros), który wedle przyszłościowej wizji zmarłej podczas porodu jego matki, królowej Klaryleny, będzie potworem w ludzkiej skórze. Po latach wyrzuty sumienia nakazują królowi uwolnienie syna i potajemne zaproszenie go do pałacu. Chce poddać pierworodnego próbie, w wyniku której zadecyduje o jego dalszym losie: albo tron albo więzienie. Zachowanie syna rozczarowuje ojca, który decyduje się na ponowne uwięzienie następcy tronu. Po licznych perypetiach i zwrotach akcji, w tym na przykład rewolucji i wojnie, książę zostaje następcą tronu, a jego uczynki są szlachetne, doświadczony przez los młody władca potrafi być wspaniałomyślny. Na główny wątek nakładają się historie rodem z powieści awanturniczej (choćby opowieść o Rosaurze (Justyna Bartoszewicz), córce Clotalda (skupiony i przykuwający uwagę Michał Kowalski), uwiedzionej przez księcia Moskwy Astolfo (Marek Tynda), pretendenta do tronu polskiego albo wątek miłosny rozgrywający się pomiędzy tymi dwojgiem i Estrellą (wyrazista i przekonywująca Anna Kociarz). Ciąg zdarzeń nie prowadzi do jednoznaczności, bo oczywiście nie musi, a w teatrze wręcz nie wypada, całość zachowań i ocen cechuje relatywizm, wzmocniony niepokojem, smutkiem i fatum. Konsekwentnie i logicznie, w wymiarze już nie tylko artystycznym, ale egzystencjalnym, powinna się znaleźć odpowiedź na pytanie: Czy życie naprawdę jest snem? Po najważniejszych komunikatach popkulturowych ostatnich lat (filmy "Matrix" oraz "Incepcja") wiemy, że to pytanie nabiera zasadniczego znaczenia. Obrazy Wachowskich i Nolana to współczesne arcydzieła i są uprawnione, by stawiać serio takie pytania, ale czy spektakl Holewińskiej i Kowalskiego także?

Holewińska i Kowalski bardzo uwspółcześnili świat przedstawiony. Liczne dopiski przenoszą nas do codziennej rzeczywistości dzisiejszych korporacji i patologii. Byśmy nie mieli wątpliwości geograficznych oraz tożsamościowych kilka razy zostaje odśpiewany "Mazurek Dąbrowskiego", co wzbudza wyraźne ożywienie wśród publiczności, ale nikt nie wstaje ani nie wtóruje. Współczesne dialogi i monologi, choć atrakcyjne dla publiczności, nie dodają nic nowego do ogólnego przekazu, a w ostatecznym rozrachunku osłabiają całość. Scenografię tworzy kilkupiętrowy wielościan, po którym przemieszczają się bardzo sprawni aktorzy, na wybranych modułach lub na całości wyświetlane są wizualizacje wzmacniające przekaz. Król Bazyli to raczej prezes firmy handlującej snami, poddanym ukazuje się podczas wideokonferencji, jego dworzanie to typowi, tchórzliwi pracownicy korporacji, którzy dla zachowania stanowiska są zdolni zrobić wszystko. Zaskakującym, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę swobodne podejście Calderona do geografii i jakichkolwiek realiów, jest wątek polsko-rosyjski, który po Smoleńsku mógłby być ważną składową całości, ale w sopockiej inscenizacji na szczęście nie jest.

Sen to główna figura spektaklu. Jest schronieniem, ucieczką, alternatywą. Wszystko jest możliwe, nawet ludzkie zachowania nieludzkich stworów. Trzy lata temu Christopher Nolan otworzył nowe obszary dla rozmyślań o śnie. Bohaterowie "Incepcji" śnią piętrowo w kolejnych snach, ale nie jest to zabawa polegająca na puszczaniu małego, metalowego bączka, tylko niebezpieczna gra. Chwila nieuwagi, pójście zbyt odważnie, zbyt daleko, może doprowadzić do katastrofy, do bezpowrotnego skoku w otchłań, czyli limbo. Tak jak w przypadku spektaklu "Życie jest snem".

Trwające 160 minut przedstawienie ma niewątpliwe zalety. Zapadająca w pamięć scenografia Katarzyny Stochalskiej otwiera wiele planów, wzmacnia, komentuje, uzupełnia. Przyciągają uwagę także kostiumy, począwszy od wieczorowych kreacji po wybór bielizny męskiej. Przyjemnością osobną jest oglądanie i słuchanie Piotra Biedronia. Ten młody aktor, dysponujący doskonałą artykulacją, co wcale nie jest oczywiste w tym zawodzie, po raz kolejny podejmuje zwycięskie wyzwanie. Jego Clarin, trochę niczym tranwestyta z filmów Almodovara, jest prosta, głupia, dowcipna, wyzywająca, prymitywna oraz tragiczna i za każdym razem wiarygodna. Jednym ze strażników/dworzan/rewolucjonistów jest wyraźnie odmieniony fizycznie Piotr Chys. Mam nadzieje, że przemiana zewnętrzna otworzy nowe możliwości przed tym nieustannie poszukującym aktorem.

Holewińska i Kowalski wpadli w sidła nadmiaru. Nie wybrali z całej palety propozycji wystarczająco mocnych motywów, by wciągnąć widza do rozmowy i budowania spektaklu w czasie lub po prezentacji. Bezustanne odwoływanie się do relatywizmu, snu i mnożenie pytań bez odpowiedzi jest w tym przypadku wyrazem słabości i sprawia, że w pewnym momencie spektakl staje się niekomunikatywny. To, że życie i świat nie mają sensu, wiemy od dawna, ale w tej beznadziei od artystów oczekujemy czegoś więcej, niż tylko wszystkim już znanej konstatacji i wcale nie chodzi o łatwe pocieszenie czy nadzieję.

Spektakl jest zimny, między aktorami nie ma interakcji i energii. Na pewno trzeba jeszcze popracować nad wieloma składnikami tego bardzo ambitnego i głównie formalnego przedsięwzięcia, cięcia jak najbardziej wskazane. Dobrym wyjściowo pomysłem jest muzyka na żywo, ale po kilkunastu minutach jej powtarzalność nuży. Co szczególnie zaskakujące, spektakl nie jest oniryczny, jest wręcz ostentacyjnie "prześwietlony". Szkoda.

Piotr Wyszomirski
Gazeta Świętojańska
5 marca 2013

Książka tygodnia

Rzecz w teatrze Jana Klaty
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Michalina Lubaszewska

Trailer tygodnia